Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buggy Gym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buggy Gym. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 stycznia 2016

Trudna sztuka wychowania... cudzych dzieci...

Tak - dzisiejszy wpis nie każdemu przypadnie do gustu. A szczególnie osobom zainteresowanym (o ile przeczytają, he). Ale męczy mnie jedna mała sprawa z ostatniego tygodnia i koniecznie muszę ją wrzucić do mojej Myślodsiewni...

Najpierw jednak, dla przypomnienia:
- jestem mamą dwójki maluchów
- jestem ciałem pedagogicznym
- jestem dużą empatką
- mam swoisty dar (?) komunikacji z małymi dziećmi.

No i teraz... Pamiętacie, kilka dni temu miałam okropnego doła. Zaczęło się już w weekend, ale kulminacja była we wtorek... W tym dniu, z samego rana poszłam na trening - z powodu ograniczenia czasowego - bez Em. I na tym treningu były inne mamy ze swoimi dziećmi - jak zawsze. Mało się udzielałam w dyskusjach, bo ryczeć mi się chciało okropnie, ale w pewnym momencie to nie wytrzymałam. Otóż z jedną z mam przychodzi synuś - uroczy, naprawdę. Uśmiechnięty, zazwyczaj spokojny - potrafi zdobyć serce. Niestety tym razem znalazł sobie dość głupowatą zabawę - rzucanie w każdego po kolei smoczkiem na plastikowym łańcuszku. Rzucił raz, drugi - mama powiedziała, że nie wolno. Chłopiec nadal uśmiechnięty olał ją (jak to dziecko tylko umie) i dalej się bawił. Widziałam po minach innych mam, że nie wszystkim ta zabawa pasuje - szczególnie, że na materacu siedział sobie o wiele mniejszy bobas. Który - no cóż - też był celem. Więc chłopiec tuptał sobie między nami, rzucał w nas, a kobitki nerwowo się uśmiechały. I w końcu podszedł do mnie...

Może to z powodu tego strasznego doła, może z doświadczenia, może z nadpobudliwej wyobraźni ale w tej właśnie chwili cicho i delikatnie powiedziałam: "Nie rzucaj tym we mnie. Nie podoba mi się to. To mnie boli." Podniosłam smoczek i delikatnie włożyłam mu go do maleńkiej rączki ze słowami: "Proszę. Tak się podaje zabawkę". (tak zresztą rozmawiam z moimi dziećmi...)

I nie zgadniecie - chłopiec wcale nie przerwał swojej "zabawy". Ale we mnie nie rzucał - podchodził, wyciągał rączkę i równie delikatnie podawał mi smoczek prosto do dłoni... 

Nie chciałam się rządzić i kogoś umoralniać czy uczyć dobrego wychowania. Tylko że zobaczcie - to było kilka słów, a trafiły od razu do tego małego rozumku. Jego mama skwitowała rzecz zupełnie inaczej, że to po prostu mały empata i podchodzi do mnie w ten sposób bo czuje mój zły nastrój. Kto wie? Może...? Ale tak na chłopski rozum - co jest bardziej prawdopodobne...? Hm?

Kilka lat temu, gdy jeszcze nie było moich bab na świecie (a tak konkretniej, to gdy pierwsza rosła mi w brzuchu) przyszli do nas na kolację znajomi z synkiem. Maluch miał wtedy... ja wiem... z trzy latka może. To była koszmarna kolacja... My niedawno wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, mieliśmy nowe farby na ścianach, podłogi, część mebli itp. Natomiast maluch miał humory. Zawziął się, że sam sobie obłoży chlebek. I na początku luzik - wziął żółty serek, szyneczkę, jakieś warzywko. A potem mu się odwidziało i jak nie pacnął tym serkiem przed siebie... Siedział na wprost ściany, więc ja już miałam czarną wizję tłustych plam na nowiutkiej farbie... Ser na szczęście wylądował gdzieś na stole. Ale nie to było najgorsze - bo może faktycznie ser mu zupełnie nie smakował, przecież różnie bywa. Najgorszy był brak reakcji rodziców. Żadnego "tak nie wolno", "proszę, podnieś ten ser i odłóż na talerzyk", "co ty wyprawiasz?"... Nic, zupełnie nic - jego tatuś zjadł ser i już...

