środa, 23 grudnia 2015

Magia Świąt... za kierownicą...

Mimo, że Boże Narodzenie to moje ulubione święto, wiążą się z nim rzeczy, których zwyczajnie nie dzierżę... Przede wszystkim doprowadza mnie do szału choroba, która kilka dni przed Wigilią zaczyna ogarniać dużą część kierowców... i trwa... trwa...

Już to pisałam - jestem dobrym kierowcą. Kulturalnym kierowcą!! Teraz, siedząc z chorowitą Em. może rzadziej wyjeżdżam w trasę, jednak kilkanaście dni w domu nie pozbywa mnie nagle dobrego wychowania. Może trochę mniej cierpliwa jestem... Ale w porównaniu do niektórych przedświątecznych maniaków - moja cierpliwość jest wprost anielska!

Z tej prostej przyczyny, że Ka. utknął w pracy aż do Wigilii ostatnie sprawunki musimy załatwić same z Em. (gdy eL. relaksuje się w przedszkolu). Nie przeszkadza mi tłok w sklepach (tyle nam się ostatnio porobiło hipermarketów z centrami handlowymi, że się wszyscy elegancko dzielą), ale to, co się dzieje na drogach - to jakiś obłęd!!

Mieszkam w dużym mieście - mamy sporo ulic, które zaczynają się kilkoma pasami, a kończą na jednym. A po środku - zjazd i przemiły znak "Jazdy na suwak". Niby wszystko proste - każdy gdzieś chce dojechać, samochody nie latają, więc raz ten z prawej, raz ten z lewej... Ale nie... Bo jeden chciał być cwaniak (rejestracja z mniejszego miasta niedaleko mojego) więc stanął sobie elegancko i samolubnie - niczym samotny rycerz na polu walki - na obu pasach, zacinając suwak na maksa. Mimo, że przed nim lewy pas był hen hen wolny, to nie odpuścił. Przecież on musi przejechać te kilka samochodów szybciej, przecież żaden idiota nie będzie mu się wpychał... I żadne trąbienie (nie moje) ani zwiększający się korek za nim nie zmienił go do zmiany decyzji - blokował pas z pełną satysfakcją!

O, i kolejna sytuacja - z tak zwanymi niedzielnymi kierowcami. Przyjechali do dużego miasta na zakupy - pewnie ostatni raz byli w zeszłym roku. No może na Wielkanoc... Pchają się najbardziej uczęszczanymi ulicami, kurczowo trzymając się i kierownicy (z braku wprawy), i lewego pasa (bo przecież za 10km trzeba skręcić), no i jadą maks 30km/h... Aha - i jeszcze gwałtownie hamują przed każdą sygnalizacją świetlną - na wszelki wypadek... A wszystko to w godzinach szczytu, na dwa-trzy dni przed Gwiazdką... Wgrrr... Przecież nie mogli przyjechać wcześniej (heloł - te mega promocje to dopiero w niedzielę po Świętach będą!!)... 

No ale samochodowy cyrk na parkingach przed/pod/nad centrami handlowymi to już w ogóle wolna Amerykanka... Każdy parking ma swoje prawa i zasady, ale zazwyczaj są one konkretnie zaznaczone - wielkie strzałki, czerwone znaki STOPu, nakazy jazdy i inne takie, że na przykład skrzyżowania równoważne... Jasne... Przecież to jest bitwa o miejsca - a na wojnie nie ma zasad! I tym sposobem prawie miałam czołowe zderzenie z gościem z innego miasta - on miał STOP, ja refleks. Bo rzecz jasna to ogromne czerwone STOP jegomość olał kompletnie i nawet na mnie nie spojrzał - śpieszył się przecież... 

Piesi też nie są bez winy - nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich babć i dziadków pchających się pod koła, bo przecież lecą po karpia... na złamanie karku... bo do przejścia jest o kilka kroków za daleko... Ostatnio przyłapałam nawet mojego sąsiada, który z powodu tuszy porusza się raczej wolno - wcale mu to nie przeszkadzało wleźć na bardzo niebezpieczny fragment ulicy niedaleko naszego bloku. Może myślał, że jakby co będzie miał miękkie lądowanie...?

Wczoraj wracając do domu na krótkim odcinku trasy minęłam dwie poważne stłuczki... Karetek nie było - ale szkło lśniło... Kochani kierowcy (i piesi też!) - więcej świątecznej kultury na drodze!!! Niech zadzieje się magia!!! Przecież każdy chce ze wszystkim zdążyć na czas. 

Życzę Wam Wszystkim BEZPIECZNYCH ŚWIĄT!!! I tych kilkadziesiąt godzin przed nimi też...

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Grudniowe wyznania

Dostałam dziś propozycję świątecznej zabawy ze strony tygrysiaki.pl (pamiętacie "Złote myśli"??) i tak sobie myślę - a co tam! Zabawa wędruje od bloga do bloga, trafiła do mnie, więc dalej puszczę ją w świat :)

Zasady są bardzo proste - zaraz Wam tu odpowiem na kilka pytań. A poniżej i Wy możecie się ze mną (i światem) podzielić tym, co Wam na sercu leży :D :D


1. Najbardziej lubię w świętach...
PREZENTY!!! Zdecydowanie!!! Ale nie tylko dostawanie (choć owszem - uwielbiam), ale mam też sporo radochy z ich dawania. Jestem maniaczką prezentową - zawsze mam wrażenie, że mam ich (dla innych) za mało... (bardzo współczuję naszemu tegorocznemu Gwiazdorowi - będzie miał co dźwigać...)

