To jest niesamowite! Dokładnie dziś mija rok od mojego wyjazdu (wylotu?) do Chin. NIESAMOWITE! Dokładnie rok temu siedziałam w samolocie i odliczałam godziny do lądowania w Pekinie. Szok nad szoki! Mam z tej wycieczki wiele wspomnień - o niektórych z nich możecie poczytać w zakładce "podróże małe i duże" - ale o Nowym Roku (skądinąd Małpy) i "karnawale" jeszcze nie pisałam. I w sumie... nie zamierzam ;) Tyle specjalistów i "chińskich maniaków" już na ten temat się rozpisywało... Ja natomiast DZIELĘ się z Wami moją radością z bycia tam właśnie w okresie noworocznym - wszystkie poniższe zdjęcia są pełne ciepła i odświętnej czerwieni. Bo musicie wiedzieć jedno - w Azji okres noworoczny jest najważniejszym świętem (tak tak, jednym dłuuugim świętem) i te wszystkie ozdoby są tego wyrazem. Dla mnie - MAGIA! A co Wy myślicie?
Zbiór myśli, przemyśleń i domysłów, które siedzą w głowie standardowej kobiety, tudzież żony, matki, córki, przyjaciółki...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 lutego 2017
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Święta jak nie Święta
Dziś długo nie będzie. Bo i się rozleniwiłam ostatnio na maksa, a i temat raczej mało "fajny". Bo będzie o Świętach, ale raczej takich nie do wspominania.
wtorek, 20 grudnia 2016
Gwiazdor Polarny
Pamiętacie jak pisałam Wam jakimi to "mikołajowymi" bajeczkami raczę moje dzieci w okresie przedświątecznym? Okazuje się, że nie tylko ja mam wybujałą wyobraźnię...
Historia miała miejsce tydzień temu, gdy późnym popołudniem, samochodem, wracaliśmy szosą przez las do miasta. Było już ciemno a na niebie wyraźnie lśniła Gwiazda Polarna.
piątek, 16 grudnia 2016
Piekielne dziecko
Już nie raz Wam pisałam - moje dzieci potrafią dać czadu. Znajdziecie na to dowody przynajmniej co kilka wpisów. I bardzo proszę - kolejny przykład:
Baby nadal są na chorobowym. Nie chciało im puścić - dostały jednorazowo po dużej dawce obrzydliwych sterydów i od razu zaczęły lepiej oddychać. Ze sterydami jednak jest tak, że oprócz apetytu zwiększają również zapasy energii. I choć sterydy dostały rano, to zamiast o 19 leżeć już grzecznie w łóżkach łaziły po domu jak nakręcone.
piątek, 9 grudnia 2016
KONKURS "Imię dla renifera"!
Święta tuż tuż. I z tej właśnie okazji zawitał do mnie wczoraj specjalny gość. Jest u mnie tylko przejazdem - szuka dobrego, ciepłego domu i kochających, miłych ludzi w nim mieszkających. Może... Ciebie?
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Mikołaj vs Gwiazdor
Też macie ten problem?
- Mamo, a kto jutro przychodzi?
- Mamo, a to jest ten sam pan?
- Mamo, a czemu przychodzi dwa razy?
- Mamo, a czemu raz wkłada zabawki w buty, a raz potrzebujemy całej choinki?
itp., itd. ...
wtorek, 29 listopada 2016
KONKURS Gwiazdki na Gwiazdkę!
Niedawno nawiązałam współpracę z bardzo sympatycznymi i niezwykle twórczymi kobietkami z I Love Diy Studio. I teraz, dla przypieczętowania owej naprawdę ładnie zapowiadającej się współpracy mamy dla Was konkurs ze ślicznymi, dekoracyjnymi nagrodami.
poniedziałek, 7 listopada 2016
KONKURS MIKOŁAJKOWY !
Zapraszam Was serdecznie na Konkurs Mikołajkowy, który właśnie się rozpoczął na moim fan page'u na facebooku. Wygrać możecie śliczną, świąteczną książeczkę dla najmłodszych oraz pachnącą niespodziankę dla Mamy - przywiezioną prościutko z Bułgarii!!
(EDIT) Ach, niech stracę ;) Dla zachęty dorzucam jeszcze osobiście przeze mnie przywiezioną pamiątkę z CHIN!!!
(EDIT) Ach, niech stracę ;) Dla zachęty dorzucam jeszcze osobiście przeze mnie przywiezioną pamiątkę z CHIN!!!
Aby wziąć udział w konkursie wystarczy, że:
-> polubicie moją stronę na facebooku KLIK
(choć będzie mi miło jak i na blogu pozostawicie "lajka" czy "plusika" :D)
-> polubicie facebookowy wpis konkursowy KLIK
-> publicznie udostępnicie go u siebie
-> a w komentarzu pod nim napiszecie "Mikołajki"
Macie czas do 19.11.2016.