Wiecie, ja kiedyś pracowałam w przedszkolu z ideą wychowania bezstresowego. MASAKRA!!! W każdym rogu były kamery, które miały kontrolować nauczycielki, czy aby nie krzyczą na dzieci. Rozumiecie - zero reprymendy, zero kary, zero konsekwencji. Wielkie róbta co chceta...! Wśród dzieci, rzecz jasna. To były okropne dwa lata, a ja i tak miałam dużo szczęścia, bo przychodziłam tam tylko na zajęcia taneczne. Pełnoetatowe nauczycielki wyglądały okropnie - i pewnie tak się też czuły... Ale do czego dążę - znalazłam się kiedyś w bardzo niefajnej sytuacji: dzieci siedziały w kole, ja majstrowałam przy radiu. I nagle - poważnie! - jeden czterolatek wstał, przebiegł koło do innego chłopca, zdzielił go pięścią w nos i szybko wrócił na miejsce. Zmroziło mnie!!! Szczęka mi opadła...! Patrzę na nauczycielkę, a ona wzrusza ramionami i mówi "oni tak uzewnętrzniają swoje emocje"... I nic!!! Wielkie ZERO reakcji. To wtedy postanowiłam, że kończę z interesami w tym przedszkolu - bo naprawdę nie chciałabym być mamą tego drugiego chłopca...

I nie zrozumcie mnie źle - nie porównuję średnio mądrej zabawy do bicia z premedytacją... tylko że... dziecko bez konkretnych zasad chyba w końcu traci granicę?? Więc moja wyobraźnia zawsze mi podpowiada w takich sytuacjach "co będzie dalej? co będzie następnym razem?" No co? Kamień? Cegła? Pięść? 

Oby nic... Oby to tylko moja wyobraźnia...


piątek, 11 grudnia 2015

Niebezpieczni ludzie

Zdarza Wam się trafić na kogoś mega podejrzanego? Groźnego? Niebezpiecznego? He, mi często. I to w bardzo zaskakujących okolicznościach! Czasem kończy się na strachu, czasem - no niestety nie...

Specjalnie dla Was, kilka historii mrożących krew w żyłach. Pierwsza z dzisiaj!!


1. Zagrożony trening z Buggy Gym

Mój mąż wyraził łaskawą zgodę na moje pójście na trening bez Em. (teoretycznie wyzdrowiała, w praktyce musi nabrać odporności). No więc z radochą poszłam. Spotkałyśmy się z mamami jak co tydzień w miejskim parku sportu i rozrywki, nieco (wyjątkowo) wyludnionym. Trochę sobie ponarzekałyśmy na zimne dupska, poplotkowałyśmy, pośmiałyśmy się - ale przede wszystkim dawałyśmy czadu ;) Przynajmniej do czasu!
Gdy byłyśmy już na powrotnej drodze do samochodów (ale jeszcze ćwiczyłyśmy), nagle za nami zaczął się wydzierać jakiś facet! Niby kulturalny, czysty, szedł prosto - ale to co mówił w ogóle nie nadaje się na publikację!!! Darł się głośno, wyzywając (nas??) od różnych przenajgorszych... Nasza trenerka, która na początku zajęć ostrzegła, że dziś nie biegamy (a chciałyśmy) ekspresowo zmieniła zdanie i razem z nami rzuciła się truchcikiem w stronę parkingu. A on ciągle za nami dziarsko szedł i darł się w niebogłosy!! Nie wiem jak inne dziewczyny, ale mi się zrobiło straszno i nagle poczułam, że jak będzie trzeba to tym truchtem dotrę aż do domu (a mieszkam po drugiej stronie sporego miasta...).
I prawie by tak było, bo pilot do samochodu, którym otwieram drzwi i uruchamiam auto - zastrajkował! Normalnie scena z horroru (tylko że w dzień). Środek lasu. Zero ludzi oprócz nas - mamusiek z wózkami. Płaczące dziecko. Krzyczący, podejrzany, grożący zabójstwem typ. Trzęsące się ręce nie mogące otworzyć auta. I samochód Straży Miejskiej... który akurat odjechał...
Typ na szczęście skręcił i poszedł się drzeć w stronę cywilizacji (może go ktoś tam spacyfikował??), a mój pilot się opamiętał. Tak więc wszystkie elegancko wróciłyśmy do domów, bez rozciągania... ;)