2. W świętach nie lubię...
"Dwunastek" Ka. I "nie lubię" to naprawdę mało powiedziane!! Fakt, że on ich nie lubi jeszcze bardziej wcale mnie nie pociesza...

3. Moja ulubiona potrawa wigilijna to...
I tu mamy swojego rodzaju klops, bo ja jestem 100 procentowo mięsożerna... Kochałam pierogi mojej babci, ale od dawna już ich nie ma, więc teraz zawsze czekam na... deser :D :D I kwas chlebowy :D :D - ale nie wiem czy to się liczy jako potrawa :P

4. Mój ulubiony świąteczny wypiek to...
No własnie - od razu lepiej :D Makowiec!! Ale musi być mokry. I babka migdałowa z pracy mego lubego - mniam :D :D

5. Trzy świąteczne sytuacje, które utkwiły mi w pamięci...
- wcinanie ciasta i picie herbaty z termosu podczas pasterki... (prowadzeni scholi miało swoje przywileje ;))
- święta w USA - trzeba było czekać na prezenty do następnego rana - buuuu..... 
- wspomnienie z każdych "młodzieżowych" świąt - rozpakowywanie prezentów a potem zarwanie nocki z siostrą i najnowszą grą/dodatkiem Simsów... Ech - te emocje, gdy komputer odmawiał posłuszeństwa...!!

6. Książka którą kojarzę ze świętami...
Na dzień dzisiejszy foto-książka, którą w tajemnicy zrobiłam dla teściów z ośmiorgiem ich wnuków (i ich zdjęciami, rzecz jasna), i zostanie im dostarczona prościutko pod choinkę. A wyszła bosko!!

7. Pod choinką chciałabym znaleźć...
Nowy portfel - bo mi obecny zeżarła Em. I dolary w nim (Euro???)... bo Chiny tuż tuż :D :D

KONIEC !

No i teraz nominacje.... ;)
Serdecznie zapraszam do zabawy Was - a nuż Wam się spodoba :)

A z blogów, bardzo proszę: 
Będzie Czytane - może napisze, a potem... przeczyta? :)
Bieg Gosi przez życie - na poprawę humoru :)
Dwie Twarze Matki - jej odpowiedzi na pewno będą szczere!!

wtorek, 15 grudnia 2015

Nowy wyrok - Astma

Pamiętacie, jak się cieszyłam, że Em. jest już zdrowa i teraz będzie super i wspaniale? Jaaasne...

O, TU się cieszyłam....

W weekend zaczęła znowu dziwnie oddychać, a wczoraj obudziła się z równie dziwnym świstem... Bez charkania, bez kaszlu - ale gwizdała jak czajnik na wolnym ogniu... Zaprowadziłyśmy eL. do przedszkola, zjadłyśmy śniadanko - gwizdanie się nasilało. Zadzwoniłam więc do przychodni, żeby nas przyjęli i osądzili, czy coś jej jest, czy zaczęłam może popadać w paranoję... No ale dostać się do przychodni w poniedziałek... He... Brak miejsc i już. Zaczęłam obdzwaniać prywatnych lekarzy (i z polecenia, i z internetu). Brak miejsc!! Same urlopy, szpitalne dyżury no i zawalone dni pacjentami... Jedyny facet, który miał możliwość wizyty prawie od zaraz, brzmiał przez telefon jak naćpany anorektyk - zrezygnowałam po kilku zdaniach rozmowy...

I w końcu cud! Bardzo obrotna pielęgniarka-recepcjonistka (a przy okazji pani z pomocy laktacyjnej) umówiła mnie na wizytę w moim centrum medycznym, gdzie prowadziłam ciążę. Co prawda na dzień następny (w sensie dziś), ale doktórka przyjechała specjalnie dla nas i zajęła się nami naprawdę profesjonalnie. W dodatku za "jedyne" 100zł, gdzie wszyscy wołali 120zł... Zapłaciłam - desperacko potrzebowałam drugiej opinii, a dziś w przychodni przyjmowała tylko nasza pani dr...

Trzymała nas w gabinecie przynajmniej 45 minut! Osłuchiwała Em. w trzech różnych pozycjach - może tak się robi zawsze, ale nie u nas w gabinecie... Dokładnie sprawdziła buźkę, uszy, brzuszek, pitulkę (nadal się męczymy z tym wstrętnym odczynem poantybiotykowym...). A przede wszystkim - zrobiła konkretny, solidny wywiad rodzinny. Byłam w szoku, że pediatra tak może podejść do sprawy. 

Diagnozę postawiła pewną niemal stuprocentową - oskrzelowa astma dziecięca. Póki co oskrzelka i płuca czyste, ale każdy wstrętny czynnik (pyły, dymy i inne takie) może spowodować u niej ścisk oskrzeli, duszności  i świsty. Opracowała nam kurację żeby przeżyć do wizyty pulmonologa-alergologa (idziemy 5 stycznia) i uspokoiła, że dzieci coraz częściej tak mają - choroba cywilizacyjna... 

Nic dziwnego. Ja mam astmę oskrzelową, która uaktywnia się sezonowo. Mój tata ma astmę bardzo zaawansowaną całorocznie. Nasze dzieci są w wysokiej grupie ryzyka, niestety...

Trochę się uspokoiłam - z kontrolowaną astmą można spokojnie żyć (i na przykład wygrywać zawody narciarskie...he...) a zapalenie oskrzeli/płuc mnie przeraża masakrycznie! I ciągła wizja szpitalu... brrrr..... Poza tym dzieci często z astmy wyrastają, tylko trzeba pilnować lekarstw, inhalacji no i obserwować to całe dziecko (tak jakbym ją spuszczała z oka.... he he). 

