Tak - dzisiejszy wpis nie każdemu przypadnie do gustu. A szczególnie osobom zainteresowanym (o ile przeczytają, he). Ale męczy mnie jedna mała sprawa z ostatniego tygodnia i koniecznie muszę ją wrzucić do mojej Myślodsiewni...
Najpierw jednak, dla przypomnienia:
- jestem mamą dwójki maluchów
- jestem ciałem pedagogicznym
- jestem dużą empatką
- mam swoisty dar (?) komunikacji z małymi dziećmi.
No i teraz... Pamiętacie, kilka dni temu miałam okropnego doła. Zaczęło się już w weekend, ale kulminacja była we wtorek... W tym dniu, z samego rana poszłam na trening - z powodu ograniczenia czasowego - bez Em. I na tym treningu były inne mamy ze swoimi dziećmi - jak zawsze. Mało się udzielałam w dyskusjach, bo ryczeć mi się chciało okropnie, ale w pewnym momencie to nie wytrzymałam. Otóż z jedną z mam przychodzi synuś - uroczy, naprawdę. Uśmiechnięty, zazwyczaj spokojny - potrafi zdobyć serce. Niestety tym razem znalazł sobie dość głupowatą zabawę - rzucanie w każdego po kolei smoczkiem na plastikowym łańcuszku. Rzucił raz, drugi - mama powiedziała, że nie wolno. Chłopiec nadal uśmiechnięty olał ją (jak to dziecko tylko umie) i dalej się bawił. Widziałam po minach innych mam, że nie wszystkim ta zabawa pasuje - szczególnie, że na materacu siedział sobie o wiele mniejszy bobas. Który - no cóż - też był celem. Więc chłopiec tuptał sobie między nami, rzucał w nas, a kobitki nerwowo się uśmiechały. I w końcu podszedł do mnie...
Może to z powodu tego strasznego doła, może z doświadczenia, może z nadpobudliwej wyobraźni ale w tej właśnie chwili cicho i delikatnie powiedziałam: "Nie rzucaj tym we mnie. Nie podoba mi się to. To mnie boli." Podniosłam smoczek i delikatnie włożyłam mu go do maleńkiej rączki ze słowami: "Proszę. Tak się podaje zabawkę". (tak zresztą rozmawiam z moimi dziećmi...)
I nie zgadniecie - chłopiec wcale nie przerwał swojej "zabawy". Ale we mnie nie rzucał - podchodził, wyciągał rączkę i równie delikatnie podawał mi smoczek prosto do dłoni...
Nie chciałam się rządzić i kogoś umoralniać czy uczyć dobrego wychowania. Tylko że zobaczcie - to było kilka słów, a trafiły od razu do tego małego rozumku. Jego mama skwitowała rzecz zupełnie inaczej, że to po prostu mały empata i podchodzi do mnie w ten sposób bo czuje mój zły nastrój. Kto wie? Może...? Ale tak na chłopski rozum - co jest bardziej prawdopodobne...? Hm?
Kilka lat temu, gdy jeszcze nie było moich bab na świecie (a tak konkretniej, to gdy pierwsza rosła mi w brzuchu) przyszli do nas na kolację znajomi z synkiem. Maluch miał wtedy... ja wiem... z trzy latka może. To była koszmarna kolacja... My niedawno wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, mieliśmy nowe farby na ścianach, podłogi, część mebli itp. Natomiast maluch miał humory. Zawziął się, że sam sobie obłoży chlebek. I na początku luzik - wziął żółty serek, szyneczkę, jakieś warzywko. A potem mu się odwidziało i jak nie pacnął tym serkiem przed siebie... Siedział na wprost ściany, więc ja już miałam czarną wizję tłustych plam na nowiutkiej farbie... Ser na szczęście wylądował gdzieś na stole. Ale nie to było najgorsze - bo może faktycznie ser mu zupełnie nie smakował, przecież różnie bywa. Najgorszy był brak reakcji rodziców. Żadnego "tak nie wolno", "proszę, podnieś ten ser i odłóż na talerzyk", "co ty wyprawiasz?"... Nic, zupełnie nic - jego tatuś zjadł ser i już...
Wiecie, ja kiedyś pracowałam w przedszkolu z ideą wychowania bezstresowego. MASAKRA!!! W każdym rogu były kamery, które miały kontrolować nauczycielki, czy aby nie krzyczą na dzieci. Rozumiecie - zero reprymendy, zero kary, zero konsekwencji. Wielkie róbta co chceta...! Wśród dzieci, rzecz jasna. To były okropne dwa lata, a ja i tak miałam dużo szczęścia, bo przychodziłam tam tylko na zajęcia taneczne. Pełnoetatowe nauczycielki wyglądały okropnie - i pewnie tak się też czuły... Ale do czego dążę - znalazłam się kiedyś w bardzo niefajnej sytuacji: dzieci siedziały w kole, ja majstrowałam przy radiu. I nagle - poważnie! - jeden czterolatek wstał, przebiegł koło do innego chłopca, zdzielił go pięścią w nos i szybko wrócił na miejsce. Zmroziło mnie!!! Szczęka mi opadła...! Patrzę na nauczycielkę, a ona wzrusza ramionami i mówi "oni tak uzewnętrzniają swoje emocje"... I nic!!! Wielkie ZERO reakcji. To wtedy postanowiłam, że kończę z interesami w tym przedszkolu - bo naprawdę nie chciałabym być mamą tego drugiego chłopca...
I nie zrozumcie mnie źle - nie porównuję średnio mądrej zabawy do bicia z premedytacją... tylko że... dziecko bez konkretnych zasad chyba w końcu traci granicę?? Więc moja wyobraźnia zawsze mi podpowiada w takich sytuacjach "co będzie dalej? co będzie następnym razem?" No co? Kamień? Cegła? Pięść?
Oby nic... Oby to tylko moja wyobraźnia...