Losowanie zwycięzcy i ogłoszenie wyników przewiduję na dzień następny: 20.11.2016.
Także ten...
Zapraszam i POWODZENIA!! :D :D :D
środa, 30 marca 2016
Moja mama jest pedantką!
Nie, nie, tytułowa "mama" to nie ja. Dziś czytamy dosłownie - "moja mama" to moja mama...
Mam nadzieję, że mieliście cudowne Święta! Że mimo chorób (jak u nas), zawirowań finansowych (jak u nas) i pewnych rodzinnych... hm... nieprzyjemności (jak u nas) spędziliście ten czas w radości, miłości i (świętym!!!) spokoju!
I teraz się przyznajcie - kto szalał przed? Ze sprzątaniem, zakupami, gotowaniem...? No kto?
poniedziałek, 28 marca 2016
Święta, święta i po...
Jak tam obżartuchy? Uzupełniliście zapas kalorii na następne pół roku? Czy korzystaliście z pięknej pogody i na bieżąco spalaliście kalorie? :D Ja, niestety, robiłam tylko zapasy tłuszczyku - na dwór wyszłam tylko na balkon... A czemu? No zgadnijcie... Tak, zgadza się - choroba nadal zbiera swoje żniwa...
czwartek, 24 marca 2016
Dziecięce przygotowania do Świąt Wielkanocnych
Za kilka dni Wielkanoc. A my w wirze przygotowań. Rozczaruję Was jednak - wcale nie myjemy okien, nie trzepiemy dywanów ani nie remontujemy łazienki (kaha80 - nadal się kulam ze śmiechu!!). Bo my tu częściowo ciągle jesteśmy na chorobowym i zamiast siedzieć w kurzu i brudzie różnego pochodzenia świetnie się bawimy! O, właśnie tak:
poniedziałek, 29 lutego 2016
Chiny - miasteczko olimpijskie
Tak się złożyło, że pierwszym punktem w planie zwiedzania Pekinu było miasteczko olimpijskie z 2008 roku. I od razu szok. A nawet kilka tych szoków...
| Plan miasteczka olimpijskiego Pekin 2008 |
Kompleks "zwiedzaliśmy" z samego rana (tuż po przylocie). Ludzi - prawie zero! I to był pierwszy szok! Lecąc do Chin wyobrażałam sobie miliony ludzi nacierających z każdej strony... A tu co? Hektary spokojnej, czystej przestrzeni, z kilkoma spacerowiczami. Ale co tu się dziwić - jak już wiecie trafiliśmy do Pekinu zaraz po Nowym Roku i większość Tambylców spędzała poranek świętując w gronie rodzinnym.
| Stadion olimpijski "Gniazdo" |
Tak oto uporaliśmy się z pierwszym szokiem a tu drugi. Abo "zwiedzanie" polegało na przespacerowaniu się pomiędzy budynkami. I tyle. Swojego czasu przetargano mnie po wielu stadionach różnego typu (Filadelfia, Wimbledon, Wembley, Barcelona itp.) więc spodziewałam się czegoś innego... Nie była to jednak wina organizatora - po prostu Miasteczko Olimpijskie jest dla Chińczyków symbolem narodowym samo w sobie - do środka zazwyczaj nie wchodzi nikt!
I tu, proszę, kolejny szok - aby zbudować wszystkie obiekty wydano MASĘ kasy, przesiedlono ludzi, przeniesiono fabryki, częściowo zniszczono chińskie "stare miasto" (hutongi), dobudowano ogrom dróg i ulic, rozbudowano lotnisko, zmieniono nawet pewne kulturowe zwyczaje (czyt. niżej) - i co? I wszystko stoi elegancko NIEUŻYWANE!! Z wyposażeniem w środku!!! Ogrodzone, z pełną obsługą sprzątająco-techniczną, traktowane jako kolejny, bardzo emocjonalny, pomnik Chin...! (a u nas tyle zamieszania wywołał jeden malutki Stadion Narodowy... phi...)