Szkoda tylko, że żeby tak dobrze ktoś mi przebadał dziecko musiałam udać się do prywatnego lekarza... Nie mogę narzekać na moją pediatrę całą gębą, bo dobre wprowadziła nam leki. Tylko że leczyła nas na zapalenie oskrzeli - świsty i charkania ustępowały, a ona odstawiała leki. Wystarczyło dwa dni - i znów objawy wracały (jak to w astmie). I tak kilka razy. A kto wie - może gdyby od razu wpadła na tą astmę, obyło by się bez zastrzyków (dwie serie...) i antybiotyków (w sumie miała ich 5!!).

Nadal nie jestem pewna, czy to astma na 100% - dowiemy się w styczniu. Ale ta diagnoza pokrywa się z moimi obserwacjami. A zapalenie oskrzeli było jakieś takieś... naciągane...

Więc mam mały żal...

sobota, 12 grudnia 2015

Podły manekin z H&M

Wybrałyśmy się dziś z eL. do nowo-otwartego centrum handlowego, spacerkiem, bo to blisko naszego domu. Miałyśmy świetne humory, chciałyśmy kupić dla eL. wizytowe buciki do sukienki, no i dodatkową sukienkę - ze wszystkich eleganckich zdążyła mi wyrosnąć, a Święta w naszej rodzinie trwają conajmniej trzy dni! 

Chodzimy, chodzimy, oglądamy, trochę się wygłupiamy. I nagle - wow - H&M i wspaniała wystawa z mnóstwem uroczych sukienek. Od razu rzuciła się nam w oczu jedna taka czerwona - no śliczna po prostu!! Szukam rozmiaru, ale niestety - akurat nie było naszego 104. Patrzę jednak z nadzieją na manekina. Obmacałam go i... hurra!! - wisi sobie na nim nasza kiecka w naszym rozmiarze!! Ucieszyłam się ogromnie i z radochą poszłyśmy po pomoc pani sprzedającej, żeby samemu nie walczyć z rozbieraniem dziecięcego manekina. Chciałam kupić kieckę w ciemno, bez przymierzania. 

I wiecie co? I dupa blada!

piątek, 11 grudnia 2015

Niebezpieczni ludzie

Zdarza Wam się trafić na kogoś mega podejrzanego? Groźnego? Niebezpiecznego? He, mi często. I to w bardzo zaskakujących okolicznościach! Czasem kończy się na strachu, czasem - no niestety nie...

Specjalnie dla Was, kilka historii mrożących krew w żyłach. Pierwsza z dzisiaj!!


1. Zagrożony trening z Buggy Gym

Mój mąż wyraził łaskawą zgodę na moje pójście na trening bez Em. (teoretycznie wyzdrowiała, w praktyce musi nabrać odporności). No więc z radochą poszłam. Spotkałyśmy się z mamami jak co tydzień w miejskim parku sportu i rozrywki, nieco (wyjątkowo) wyludnionym. Trochę sobie ponarzekałyśmy na zimne dupska, poplotkowałyśmy, pośmiałyśmy się - ale przede wszystkim dawałyśmy czadu ;) Przynajmniej do czasu!
Gdy byłyśmy już na powrotnej drodze do samochodów (ale jeszcze ćwiczyłyśmy), nagle za nami zaczął się wydzierać jakiś facet! Niby kulturalny, czysty, szedł prosto - ale to co mówił w ogóle nie nadaje się na publikację!!! Darł się głośno, wyzywając (nas??) od różnych przenajgorszych... Nasza trenerka, która na początku zajęć ostrzegła, że dziś nie biegamy (a chciałyśmy) ekspresowo zmieniła zdanie i razem z nami rzuciła się truchcikiem w stronę parkingu. A on ciągle za nami dziarsko szedł i darł się w niebogłosy!! Nie wiem jak inne dziewczyny, ale mi się zrobiło straszno i nagle poczułam, że jak będzie trzeba to tym truchtem dotrę aż do domu (a mieszkam po drugiej stronie sporego miasta...).
I prawie by tak było, bo pilot do samochodu, którym otwieram drzwi i uruchamiam auto - zastrajkował! Normalnie scena z horroru (tylko że w dzień). Środek lasu. Zero ludzi oprócz nas - mamusiek z wózkami. Płaczące dziecko. Krzyczący, podejrzany, grożący zabójstwem typ. Trzęsące się ręce nie mogące otworzyć auta. I samochód Straży Miejskiej... który akurat odjechał...
Typ na szczęście skręcił i poszedł się drzeć w stronę cywilizacji (może go ktoś tam spacyfikował??), a mój pilot się opamiętał. Tak więc wszystkie elegancko wróciłyśmy do domów, bez rozciągania... ;)