2. Napad w UK

Zanim wyjechałam do USA zdarzyło mi się dwukrotnie spędzić wakacje w UK. Za drugim razem mieszkałam w biedniejszej dzielnicy Londynu (nie patologia, no ale jednak...), dzieląc mieszkanko z grupką sympatycznych osób z Polski (w sumie to przyjęli mnie na wakacje). Wszyscy za dnia pracowaliśmy, no ale popołudniami/wieczorami żyliśmy sobie jak normalni młodzi ludzie. 
Tak więc jednego popołudnia wybrałyśmy się z dwiema współlokatorkami do kina. To była jakaś prześmieszna bajka, bo wracałyśmy wieczorem do domu mocno uhahane - po same pachy! Byłyśmy trzeźwe, porządnie ubrane, ale zataczałyśmy się ze śmiechu. Dla osoby postronnej - naćpane wariatki. Przechodziłyśmy właśnie obok parku, gdzie za dnia bawiło się mnóstwo rodzin z dziećmi, aż tu nagle wyskoczyła na nas banda Murzynów (nie wiem jak mam napisać poprawnie... Afroamerykanin to chyba w USA??). Nie wiem ile ich było - 6? 8? Byli wielcy, pod wpływem czegoś, mieli długaśne łapska i dziwnie mówili... Tak czy owak zaczęli dziewczynom wyrywać torebki (ja miałam spodnie-bojówki i wszystko upchane po kieszeniach), wyciągnęli noże, złapali nas i już tymi nożami przy naszych szyjach...! Zaczęłyśmy się drzeć jak prawdziwe wariatki - do teraz się dziwie skąd taki power miałyśmy!! Nie wiem, czy byli tak zdziwieni naszym oporem, czy po prostu spowolnieni przej jakiś zupełnie nielegalny "dopalacz", ale zdołałyśmy im uciec. Biegniemy, biegniemy - a tu na przeciwko wychodzi ku nam kolejny czarnoskóry mężczyzna. Krzyczymy o pomoc, a on ciach - wyciąga nóż! No mówię Wam - prawie się nie posikałam ze strachu... Szczęście w tym nieszczęściu, że naprawdę mieli spowolnione ruchy a my mieszkałyśmy niedaleko.
Gorzej, że zabrali jedną z torebek, z bardzo ważną zawartością....
Nie jestem rasistką, ale po tym zdarzeniu przez kilka lat przy czarnoskórych mężczyznach dostawałam gęsiej skórki...

3. Urwane lusterko

W zimowy wieczór wracałam z pracy do domu. Nie padał śnieg, ale było mroźno i brzydko. Warunki do jazdy - mega fatalne. Kieruję sobie autkiem, jestem już na ostatniej prostej, aż tu nagle przed maskę wytacza mi się podchmielony pan. Wyturlał się z tramwaju i z rozmachem i z rozpędu wszedł mi przed autko. Pierwszy odruch - klakson ostrzegawczy, że hello!! Może i miałam wtedy małe autko, ale w pojedynku jeden (człowiek) na jeden (samochód) bezprzecznie wygrywało. A co pan na to? Ano pan się na to autko moje rzucił!! A za nim jego syn (chyba), odrobinę mniej podchmielony. Niby pana odciągnął, ale nie do końca, bo chwilę potem moje autko zostało bez lewego lusterka. A w sumie to dyndało owe lusterko na jakimś kabelku... 
Nie zgadniecie co dalej. Ja się zatrzymałam na poboczu, a panowie weszli sobie jak gdyby nigdy nic do lokalu gastronomicznego na ciepłą zupkę (czy coś - bo już nie pamiętam). Trzęsłam się jak osika - i z nerwów, i ze strachu (bo celował w okno) i z zimna (przede wszystkim) ale zadzwoniłam i do Ka. (który był w domu) i na policję. Ka. zdążył przybiec, panowie zjeść i wyjść i dopiero wtedy łaskawie podjechali gliniarze w cywilu, z błyszczącymi odznakami na sznurkach. 
Akcja skończyła się ich bieganiem po kamienicach w celach poszukiwawczych obu panów (bez skutku) i moim zeznaniem na policji (postępowanie umorzone - wiadomo...).
Jeden plus - pani policjantka pokazała mi fajne ustrojstwo do pobierania odcisków palców i sobie potestowałyśmy w między czasie ;) ;) ;)

4. Miłosne pomyłki

He he, o tym mogę pisać i pisać!! I może nie mrożą aż krwi w żyłach, za to niezła czarna komedia by z nich wyszła - tych historyjek. Dwie już Wam pokrótce opisałam:
I tak sobie teraz myślę, że o kolejnych fatalnych w skutkach znajomościach opisze również w oddzielnych postach - bo trudno się będzie zmieścić w kilku zdaniach... Tym bardziej, że dosłownie przed chwilą dostałam otwartą propozycję sexu przez kamerką na mojej prywatnej stronie fb... od jakiegoś Azjaty... Poważnie...