Z tą zmianą kulturowych przyzwyczajeń to faktycznie niesamowita sprawa. Przykładowo - na pewno widzieliście swojego czasu w TV, że w pekińskim metrze zatrudniono upychaczy. Tak naprawdę ich rola była odrobinę inna. Otóż w Chinach nie ma naszego zwyczaju - najpierw wychodzimy, potem wchodzimy - czyli przepuszczamy się kulturalnie. U nich jest wolna amerykanka - kto pierwszy ten lepszy...! Zatem wiele miesięcy przed rozpoczęciem olimpiady zaczęto edukować ludzi, przyzwyczajać do kulturalniejszego - mniej potencjalnie morderczego - korzystania z komunikacji miejskiej... A ci cali "upychacze" mieli właśnie czuwać nad bezpieczeństwem turystów.
| Hektary betonowego parku olimpijskiego... |
I jeszcze jeden przykład - Chińczycy mają bardzo... hm... interesujący (?!?) zwyczaj opróżniania nadmiernej wydzieliny zalegającej w górnych drogach oddechowych... Robią to... no wszędzie! Na ulicy - na ulicę. W restauracji - na podłogę. W parku - na trawę. W samochodzie - za okno. Itp... Charkają i tfu. Ciągle!!! I nikt się temu nie dziwi. Jednak organizatorzy Olimpiady byli świadomi, że druga część świata niezbyt przychylnie może się do tego odnieść. Tak więc również zorganizowano wielką kampanię społeczną anty-charkającą!! Co by nie straszyć i obrzydzać przybyszy zza granicy...
| Hm... reklama 3D? |
No ale teraz to w ogóle Was zaskoczę - Pekin (jako pierwszy który organizował Igrzyska Letnie), organizuje Zimową Olimpiadę w 2022 roku. I na ten cel zostanie wybudowane zupełnie nowiutkie miasteczko olimpijskie...!!
Sami musicie przyznać - stwierdzenie "zastaw się a pokaż się" nabiera zupełnie innego wymiaru, prawda...?
Po więcej "olimpijskich" zdjęć zapraszam na: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.591730270976987.1073741832.529782527171762&type=3
środa, 24 lutego 2016
Chiny - szał zakupów...!
| The Place - wypasione centrum handlowe |
W ciągu kilku ostatnich lat Chińczycy masowo zaczęli pragnąć tego co oryginalne. Wszystkie markowe sklepy odzieżowe - począwszy na moim "ulubionym" H&M a na Pradzie kończąc - są o wiele droższe nie tylko niż u nas, w Polsce. One są nawet droższe od tych we Włoszech czy Francji! A jednak Chińczycy i tak tam kupują i niesamowicie się tym szczycą.
| Ulica handlowa |
Powiem szczerze - nie znam się na "markowych ciuchach". Dla mnie spodnie z House'a to już rarytas ;) I nie mam też szału butów i torebek. Ale po kilku spacerkach przed ogromnymi sklepowymi wystawami sama muszę przyznać - ceny biją po oczach!!
Co się jednak dziwić - nawet zwyczajna kawa w Starbucks'ie, w wersji najmniejszej, dawała po kieszeniach - wychodziła jakieś 30-35 Yuan'ów (1Y = 60gr), czyli jakieś 20zł... Moja ulubiona gorąca czekolada kosztowała jeszcze więcej... Razy trzy osoby i stówka pękała... Boli, nie?
He, teraz sobie na pewno myślicie o podróbkach. A i owszem - są! W czterech kategoriach: A, B, C i D, gdzie A to podróbki o najlepszym standardzie (np. towary wyniesione z oryginalnych magazynów, bo mają zły szew albo perła nie jest dość okrągła), a D to najgorszy szajs (Rolex z przyklejonymi wskazówkami ;)).
Ba! Istnieje nawet coś tak niesamowitego jak legalne podróbki!! Lepiej - jak legalnie działające centra handlowe z podróbkami! To jest coś, nie? W samym Pekinie są cztery - my byliśmy w dwóch. Jeden wyglądał jak wielopiętrowy bazar pod dachem i z ogrzewaniem. Ale drugi był krótko po remoncie i naprawdę robił wrażenie.
I teraz sobie wyobraźcie, że - LEGALNIE - macie iść na zakupy do podróbkowego raju i - LEGALNIE - musicie się targować o cenę owych podróbek. I nie targować o "troszkę". He... Oni Wam mówią, że coś kosztuje 100Y, a Wy im co? A Wy im, że dajecie... 10Y... Tak, tak - kazano (!!!) nam się targować o 1/10 ceny. Tak, żeby w najgorszym wypadku spotkać się w środku... Więc wchodzicie na przykład do mega eleganckiego sklepu z przepięknymi sukienkami chińsko-balowymi dla dzieci, takimi, że Wójcik ze Smykiem się umywają i masz się targować do upadłego!! Obowiązkowo!!