2. Napad w UK

Zanim wyjechałam do USA zdarzyło mi się dwukrotnie spędzić wakacje w UK. Za drugim razem mieszkałam w biedniejszej dzielnicy Londynu (nie patologia, no ale jednak...), dzieląc mieszkanko z grupką sympatycznych osób z Polski (w sumie to przyjęli mnie na wakacje). Wszyscy za dnia pracowaliśmy, no ale popołudniami/wieczorami żyliśmy sobie jak normalni młodzi ludzie. 
Tak więc jednego popołudnia wybrałyśmy się z dwiema współlokatorkami do kina. To była jakaś prześmieszna bajka, bo wracałyśmy wieczorem do domu mocno uhahane - po same pachy! Byłyśmy trzeźwe, porządnie ubrane, ale zataczałyśmy się ze śmiechu. Dla osoby postronnej - naćpane wariatki. Przechodziłyśmy właśnie obok parku, gdzie za dnia bawiło się mnóstwo rodzin z dziećmi, aż tu nagle wyskoczyła na nas banda Murzynów (nie wiem jak mam napisać poprawnie... Afroamerykanin to chyba w USA??). Nie wiem ile ich było - 6? 8? Byli wielcy, pod wpływem czegoś, mieli długaśne łapska i dziwnie mówili... Tak czy owak zaczęli dziewczynom wyrywać torebki (ja miałam spodnie-bojówki i wszystko upchane po kieszeniach), wyciągnęli noże, złapali nas i już tymi nożami przy naszych szyjach...! Zaczęłyśmy się drzeć jak prawdziwe wariatki - do teraz się dziwie skąd taki power miałyśmy!! Nie wiem, czy byli tak zdziwieni naszym oporem, czy po prostu spowolnieni przej jakiś zupełnie nielegalny "dopalacz", ale zdołałyśmy im uciec. Biegniemy, biegniemy - a tu na przeciwko wychodzi ku nam kolejny czarnoskóry mężczyzna. Krzyczymy o pomoc, a on ciach - wyciąga nóż! No mówię Wam - prawie się nie posikałam ze strachu... Szczęście w tym nieszczęściu, że naprawdę mieli spowolnione ruchy a my mieszkałyśmy niedaleko.
Gorzej, że zabrali jedną z torebek, z bardzo ważną zawartością....
Nie jestem rasistką, ale po tym zdarzeniu przez kilka lat przy czarnoskórych mężczyznach dostawałam gęsiej skórki...

3. Urwane lusterko

W zimowy wieczór wracałam z pracy do domu. Nie padał śnieg, ale było mroźno i brzydko. Warunki do jazdy - mega fatalne. Kieruję sobie autkiem, jestem już na ostatniej prostej, aż tu nagle przed maskę wytacza mi się podchmielony pan. Wyturlał się z tramwaju i z rozmachem i z rozpędu wszedł mi przed autko. Pierwszy odruch - klakson ostrzegawczy, że hello!! Może i miałam wtedy małe autko, ale w pojedynku jeden (człowiek) na jeden (samochód) bezprzecznie wygrywało. A co pan na to? Ano pan się na to autko moje rzucił!! A za nim jego syn (chyba), odrobinę mniej podchmielony. Niby pana odciągnął, ale nie do końca, bo chwilę potem moje autko zostało bez lewego lusterka. A w sumie to dyndało owe lusterko na jakimś kabelku... 
Nie zgadniecie co dalej. Ja się zatrzymałam na poboczu, a panowie weszli sobie jak gdyby nigdy nic do lokalu gastronomicznego na ciepłą zupkę (czy coś - bo już nie pamiętam). Trzęsłam się jak osika - i z nerwów, i ze strachu (bo celował w okno) i z zimna (przede wszystkim) ale zadzwoniłam i do Ka. (który był w domu) i na policję. Ka. zdążył przybiec, panowie zjeść i wyjść i dopiero wtedy łaskawie podjechali gliniarze w cywilu, z błyszczącymi odznakami na sznurkach. 
Akcja skończyła się ich bieganiem po kamienicach w celach poszukiwawczych obu panów (bez skutku) i moim zeznaniem na policji (postępowanie umorzone - wiadomo...).
Jeden plus - pani policjantka pokazała mi fajne ustrojstwo do pobierania odcisków palców i sobie potestowałyśmy w między czasie ;) ;) ;)

4. Miłosne pomyłki

He he, o tym mogę pisać i pisać!! I może nie mrożą aż krwi w żyłach, za to niezła czarna komedia by z nich wyszła - tych historyjek. Dwie już Wam pokrótce opisałam:
I tak sobie teraz myślę, że o kolejnych fatalnych w skutkach znajomościach opisze również w oddzielnych postach - bo trudno się będzie zmieścić w kilku zdaniach... Tym bardziej, że dosłownie przed chwilą dostałam otwartą propozycję sexu przez kamerką na mojej prywatnej stronie fb... od jakiegoś Azjaty... Poważnie...


Żeby Was jednak nie zostawić z niczym - historyjka z dreszczykiem, ale taka z przymrużeniem oka. Jednak i w niej jest jeden taki podejrzany pan...