Żeby Was jednak nie zostawić z niczym - historyjka z dreszczykiem, ale taka z przymrużeniem oka. Jednak i w niej jest jeden taki podejrzany pan...

5.Amerykańska burza

Rzecz się działa pod koniec mojego pobytu w USA. Moja Siostra przyjechała do mnie na swoje wakacje i mieszkała razem z moją amerykańską rodziną. Oni (Amerykanie) wszyscy gdzieś wybyli (już nie pamiętam gdzie, mnóstwo mieliśmy tych imprez i okoliczności), a my z Siostrą zaległyśmy na ogromnej kanapie przed TV.
I teraz ważny opis miejsca w którym się znajdowałyśmy - wielki salon/pokój dzienny. Podłużny. Jedna z dłuższych ścian przylegała do reszty domu, reszta ścian była prawie cała oszklona. W obu krótszych ścianach podwójne, duże, szklane drzwi do ogrodu. Kanapa na samym środku, TV w rogu dwóch oszklonych ścian. Zero zasłon, firan, rolet. A sam dom stał (i stoi) po środku otwartego trawnika - zero płota, trochę krzaków i drzew.
Wracamy do akcji - wylegujemy się na kanapie, coś tam wcinamy i oglądamy film (chyba Dzień Niepodległości, bo normalnie to tam leciało na okrągło!!!!!). Tak czy owak - nagle jeb! Piorun! Jeden, drugi i dziesiąty! Ciemny, późny wieczór i błyskawica jedna za drugą. Burza z prawdziwego zdarzenia. Same pioruny, bez deszczu. I choć było straszno, to my nic - nadal z siostrą zalegałyśmy i oglądałyśmy... 
Aż tu nagle błysk - a za przeszklonymi drzwiami postać. Stoi i się gapi. A potem zaczęła machać... Jezusie drogi, ale nas podniosło!! Słuchajcie - podwójny zawał! Jak ktoś cierpi na za słabe ciśnienie - naprawdę polecam taką kurację. Postać okazała się naszym sąsiadem, który wiedział, że jesteśmy same i chciał się upewnić, że się nie boimy. O ironio - bać się zaczęłyśmy dopiero po jego wizycie... Normalnie tylko brakowało, żeby miał kaptur (jakby padało) i trzymał kosę albo piłę mechaniczną... Mimo że był nieziemsko przystojny i miał jeszcze przystojniejszego syna na wydaniu - nigdy mu tego nie wybaczyłyśmy!!



No dobra - pochwalcie się. Na pewno i Wam coś się czasem przydarza, co podnosi ciśnienie, stawia włosy i mrozi krew. Kto pierwszy? :D :D

czwartek, 12 listopada 2015

Chorobowy zawrót głowy!

No dzieje się, dzieje. Szkoda tylko, że tak kiepsko...

Myślałam sobie, że skoro Ka. przeszedł tą swoją paskudną chorobę, to teraz już z górki. Ale nie - pochodził kilka dnia na nadgodziny i znów jest rozkosznie pociągający... i kaszlący... i stękający...

Em. miała najpierw katarek od ząbkowania. Potem i kaszelek. Potem dostała antybiotyk na 3 dni. A potem - w ciągu - kolejny na tydzień. We wtorek byłyśmy na kontroli: "Niech pani jeszcze podaje syrop i inhaluje, bo jakieś końcówki choroby jeszcze są...". Kaszelek się zmniejszył, katarek jakby też, Em. broi jak pijany zając... Co tu mówić - wygląda mega zdrowo! Dwa dni później - w sensie dziś - poszłyśmy na kontrolę i co? I ostre zapalenie oskrzeli... i zastrzyki w dupsko... i zaoczne skierowanie do szpitala (gdyby stan się pogorszył...) i ja się pytam: "Ale jak?? Ale dlaczego?? Ale znowu??". Rzecz jasna pytam się w przestrzeń, bo już poprzednim razem dostałam odpowiedź, że małe dzieci tak mają. Szczególnie gdy starsze rodzeństwo to przedszkolak. No i przez to ząbkowanie nieszczęsne jest osłabiona... (ósmy ząb na ósmy miesiąc... poważnie!)