Miałam taką sytuację, że już kończyliśmy naszą wizytę w jednym z tych centr handlowych a ja koniecznie chciałam sobie kupić podróbkę jedwabnej bluzki w chińskim kroju. Zostało nam jakieś 10 minut do zbiórki i nagle (w końcu!!) wpadła mi w oczy Ta Właściwa. Oczywiście w rozmiarze S... rozmiarówki chińskiej... (nawet jeden cycek by mi się nie zmieścił...). Tak więc pytam, czy ma kobitka większe - miała. I zaczynam przymierzać, od L... XL... 2XL... i w końcu 3XL (rozmiarówki chińskiej, żeby nie było!!). Tak czy owak, trochę nam zeszło z tym przebieraniem i zaczęłam się martwić, że spóźnimy się na zbiórkę z resztą wycieczki (NIE-NA-WI-DZĘ się spóźniać). Przeliczyłam szybko cenę w głowie, machnęłam ręką na targowanie i mówię kobiecie, że biorę - o kilkadziesiąt youanów mniej, do równego. A ona do mnie: tylko? I nie tylko tyle mi dasz, ale tylko o tyle się targujemy??? Tak więc rozumiecie - presja targowania się była ogromna. I naprawdę można było sporo utargować.
Inna sprawa, że niektóre marki były sprzedawane zupełnie spod lady. Ich producenci próbowali (z mizernym skutkiem) walczyć z chińskim - LEGALNYM - obrotem podróbkami. Tak więc teraz ich produkty są albo sprzedawane pod ladą/w uliczkach za centrum handlowym/w samochodowych bagażnikach (itp.) albo po prostu wystawiane na półkach sklepowych bez znaczka. A jak chcecie znaczek, to (za ekstra opłatą) dokleją/doszyją cichaczem na miejscu. Sama zakupiłam NIELEGALNIE LEGALNĄ podróbkę paska Louis Vuitton, dla męża - spod lady. Oryginały chodzą w Polsce za jakieś 2,400zł. Jak nas przyciśnie będziemy mieć prawie na trzy raty hipoteczne ;) ;) (dla ciekawości - dałam za niego około 50zł - to się nazywa targowanie, co?!?).
Oprócz domów towarowych i eleganckich sklepów w Pekinie jest jeszcze mnóstwo ryneczków, bazarków, targowisk z różnymi duperelami. A tam to naprawdę różnie bywa z oryginalnością produktów. I z targowaniem. Weszłyśmy raz do wielgachnego budynku z asortymentem dla dzieci - no niektórych ORYGINALNYCH chińskich zabawek w życiu bym nie kupiła. Takie badziewie! A tam akurat nie można było się targować wcale...
I nie można było się też targować w instytucie jedwabiu czy pereł, czy herbaciarni (na herbatkę Was jeszcze zabiorę), ale tam z kolei z okazji Nowego Roku na wstępie dawali nam spore zniżki (aż sam przewodnik się zdziwił). Podobno naprawdę słaby ruch w interesie mieli. No i dostawaliśmy coś ekstra (w sensie kup dwa - trzeci gratis), więc jak się dobrze sprawę zorganizowało z mamą i Siostrą to też nie było źle :D :D
Podsumowując - zakupy w Chinach to naprawdę ciekawe doświadczenie. I pisze to ktoś, kto już nieraz musiał się targować - czy to w Europie, czy to w Afryce...
A, wiecie co jest najlepsze w tym wszystkim? Że o ile zakup podróbek w Chinach jest jak najbardziej legalny, to ich przywóz do Polski już zupełnie nie...!! I co Wy na to?? :D :D
Ba! Istnieje nawet coś tak niesamowitego jak legalne podróbki!! Lepiej - jak legalnie działające centra handlowe z podróbkami! To jest coś, nie? W samym Pekinie są cztery - my byliśmy w dwóch. Jeden wyglądał jak wielopiętrowy bazar pod dachem i z ogrzewaniem. Ale drugi był krótko po remoncie i naprawdę robił wrażenie.
I teraz sobie wyobraźcie, że - LEGALNIE - macie iść na zakupy do podróbkowego raju i - LEGALNIE - musicie się targować o cenę owych podróbek. I nie targować o "troszkę". He... Oni Wam mówią, że coś kosztuje 100Y, a Wy im co? A Wy im, że dajecie... 10Y... Tak, tak - kazano (!!!) nam się targować o 1/10 ceny. Tak, żeby w najgorszym wypadku spotkać się w środku... Więc wchodzicie na przykład do mega eleganckiego sklepu z przepięknymi sukienkami chińsko-balowymi dla dzieci, takimi, że Wójcik ze Smykiem się umywają i masz się targować do upadłego!! Obowiązkowo!!