5.Amerykańska burza

Rzecz się działa pod koniec mojego pobytu w USA. Moja Siostra przyjechała do mnie na swoje wakacje i mieszkała razem z moją amerykańską rodziną. Oni (Amerykanie) wszyscy gdzieś wybyli (już nie pamiętam gdzie, mnóstwo mieliśmy tych imprez i okoliczności), a my z Siostrą zaległyśmy na ogromnej kanapie przed TV.
I teraz ważny opis miejsca w którym się znajdowałyśmy - wielki salon/pokój dzienny. Podłużny. Jedna z dłuższych ścian przylegała do reszty domu, reszta ścian była prawie cała oszklona. W obu krótszych ścianach podwójne, duże, szklane drzwi do ogrodu. Kanapa na samym środku, TV w rogu dwóch oszklonych ścian. Zero zasłon, firan, rolet. A sam dom stał (i stoi) po środku otwartego trawnika - zero płota, trochę krzaków i drzew.
Wracamy do akcji - wylegujemy się na kanapie, coś tam wcinamy i oglądamy film (chyba Dzień Niepodległości, bo normalnie to tam leciało na okrągło!!!!!). Tak czy owak - nagle jeb! Piorun! Jeden, drugi i dziesiąty! Ciemny, późny wieczór i błyskawica jedna za drugą. Burza z prawdziwego zdarzenia. Same pioruny, bez deszczu. I choć było straszno, to my nic - nadal z siostrą zalegałyśmy i oglądałyśmy... 
Aż tu nagle błysk - a za przeszklonymi drzwiami postać. Stoi i się gapi. A potem zaczęła machać... Jezusie drogi, ale nas podniosło!! Słuchajcie - podwójny zawał! Jak ktoś cierpi na za słabe ciśnienie - naprawdę polecam taką kurację. Postać okazała się naszym sąsiadem, który wiedział, że jesteśmy same i chciał się upewnić, że się nie boimy. O ironio - bać się zaczęłyśmy dopiero po jego wizycie... Normalnie tylko brakowało, żeby miał kaptur (jakby padało) i trzymał kosę albo piłę mechaniczną... Mimo że był nieziemsko przystojny i miał jeszcze przystojniejszego syna na wydaniu - nigdy mu tego nie wybaczyłyśmy!!



No dobra - pochwalcie się. Na pewno i Wam coś się czasem przydarza, co podnosi ciśnienie, stawia włosy i mrozi krew. Kto pierwszy? :D :D

czwartek, 10 grudnia 2015

Boso czy w papciach??

Miałyśmy iść dopiero jutro na kontrolę, ale Em. dostała przykrej reakcji alergicznej, nie wytrzymałam i poszłyśmy dziś. Hurra !! Co za szczęście!! Oskrzela czyste, jutro rano odstawiamy leki, alergia powinna minąć zaraz po odstawieniu. A w sumie to nie alergia tylko jakieśtam zmiany po antybiotyku. Uff... Moje dziecko raczkuje jak petarda - dogonić ją z lekarstwem to niełatwa sztuka!! Uradowane wyszłyśmy z gabinetu i aby to uczcić poszłyśmy we trzy na śliczny jesienny spacerek.

A, bo eL. nie poszła do przedszkola i też dziś była u lekarza-rehabilitanta. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo nic jej nie jest (ponownie ufff), ale przynajmniej pojeździłyśmy sobie windą. I dostałyśmy zalecenie, które trochę burzy mój światopogląd...

ZALECENIE:

Dowiedziałyśmy się otóż, że latanie po domu w samych skarpetkach to zabójstwo dla stóp. Bo człowiek owszem, ma sobie chodzić bez butów, ale po miękkim - trawa, piasek, błotko. Ale po panelach i płytkach to obowiązkowo w obuwiu...! Bo taki właśnie człowiek jest, tak został stworzony i do tego mamy przystosowane ciało.

Trochę mnie zatkało - bo od małego dzieciaki latają u nas wręcz na bosaka. Albo w skarpetkach-antyślizgach. Papcie ubieramy tylko u kogoś, kto ma zimne podłoże (np. u teściów - mają stary dom z mnóstwem przeciągów). A tak to hulaj dusza. Matko jedyna - ja nawet w domu nie miałam papci dla eL.! (już mam, po wizycie u dr z rozpędu poszłyśmy kupić). Tylko jak ja ją przekonam i przyzwyczaję do chodzenia w papciach, gdy
a) sama nie chodzę
b) Ka. nie chodzi
c) generalnie wszyscy w naszych rodzinach u nas (jak przychodzą) chodzą bez - bo ciepło
d) i znajomi też bez...
e) nie do końca w to wierzę...

W wolnej chwili zrobię mały resarch , jak to powinno być i co kto ma na ten temat do powiedzenia. Ale do tej pory słyszałam, żeby nie usztywniać, nie ograniczać, niech sobie stópki swobodnie hasają. A tu taki ZONK! Poinformuję Was, co odkryłam. Jak coś mądrego odkryję, rzecz jasna ;)

A jak jest u Was w domach??? W kapciach czy bez???


(tak sobie myślę, że jednak nie mamy takiego bałaganu w domu, 
skoro wszyscy nasi goście latają na bosaka i się nie boją...;) )



środa, 9 grudnia 2015

Równouprawnienie w wychowaniu dzieci

Od czego by tu zacząć, żeby nie wyszło tak od razu na jaw, że znów narzekam...

Na Mikołajki eL. dostała od Mikołaja-seniora domek z piernika do złożenia i udekorowania (duża szansa, że widzieliście takowy, bo pełno ich było w sklepach). Ucieszyła się bardzo i chciała go składać od zaraz. Dałam radę jej wytłumaczyć, że to działka tatusia i poczekamy na lepszy dzień (na przykład weekendowy), kiedy tata będzie w domu i sobie zrobią to arcydzieło wspólnie.



I się zaczęło!

Oczywiście eL. luzik - to mądre dziecię i rozumie takie sprawy (ze mną klepie kotlety, z tatą robi ciacha).

Ale moja mama - nie będę ukrywać, no podniosła mi ciśnienie...!

Najpierw litowała się niemiłosiernie nad eL. (na głos i otwarcie, i przy niej...), że ona taka biedna bo mama (że ja) jej nie pozwala robić domku (wgrrr...).