Jak już jesteśmy przy przedszkolaku - wyzdrowiała, kilka dni pochodziła do przedszkola i znów kaszle jak  gruźlik. O katarze w kolorze słońca to już nie wspomnę... Zaocznie dziś też została osłuchana i podobno czyściutko że ho ho. To skąd ten kaszel?? Palą faje w tym przedszkolu czy co?!?! W przyszłym tygodniu mamy wizytę u alergologa-pulmonologa (nareszcie...!) więc może tam uzyskamy pomoc...

No i ja. Doczekałam się. Od wczoraj czuję, że mam piekło w gardle... Nawet porządnie śliny nie mogę przełknąć, a co tu myśleć o pocieszaniu i zabawianiu jęczącej reszty... Łeb mi pęknie, portfel to mogę wyrzucić (na leki poszło już tyle, że nawet becikowe nie pomoże...), o moich zajęciach fit to żal wspominać (buuuu, tak bym chciała iść!!!) no a jutro piątek 13ego, więc już się "cieszę" co to będzie... 



Ps. Trochę miałam nadzieję, że po tych mega zastrzykach (antybiotyk+sterydy) moje nadpobudliwe dziecię padnie po kolacji do samiutkiego rana. Jasne... Leży/siedzie/stoi w łóżeczku, gryzie szczebelki i śpiewa z pełną buzią... Że też eL. to nie przeszkadza i śpi sobie jak niemowlak (niemowlak... dobre sobie... kto w ogóle wymyślał te porównania?!?!)...

Ps2. Szkoda, że nie mamy psa... ;)

piątek, 23 października 2015

Sen - potrzebny od zaraz!!

Od jakiegoś czasu śpię po kilka godzin. Maks cztery. Nie dziennie, ale w ciągu...

Choroba goni chorobę, ząbkowanie nie pomaga, sąsiedzi się wyprowadzają a Em. stwierdziła, że nawet dzienne drzemki sobie skróci...

Potrzebuję snu!! Długiego, wygodnego, twardego!! Takiego, żeby się potem obudzić, przeciągnąć i czuć się nowonarodzoną. Ale nie... jeszcze się pewnie nie uda, więc kradnę krótkie chwile kiedy mogę (np. zamiast iść na trening... ale właśnie akurat wtedy Em. zachciało się spać... ech...).

Po przebojach chorobowych dzieci z zeszłego miesiąca, teraz po całości poszedł Ka. Ma nawet podejrzenie mononukleozy, no ale może to tylko alergia na antybiotyki...?! Leży, zdycha i stara się nie marudzić i pomagać, ale wiadomo jak to jest w ciężkiej chorobie. (nawet nie dyskryminuję facetów, bo mi się akurat trafił odporny chorobowo model!!) Najchętniej by się leżało i spało, a to właśnie leżenie i spanie męczy za bardzo. Jeść nie może, pić nie może, gadać nie może, być z nami też nie powinien bo jeśli to mononukleoza to wiadomo czym to się kończy - szpitalem... Dostał więc na wyłączność kanapę i zdycha. (Ha! Teraz rozumiecie dlaczego byłam taka upierdliwa w wyborze kanapy!! I nie żałuję nic a nic!!).

Tak więc wszystkie dyżury nocne (z dziećmi) mam ja. I staram się, naprawdę staram, przejąć wszystkie dzienne, ale czasem oczy po prostu same się zamykają... Na szczęście eL. przestała już kaszleć jak gruźlik i elegancko śpi. Szkoda, że wstaje tuż po szóstej, pełna werwy i energii... Natomiast Em. po cyrkach z ząbkowaniem przestawiła się w nocy okropnie. W końcu, zmęczona podchodzeniem do łóżeczka i strachem, że obudzi eL., biorę ją do sypialni. Co jest o tyle lepsze, że nie muszę wstawać. Ale mała śpi niespokojnie, ciągle się wierci, szuka smoka, kopie mnie, ciągnie za włosy, wkłada palce w oko i inne cuda. Pamiętam, że eL. też miała taki etap, więc cierpliwie czekam, aż jej przejdzie ta głupota.