![]() |
| Legalne centrum podróbek "Silk Street" |
![]() |
| Legalne centrum podróbek "Silk Street" |
Miałam taką sytuację, że już kończyliśmy naszą wizytę w jednym z tych centr handlowych a ja koniecznie chciałam sobie kupić podróbkę jedwabnej bluzki w chińskim kroju. Zostało nam jakieś 10 minut do zbiórki i nagle (w końcu!!) wpadła mi w oczy Ta Właściwa. Oczywiście w rozmiarze S... rozmiarówki chińskiej... (nawet jeden cycek by mi się nie zmieścił...). Tak więc pytam, czy ma kobitka większe - miała. I zaczynam przymierzać, od L... XL... 2XL... i w końcu 3XL (rozmiarówki chińskiej, żeby nie było!!). Tak czy owak, trochę nam zeszło z tym przebieraniem i zaczęłam się martwić, że spóźnimy się na zbiórkę z resztą wycieczki (NIE-NA-WI-DZĘ się spóźniać). Przeliczyłam szybko cenę w głowie, machnęłam ręką na targowanie i mówię kobiecie, że biorę - o kilkadziesiąt youanów mniej, do równego. A ona do mnie: tylko? I nie tylko tyle mi dasz, ale tylko o tyle się targujemy??? Tak więc rozumiecie - presja targowania się była ogromna. I naprawdę można było sporo utargować.
Inna sprawa, że niektóre marki były sprzedawane zupełnie spod lady. Ich producenci próbowali (z mizernym skutkiem) walczyć z chińskim - LEGALNYM - obrotem podróbkami. Tak więc teraz ich produkty są albo sprzedawane pod ladą/w uliczkach za centrum handlowym/w samochodowych bagażnikach (itp.) albo po prostu wystawiane na półkach sklepowych bez znaczka. A jak chcecie znaczek, to (za ekstra opłatą) dokleją/doszyją cichaczem na miejscu. Sama zakupiłam NIELEGALNIE LEGALNĄ podróbkę paska Louis Vuitton, dla męża - spod lady. Oryginały chodzą w Polsce za jakieś 2,400zł. Jak nas przyciśnie będziemy mieć prawie na trzy raty hipoteczne ;) ;) (dla ciekawości - dałam za niego około 50zł - to się nazywa targowanie, co?!?).
Oprócz domów towarowych i eleganckich sklepów w Pekinie jest jeszcze mnóstwo ryneczków, bazarków, targowisk z różnymi duperelami. A tam to naprawdę różnie bywa z oryginalnością produktów. I z targowaniem. Weszłyśmy raz do wielgachnego budynku z asortymentem dla dzieci - no niektórych ORYGINALNYCH chińskich zabawek w życiu bym nie kupiła. Takie badziewie! A tam akurat nie można było się targować wcale...
| Wejście na Targ żywności |
| Na bazarku różności |
I nie można było się też targować w instytucie jedwabiu czy pereł, czy herbaciarni (na herbatkę Was jeszcze zabiorę), ale tam z kolei z okazji Nowego Roku na wstępie dawali nam spore zniżki (aż sam przewodnik się zdziwił). Podobno naprawdę słaby ruch w interesie mieli. No i dostawaliśmy coś ekstra (w sensie kup dwa - trzeci gratis), więc jak się dobrze sprawę zorganizowało z mamą i Siostrą to też nie było źle :D :D
Podsumowując - zakupy w Chinach to naprawdę ciekawe doświadczenie. I pisze to ktoś, kto już nieraz musiał się targować - czy to w Europie, czy to w Afryce...
A, wiecie co jest najlepsze w tym wszystkim? Że o ile zakup podróbek w Chinach jest jak najbardziej legalny, to ich przywóz do Polski już zupełnie nie...!! I co Wy na to?? :D :D
Poczytaj również o chińskim:
Oczywiście po więcej zdjęć zapraszam na moją stronę:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.589487907867890.1073741831.529782527171762&type=3
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.589487907867890.1073741831.529782527171762&type=3
niedziela, 3 stycznia 2016
Życzę sobie... szczęścia!
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Jak Wam minęły Święta? I Sylwester? Rozpoczęliście Nowy Rok z ważnym postanowieniem?
U mnie było... standardowo. Nie źle. Ale i nie tak jak bym chciała, niestety...
Raz, że nie było śniegu - nic a nic. A temperatura w słońcu dochodziła do 23 stopni! (w cieniu 13-14...). Czyli cały nastrój szlag trafił.
A dwa... zabrakło mi Szczęścia.
Bo nie wiem jak u Was, ale u mnie Święta wyglądają tak:
- spotykamy się w rodzinnym gronie (a grono to widuję przynajmniej raz w tygodniu)
- zaczyna się walka przy garach w kuchni (na szczęście w tym roku nie było Wigilii u nas, więc nikt nam się po kuchni nie rządził... he - nadrobili w "Drugie Święta"...)
- opłatek, życzenia, dużo głupot i śmiechu
- siadamy i jemy
- kończę jeść po 5-10 minutach i.... zaczyna się proponowanie/wmuszanie/wciskanie kolejnych potraw (żarcie, żarcie, żarcie)
- dezertujemy z dziećmi od stołu i zaczynamy szukać pierwszej gwiazdki
- gwiazdka jest, czekamy na prezenty, ale rzecz jasna czekamy długo bo trzeba przecież postawić ciasto (żarcie, żarcie, żarcie)
- Gwiazdor i prezenty
- kawa (żarcie, żarcie, żarcie)
- zabijanie czasu zanim pójdzie się spać...