- Ale dlaczego ty z nią go nie złożysz?
- Bo chcę, żeby spędziła trochę czasu z Ka.
- A nie spędza??
- Nie, teraz się ciągle mijają. Jak eL. wraca z przedszkola, Ka. już zasuwa do pracy. I zaczynają się nadgodziny powoli...
- No tak, taki okres...
- I w związku z tym chcę, żeby coś porobili sami razem (w sensie beze mnie i Em.) jak już będzie możliwość czasowa, i niech to będzie coś konstruktywnego. A nie, że ja wszystko robię.
- Taka już rola kobiety, że facet pracuje całe dnie, a ona zajmuje się dziećmi i wszystko robi. Na pewno jest zmęczony jak wraca z pracy, ty z nią zrób.

!!!!!

Temat ten przewałkowałam z trzy razy... od czasu Mikołajek! 
Dziś mamy środę...

Rozumiecie, prawda?!?! Od razu mnie nerw łapie...

Dla tych mniej kumatych, bardzo proszę:

1. Taka rola kobiety to może i kiedyś była - ale teraz to ja sobie wypraszam! Jestem za równouprawnieniem, jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Zresztą w innych różnych kwestiach też. 
2. Nie ma nad czym (nad kim) się litować i robić memu dziecku wodę z mózgu! Nie jest żadną królewną, może poczekać kilka dni.
3. Ja też jestem zmęczona i czasem chętnie bym sobie poszła do jakiejś pracy odpocząć... Ale nie mogę - więc jestem w niej 24/7. I mimo migreny, choroby czy zmęczenia wstaję po nocach, tulę, uspokajam, jeżdżę po lekarzach i aptekach, odprowadzam do przedszkola, robię obiad i sprzątam miliony zabawek. Więc darujmy sobie rozgraniczenia, bo prace są różne - czasem osoba pracująca przy komputerze narobi się więcej niż inna przy pracy fizycznej - ważne jest, żeby zacisnąć zęby i wypełniać swoje obowiązki względem rodziny. 

To tak w skrócie. Bo już zdążyłam trochę popisać, ochłonąć i się ocenzurować. 
No popatrzcie, całkiem fajna rzecz ta myślodsiewnia. Polecam! :) 


A wracając do sprawy równouprawnienia - chcę, żebyśmy razem z Ka. uczestniczyli w życiu, wychowaniu i przyjemnościach naszych dzieci. Strasznie irytują mnie komentarze starszego pokolenia, że co to ja wymagam! Nie uważam, że wymagam za dużo, gdy chcę uczciwego podziału przy nocnych wstawaniach, odprowadzaniu do przedszkola, podawaniu lekarstw, karmieniu, spacerkach, kąpaniu, przewijaniu, czytaniu, ubieraniu, zabawianiu itd, itp. No bardzo przepraszam - ale razem skonstruowaliśmy te małe pasożyty (cudowne i kochane, ale jednak!). Znam mnóstwo kobiet, które mimo związku małżeńskiego w dużej mierze same wychowują dzieci (bo tato pracuje długo/daleko/w dziwnych godzinach) - i chodzą do pracy, i ogarniają mieszkanie, i wyglądają atrakcyjnie. One dają radę, z uśmiechem na twarzy - więc czemu nie tatusiowie?! Jest to trudne, ale nie niewykonalne!! Więc podział codziennych obowiązków powinien być ulgą i wielką wzajemną pomocą, tego oczekuję i tego się trzymam. Zdania nie zmienię!!!


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Ceny z innej galaktyki!

Dziś z zupełnie innej beczki - choć będę narzekać jak zawsze. 
No ale poważnie... Jest na co!

Nie odkryję Ameryki pisząc, że markowe sklepy mają ceny z kosmosu. A niektóre to w ogóle z innego wymiaru. I ceny markowych produktów też potrafią zaskoczyć. I o tym właśnie będzie rzecz - jak się nie dać zrobić w balona.

Jednak po kolei.

Zacznę od tego, że eL. od wakacji zbierała sobie pieniążki do skarbonki, w celu zakupienia klocków LEGO. O, takiego oto "mini" kompleciku: 



Tak, tak - ja wiem od ilu to jest lat i że moje dziecię ma dokładnie 3 latka i 9 miesięcy, ale nie o to chodzi, więc przymknijcie oko ;)

Zbierała, odkładała, cała rodzina dołożyła do interesu. Regularnie liczyliśmy i w końcu zaczęliśmy zbliżać się do wartości produktu. Bo uwaga - zabawka jest z tych droższych. Na początku zbierania kosztowała około 270zł...!

Z racji corocznych mega nadgodzin mego męża w czasie przedświątecznym, zawsze staramy się ogarnąć prezenty dużo wcześniej. W ich trakcie sprzedajemy eL. dziadkom (no raczej), a w tym roku jeszcze przy okazji porównaliśmy ile gdzie kosztuje ten autobus nieszczęsny.

Moi mili...

No szczęka mi opadła...

Sala Carrefour - około 240 zł
Sklep Smyk w tym samym centrum handlowym - około 300 zł

W tym samym dniu!!! Podaję nazwy z pełną premedytacją. No bo cholera jasna - co to za marża?? Za ten sam produkt!! Produkowany przez tych samych "Chińczyków" (nie obrażając - wiecie o co mi chodzi...) !!!

Ale lepiej... 

W Mikołajki eL. w końcu uzbierała jakieś 250zł więc poszli z Ka. kupić wymarzony autobus. 

Cena Carrefour'a - około 210zł!!!
Cena Allegro - od około 210zł do 330zł!!!
Cena Smyka - około 250zł...

Dla mnie to jest straszne. Bo to nawet nie jest konkurencja - to nabijanie ludzi w butelki. 