No ale snem bym nie pogardziła... 
Obawiam się jednak, że wyśpię się dopiero w samolocie do Chin... Buuuu.....

niedziela, 20 września 2015

Co za dzień? Co za dzień!

Czasem jest tak, że mam czas, a nie mam natchnienia. Siedzę wtedy przed kompem i... zaczynam oglądać serial ;) A czasem jest taki dzień jak dziś, że jasna cholera - żałuję, że nie mam kompa w głowie. Albo, że Wy nie macie do niego podglądu. 

Zaczęło się już od nocy, gdy nasze mega pierdzące dziecko wzięliśmy na odbąkanie do naszego łóżka. Kto nie ma dziecka ten nie wie, a kto ma... no powiedzcie sami - pierdzące dziecko potrafi rozbroić KAŻDEGO!! Szczególnie, gdy po każdym bąku zanosi się salwą śmiechu! Przy okazji Em. odkryła, że jak wyjmie sobie dyda z buzi to może go nam wkładać w usta - normalnie skręcała się ze śmiechu. I z tych emocji nie mogła zasnąć (a to już takie zabawne nie było, ponownie - kto ma dzieci, ten wie....) (żeby nie było - nie dyskryminuję Was-bezdzietnych, nocni szczęściarze!). 

No a rano zamieszanie, bo zaraz po śniadaniu dziadek przyjeżdżał zabrać eL. na niedzielę. A więc ubieranie, czesanie, śniadanie, papatki i takie tam. Pojechali, zaraz po nich Ka. wybył do apteki, Em. zasnęła a ja z powrotem do ciepłego wyra, z książeczką (tomisko okrutne, ale o tym innym razem). Czytam, czytam i nagle wrzaski jak z innego świata! Niedziela rano, no poważnie, a pod oknami zaczęła się standardowa bójka. Na początku myślałam, że to ktoś na psa krzyczy (takie nierealne to było), ale patrzę, ludzie w oknach więc i ja się wychylam. A tam normalnie, po ludzku chłopaki się leją. Niestety w kiepskim stylu (więcej mordobicia niż jakichś artystycznych wyczynów) (no może... ten co robił uniki przed resztą, to trochę magik był...) i bez walorów też - cienizna kompletna i naprawdę szkoda, że byli bez koszulek... Tak czy owak w krzykach i wrzaskach przenieśli się na drugą stronę bloku, zrobili rozpierduchę w warzywniaku naszej osiedlowej sklepowej, przybiegł kolejny, usłyszeliśmy całą tyradę jak to jeden obraził matkę drugiego, a potem to już w ogóle się porobiło, bo wyskoczył na nich wkurzony mąż sklepowej. Do niego dołączył koleś z bloku obok i w ogóle akcja na całego!! W międzyczasie zadzwoniłam na policję i zaczęłam kręcić filmik z balkonu (na wypadek "gdyby"). No i pewnie przeziębiłam pęcherz, bo stałam na deszczowym balkonie (wspominałam, że padało?? a oni bez tych koszulek!!) w samej piżamie. No ale kto by myślał w takiej chwili o szlafroku czy czymś. Skończyło się mizernie. Bity uciekł, przyjechała policja, winni chwiejnymi ruchami pozbierali cebulę (itp.) i po krótkich pyskówkach główny zadziorny bezkoszulkowiec odjechał radiowozem w siną dal (pewnie na komisariat, ale kto wie? Może pojechali po ubranie jakieś...). Trochę się jeszcze z nich pośmiałam, bo nie mogli nawrócić i wyjechać spod sklepu (presja setki par balkonowych oczu, ja wiem) i zaczęłam żałować, że akurat tego nie nagrałam :P i ... nie - nie wróciłam do łóżka z książką bo Em. się obudziła. No dobra, wróciłam, ale dopiero jak Ka. wrócił z apteki :P

Wracając jednak do "atrakcji" dnia, to potem nie było już tak ekstremalnie. Popołudnie wesoło spędziłam z Buggy Gym, i naprawdę... katar przeżyję... zakwasy przeżyję... spoconą kurtkę wypiorę... ale no wiecie co dziewczyny?!? Wróciłam z treningu ze złamanym paznokciem!! Ładnie to tak, pytam się?? W razie wątpliwości - całkiem NIE ładnie! 

No i nie wygraliśmy 10 000zł. Szkoda.