Zauważyliście, prawda? Zero magii świąt! Zero Bożonarodzeniowej atmosfery! W moim rodzinnym domu Święta się skomercjalizowały... Ja nie jestem bardzo religijna, nie mam potrzeby, przykładowo, chodzenia na pasterkę (choć czasem bywało bardzo zabawnie i sympatycznie). Ale kolędy uwielbiam...
Hm...
A wiecie co mi się marzy?
Ucieczka!
Tylko ja, mój mąż i dzieci.
I nie ten mąż, na maksa wyeksploatowany przez pracę już tydzień przed Wigilią,
co krok powtarzający jak to nie cierpi tych Świąt...
Tylko wypoczęty, zakochany, natchniony.
Taki co ze mną będzie z radochą spiskował w sprawie niejakiego Gwiazdora,
co upiecze z dziećmi ciasteczka,
co będzie podjadał popcorn w czasie robienia choinkowego łańcucha,
co ładnie się się ubierze z przyjemności a nie z obowiązku...
Dzieci mam jeszcze maleńkie i nie wiem, czy pragną tej magii tak mocno jak ja. Myślę, że eL. (mimo katolickiego przedszkola) jeszcze nie zbyt dużo rozumie, Em. żyje z dnia na dzień. Ale choroby, które je męczą... no cóż... chore dzieci to nie jest to, co kochającemu rodzicowi daje radość... (tak - znów byliśmy z Em. na antybiotyku, a na myśl o inhalacjach to sama dostaję gęsiej skórki...). Jednak wierzę głęboko, że to od nas - rodziców - uczą się czerpać pozytywnych wrażeń i uczuć ze świątecznego czasu. A gdy rodzice są zajęci, zmęczeni, w ciągłym strachu i zmartwieniu...? Dzieci nie wiedzą, że to przez chorobę i obowiązki... Chciałabym od tego uciec...
A ta ucieczka to by musiała być gdzieś poza cywilizację:
bez korków,
natrętnej technologii,
uzależnienia od komputera,
plotkujących ludzi
i przeogromnej presji otoczenia...
Więc marzą mi się Święta w naszym małym, zdrowym, wypoczętym, optymistycznym gronie.
Gdzie wygramy ze zmęczeniem, strachem i pretensjami o bzdety.
Gdzie potrawy nie będą przygotowywane z obowiązku, ale z miłości.
Gdzie dla tradycji wyłożymy cały stół siankiem.
Gdzie poczytamy proste opowieści/przypowieści wigilijne dla dzieci.
Gdzie będziemy głośno śpiewać kolędy, grając przy tym na wszelakich przeszkadzajkach.
Gdzie dzieci dostaną prezenty takie, na które czekają i na które będą piszczeć z uciechy.
Gdzie wieczorem pójdą spokojnie spać, usatysfakcjonowane,
z serduszkami pełnymi miłości.
Gdzie, gdy zasną, będziemy mieć z mężem czas tylko dla siebie
- dobry czas, ciepły czas, spokojny, pełen relaksu.
Pełen magii!
Pełen szczęścia...
Nie doszukujcie się sprośności - w moim Świątecznym marzeniu dzieci śpią przytulone do nowych zabawek, a ja do osoby, która w każdej minucie daje mi odczuć, że to ze mną (z nami) chce spędzić kolejne Święta... i jeszcze jedne... i wszystkie... Do osoby, dla której w każde Święta uciekałabym przed całym światem, żeby znaleźć w Jego oczach tą odrobinę (największą z możliwych!) szczęścia...
Sobie - i Wam - na Nowy Rok życzę szczęścia!
Nie materialnego (choć nie przeczę - przydaje się, he).
Szczęścia emocjonalno-duchowego.
Szczęścia, które czasem jest tak blisko!
A tak daleko...
Kochajcie się!
środa, 23 grudnia 2015
Magia Świąt... za kierownicą...
Mimo, że Boże Narodzenie to moje ulubione święto, wiążą się z nim rzeczy, których zwyczajnie nie dzierżę... Przede wszystkim doprowadza mnie do szału choroba, która kilka dni przed Wigilią zaczyna ogarniać dużą część kierowców... i trwa... trwa...
Już to pisałam - jestem dobrym kierowcą. Kulturalnym kierowcą!! Teraz, siedząc z chorowitą Em. może rzadziej wyjeżdżam w trasę, jednak kilkanaście dni w domu nie pozbywa mnie nagle dobrego wychowania. Może trochę mniej cierpliwa jestem... Ale w porównaniu do niektórych przedświątecznych maniaków - moja cierpliwość jest wprost anielska!