Nie wiem jak to jest z tym całym marketingiem sklepu - cięcia kosztów, świadczenia personelu i inne takie mnie nie interesują w tym momencie nic a nic. Moje dziecko naprawdę zapracowało na ten autobus, wykazała się wielką cierpliwością. A Tacy Jacyś żerują tylko by ją obskubać...

Dobrze, że porównaliśmy ceny...!!! 
Uczulam - choć wierzę w Waszą intuicję :D Zanim kupicie coś dostępnego WSZĘDZIE sprawdźcie cenę. Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby jechać na drugi koniec miasta, bo tam olej kosztuje 20gr mniej... Ale 50zł różnicy w tym samym centrum handlowym to jest chyba jakieś nieporozumienie?!? Naprawdę warto wybadać teren. 

Już nie wspomnę o tym, że czasem na stronie www nie dość, że produkt jest tańczy to jeszcze nam za darmochę do domu dowiozą (my tak robimy z książkami na przykład, ale w przypadku eL. bardzo nam zależało, żeby sama poszła i kupiła... i rozstała się z pieniążkami...).

No i sami widzicie - krew człowieka zalewa. Znowu.

piątek, 4 grudnia 2015

Odrobina szczęścia w tym całym nieszczęściu

Nadal chorujemy. Ale jest nadzieja!!

Ka. dostał antybiotyk, wziął się w garść i jakoś się toczy. Dotoczył się nawet do roboty. Ciekawe tylko w jakim stanie wróci...?!?!

Z Em. byłam dziś na kontroli u pediatry w pokoju obok naszej dr - bo nasza pani dr jest na urlopie. Uff - zastrzyki działają!! Jeszcze słychać jakieś szmery-bajery, ale nie jest źle. Szpital został odsunięty na jakiś dwudziesty ósmy plan. A co najważniejsze - ta przemiła kobieta rozwiała moje wątpliwości dotyczące płaczów i krzyków. Otóż bałam się, że jak Em. krzyczy i zaczyna kaszleć to pogarsza swój stan. Wiecie, że jej się tam wszystko ściska, zaciska i zaraz się udusi... Natomiast jest zupełnie odwrotnie!!! Mam jej więc pozwalać krzyczeć, płakać, wściekać się i w ogóle, żeby ćwiczyła płuca i wypluła co trzeba. Zgadnijcie co ja na to?? Hip hip hurra!!! Teraz nastaną piękne dni. Głośne, ale piękne :D :D

Trochę gorzej, że mamy antybiotyk i sterydy jeszcze przez tydzień. Ale że miało być o szczęściu - to na szczęście już doustnie!

eL. ma dziś "Mikołajki" w przedszkolu. Jutro u dziadków. A w niedzielę w domu. Będziemy mieć masę nowych pierdół do zabawy - a w naszym domu zabawki to się kocha na maksa :D :D (Ja też już wiem, co mi święty Miki przyniesie - już zacieram rączki :D :D)

No i proszę Państwa - dostałam nieśmiałą propozycję pracy!!! To jeszcze zupełnie nic pewnego, ale jakby wypaliło i to na takich warunkach godzinowych jakie bym mogła sobie tylko wyśnić, i jeszcze może nie tak zupełnie za najniższą krajową (tak tak - wiem, że mnie czytasz droga Pani Kierownik ;) ) - to by była (w obecnym rodzinno-chorobowo-bezrobociowym stanie) gwiazdka z nieba :D 

Sami widzicie - zapaliła się iskierka nadziei!




środa, 2 grudnia 2015

Pełnia (nie)szczęścia

Em. ma zastrzyki, po dzisiejszej wizycie u pediatry dostała cztery dodatkowe...
Ja nie odespałam jeszcze migreny...
No a eL. roznosi energia...

Czy może być gorzej?

Pewnie, że może. U nas zawsze! Ledwo co Ka. poszedł do pracy a już wrócił z gorączką, dreszczami i wampirzą bladością. Wrócił i poległ na wyrze, komplikując do reszty cały, i tak już mega zachwiany porządek dnia...

Jakby ktoś miał na stanie i chciałby niedrogo (w sensie za darmochę, bo wszystko poszło na leki) udostępnić mi nianię/kucharkę/sprzątaczkę/masażystkę to przyjmę z otwartymi rękoma...

Zieeeew....


wtorek, 1 grudnia 2015

To znów ta wredna małpa - migrena...

Już kilka dnia temu zaczęła się bezczelnie skradać. A wczoraj osiągnęła apogeum swej wrednoty... Siekło mnie na wieczór po całości. Ledwo widziałam, słyszałam niestety o wiele za dużo, no i te okropne mdłości... I ból głowy!! Jakby mnie zaraz miało rozsadzić gdzieś nad okiem.

Ostatni taki mega atak miałam jeszcze w ciąży Em. Oprócz tego co powyżej zaczęło mi drętwieć ciało i dostałam afazji. Koszmar w ogóle, ale w ciąży... no wpadłam w histerię. Skończyło się wezwaniem karetki i solidną kroplówą na neurologii. I niczym więcej, na szczęście. Nawet do domu mnie po kilku godzinach puścili (czasem ma się to szczęście, że mieszka się 5 minut od szpitala... a nawet dwóch ;) ).

Tym razem - o jak dobrze - w ciąży nie byłam i łyknęłam co trzeba. Nie powinnam, bo dziś z rana miałam testy alergologiczne nr 2, ale cóż - gdybym nie łyknęła, to bym eksplodowała na pewno. Tym bardziej, że Em. miała fatalną noc (biedaczysko) no i musiałam sprostać wyzwaniu noszenia, tulenia, uspokajania... Jak to było? Mamy nie biorą zwolnienia, czyż nie? Ech...