Z tej prostej przyczyny, że Ka. utknął w pracy aż do Wigilii ostatnie sprawunki musimy załatwić same z Em. (gdy eL. relaksuje się w przedszkolu). Nie przeszkadza mi tłok w sklepach (tyle nam się ostatnio porobiło hipermarketów z centrami handlowymi, że się wszyscy elegancko dzielą), ale to, co się dzieje na drogach - to jakiś obłęd!!
Mieszkam w dużym mieście - mamy sporo ulic, które zaczynają się kilkoma pasami, a kończą na jednym. A po środku - zjazd i przemiły znak "Jazdy na suwak". Niby wszystko proste - każdy gdzieś chce dojechać, samochody nie latają, więc raz ten z prawej, raz ten z lewej... Ale nie... Bo jeden chciał być cwaniak (rejestracja z mniejszego miasta niedaleko mojego) więc stanął sobie elegancko i samolubnie - niczym samotny rycerz na polu walki - na obu pasach, zacinając suwak na maksa. Mimo, że przed nim lewy pas był hen hen wolny, to nie odpuścił. Przecież on musi przejechać te kilka samochodów szybciej, przecież żaden idiota nie będzie mu się wpychał... I żadne trąbienie (nie moje) ani zwiększający się korek za nim nie zmienił go do zmiany decyzji - blokował pas z pełną satysfakcją!
O, i kolejna sytuacja - z tak zwanymi niedzielnymi kierowcami. Przyjechali do dużego miasta na zakupy - pewnie ostatni raz byli w zeszłym roku. No może na Wielkanoc... Pchają się najbardziej uczęszczanymi ulicami, kurczowo trzymając się i kierownicy (z braku wprawy), i lewego pasa (bo przecież za 10km trzeba skręcić), no i jadą maks 30km/h... Aha - i jeszcze gwałtownie hamują przed każdą sygnalizacją świetlną - na wszelki wypadek... A wszystko to w godzinach szczytu, na dwa-trzy dni przed Gwiazdką... Wgrrr... Przecież nie mogli przyjechać wcześniej (heloł - te mega promocje to dopiero w niedzielę po Świętach będą!!)...
No ale samochodowy cyrk na parkingach przed/pod/nad centrami handlowymi to już w ogóle wolna Amerykanka... Każdy parking ma swoje prawa i zasady, ale zazwyczaj są one konkretnie zaznaczone - wielkie strzałki, czerwone znaki STOPu, nakazy jazdy i inne takie, że na przykład skrzyżowania równoważne... Jasne... Przecież to jest bitwa o miejsca - a na wojnie nie ma zasad! I tym sposobem prawie miałam czołowe zderzenie z gościem z innego miasta - on miał STOP, ja refleks. Bo rzecz jasna to ogromne czerwone STOP jegomość olał kompletnie i nawet na mnie nie spojrzał - śpieszył się przecież...
Piesi też nie są bez winy - nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich babć i dziadków pchających się pod koła, bo przecież lecą po karpia... na złamanie karku... bo do przejścia jest o kilka kroków za daleko... Ostatnio przyłapałam nawet mojego sąsiada, który z powodu tuszy porusza się raczej wolno - wcale mu to nie przeszkadzało wleźć na bardzo niebezpieczny fragment ulicy niedaleko naszego bloku. Może myślał, że jakby co będzie miał miękkie lądowanie...?
Wczoraj wracając do domu na krótkim odcinku trasy minęłam dwie poważne stłuczki... Karetek nie było - ale szkło lśniło... Kochani kierowcy (i piesi też!) - więcej świątecznej kultury na drodze!!! Niech zadzieje się magia!!! Przecież każdy chce ze wszystkim zdążyć na czas.
Życzę Wam Wszystkim BEZPIECZNYCH ŚWIĄT!!! I tych kilkadziesiąt godzin przed nimi też...
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Grudniowe wyznania
Dostałam dziś propozycję świątecznej zabawy ze strony tygrysiaki.pl (pamiętacie "Złote myśli"??) i tak sobie myślę - a co tam! Zabawa wędruje od bloga do bloga, trafiła do mnie, więc dalej puszczę ją w świat :)
Zasady są bardzo proste - zaraz Wam tu odpowiem na kilka pytań. A poniżej i Wy możecie się ze mną (i światem) podzielić tym, co Wam na sercu leży :D :D
1. Najbardziej lubię w świętach...
PREZENTY!!! Zdecydowanie!!! Ale nie tylko dostawanie (choć owszem - uwielbiam), ale mam też sporo radochy z ich dawania. Jestem maniaczką prezentową - zawsze mam wrażenie, że mam ich (dla innych) za mało... (bardzo współczuję naszemu tegorocznemu Gwiazdorowi - będzie miał co dźwigać...)
2. W świętach nie lubię...
"Dwunastek" Ka. I "nie lubię" to naprawdę mało powiedziane!! Fakt, że on ich nie lubi jeszcze bardziej wcale mnie nie pociesza...
3. Moja ulubiona potrawa wigilijna to...
I tu mamy swojego rodzaju klops, bo ja jestem 100 procentowo mięsożerna... Kochałam pierogi mojej babci, ale od dawna już ich nie ma, więc teraz zawsze czekam na... deser :D :D I kwas chlebowy :D :D - ale nie wiem czy to się liczy jako potrawa :P
4. Mój ulubiony świąteczny wypiek to...
No własnie - od razu lepiej :D Makowiec!! Ale musi być mokry. I babka migdałowa z pracy mego lubego - mniam :D :D
5. Trzy świąteczne sytuacje, które utkwiły mi w pamięci...
- wcinanie ciasta i picie herbaty z termosu podczas pasterki... (prowadzeni scholi miało swoje przywileje ;))
- święta w USA - trzeba było czekać na prezenty do następnego rana - buuuu.....
- wspomnienie z każdych "młodzieżowych" świąt - rozpakowywanie prezentów a potem zarwanie nocki z siostrą i najnowszą grą/dodatkiem Simsów... Ech - te emocje, gdy komputer odmawiał posłuszeństwa...!!
6. Książka którą kojarzę ze świętami...
Na dzień dzisiejszy foto-książka, którą w tajemnicy zrobiłam dla teściów z ośmiorgiem ich wnuków (i ich zdjęciami, rzecz jasna), i zostanie im dostarczona prościutko pod choinkę. A wyszła bosko!!
7. Pod choinką chciałabym znaleźć...
Nowy portfel - bo mi obecny zeżarła Em. I dolary w nim (Euro???)... bo Chiny tuż tuż :D :D
KONIEC !
No i teraz nominacje.... ;)
Serdecznie zapraszam do zabawy Was - a nuż Wam się spodoba :)
A z blogów, bardzo proszę:
Będzie Czytane - może napisze, a potem... przeczyta? :)
Bieg Gosi przez życie - na poprawę humoru :)
i Dwie Twarze Matki - jej odpowiedzi na pewno będą szczere!!
piątek, 4 grudnia 2015
Odrobina szczęścia w tym całym nieszczęściu
Nadal chorujemy. Ale jest nadzieja!!
Ka. dostał antybiotyk, wziął się w garść i jakoś się toczy. Dotoczył się nawet do roboty. Ciekawe tylko w jakim stanie wróci...?!?!
Z Em. byłam dziś na kontroli u pediatry w pokoju obok naszej dr - bo nasza pani dr jest na urlopie. Uff - zastrzyki działają!! Jeszcze słychać jakieś szmery-bajery, ale nie jest źle. Szpital został odsunięty na jakiś dwudziesty ósmy plan. A co najważniejsze - ta przemiła kobieta rozwiała moje wątpliwości dotyczące płaczów i krzyków. Otóż bałam się, że jak Em. krzyczy i zaczyna kaszleć to pogarsza swój stan. Wiecie, że jej się tam wszystko ściska, zaciska i zaraz się udusi... Natomiast jest zupełnie odwrotnie!!! Mam jej więc pozwalać krzyczeć, płakać, wściekać się i w ogóle, żeby ćwiczyła płuca i wypluła co trzeba. Zgadnijcie co ja na to?? Hip hip hurra!!! Teraz nastaną piękne dni. Głośne, ale piękne :D :D
Trochę gorzej, że mamy antybiotyk i sterydy jeszcze przez tydzień. Ale że miało być o szczęściu - to na szczęście już doustnie!
eL. ma dziś "Mikołajki" w przedszkolu. Jutro u dziadków. A w niedzielę w domu. Będziemy mieć masę nowych pierdół do zabawy - a w naszym domu zabawki to się kocha na maksa :D :D (Ja też już wiem, co mi święty Miki przyniesie - już zacieram rączki :D :D)
No i proszę Państwa - dostałam nieśmiałą propozycję pracy!!! To jeszcze zupełnie nic pewnego, ale jakby wypaliło i to na takich warunkach godzinowych jakie bym mogła sobie tylko wyśnić, i jeszcze może nie tak zupełnie za najniższą krajową (tak tak - wiem, że mnie czytasz droga Pani Kierownik ;) ) - to by była (w obecnym rodzinno-chorobowo-bezrobociowym stanie) gwiazdka z nieba :D
Sami widzicie - zapaliła się iskierka nadziei!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