Dziś obudziłam się spóźniona, musiałam eL. zeskrobać z łóżka (opierała się jak nigdy - stres przedtestowy), dostarczyć Em. na zastrzyk, wrócić do domu, ogarnąć co trzeba no i zasuwać na te testy... A wszystko to z tą zołzą, dyszącą mi gdzieś za uchem. Że zaraz znów mi uprzykrzy życie... Jazda na badania - koszmar!! Dobrze, że MZK strajkowało - przynajmniej nie wpadłam pod koła jakiegoś zestresowanego kierowcy autobusu... 

Testy wyszły elegancko. To znaczy eL. prawie nic (ufff), ja prawie wszystko na maksa. Dostałam taki rumienie, że w sumie zlały się w jedno. A bąble jak po użądleniu jakiegoś robactwa. No i wyszły z tego dwie sprawy:
- zostałam w tempie ekspresowym zapisana na odczulanie (minimum 3 letnie - trawy, zboża, brzoza póki co)
- na lekarstwa i "szczepionki" wydałam w aptece około... 400zł...!!!! Poważnie. Nie kłamię. W tym roku wszystkim popakuję do butów na Mikołajki po jakimś leku... ja chyba wystawię kozaki...

W takiej sytuacji ta wredna małpa tylko zacierała rączki - stres i zmęczenie to najlepsza pożywka dla migreny...

Nie dałam jej jednak szans znów wybuchnąć. Wzięłam się, zaaplikowałam co trzeba i poszłam spać. Teraz jestem troch wczorajsza (też tak macie jak śpicie w dzień?) ale przynajmniej nie umieram!


No i Em. przestała chrumczeć jak prosiaczek. I ma nowy objaw - wcale nie chce spać. Jak to piszę jest po 19stej, ona obudziła się gdzieś koło południa i ani myśli się położyć. Siedzi z Ka. i eL. i czytają sobie na dobranoc. Naprawdę dziwna ta choroba...

poniedziałek, 30 listopada 2015

Tydzień z zastrzykami

To tyle na temat dziwacznych objawów Em. - niestety, znów zapalenie oskrzeli, zastrzyki i przymusowe siedzenie w domu (choć wynegocjowałam, że możemy chociaż rano się wybrać na zastrzyk do przychodni, żeby w domu nie zarosnąć grzybem...).

Trochę miałam nadzieję na tą wiotkość krtani, bo z tego po prostu się wyrasta i nikt nikogo nie kłuje przez pięć dni w dupsko... No ale charczenie przy wiotkości jest dużo gorsze, a Em. tak na "lajcie" jakoś. W ogóle broi jak pijany zając i doktórka trzy razy ją oglądała/osłuchiwała bo sama była zdziwiona.

Z rozpędu dostałyśmy też skierowanie do alergologa, bo naprawdę podejrzane to zapalenie. Raz, że tak szybko wróciło, dwa, że prawie bezobjawowo. Całkiem dobrze się składa, że idziemy jutro z eL. na testy nr 2 - i tak musimy zahaczyć o rejestrację.

Teraz najbardziej boję się astmy oskrzelowej... Nawet nie chcę o tym myśleć...!!

I wkurzyła mnie pielęgniarka co przyszła wieczorem do domu. Jestem już strasznie zmęczona tymi choróbskami, okropnie martwię się o dziewczynki, tak bardzo współczuję Em. że musi ciągle walczyć z bólem (a powinna walczyć tylko o zabawki, na przykład...), a ta mi zaczyna opowiadać (pielęgniarka w sensie), jakie te zastrzyki są straszne, bolesne i w ogóle dramat, że "nawet sobie pani nie wyobraża". Akurat potrafię sobie to wyobrazić bardzo dobrze. Raz, że przeżyłam dwa porody naturalne, dwa, że przeżyłam pozabiegową depilację w nosie, na żywca - naprawdę nie wiem, co było gorsze...

No nic... Coś jednak dobrego z tego wyszło: tak strasznie się denerwowałam tą podejrzaną chorobą Em., że w nocy nie mogłam spać. By nie tracić nocki na samo czuwanie pochłonęłam najnowszą książkę Małgorzaty Musierowicz - o matko, jak bardzo polecam!!!! Nektar dla duszy i serca!!! 

niedziela, 29 listopada 2015

Złość człowieka z biednego kraju...!!!

Wgrrr....

Ojciec z eL. wybyli na basen, Em. smacznie sobie śpi - ja zażywam relaksów wszelakich. Jest włączony cicho tv z jednym takim amerykańskim (!!) programem, co to coś tam sobie robią a w między czasie komentują co właśnie robią. Zazwyczaj akurat ten program lubię, ale dziś mnie krew soczysta zalała!!

Wypowiadano się w nim na temat młodzieży przyjeżdżającej do USA na wymianę uczniowską. Temat mi bliski, bo sama byłam AuPair w czasie studiów i mieszkałam z amerykańskimi rodzinami (dwiema - o tym za chwilę...), opiekując się ich dziećmi i chodząc do szkoły. W moim przypadku to były już studia (muzyczne), w programie natomiast były dzieciaki z liceum - jednak to zupełnie nieważne. Wypowiadali się Amerykanie - dorośli.

No i czegóż to się dowiedziałam?? Że na taką wymianę przyjeżdża młodzież z biednych krajów!! A jakie to kraje?? No, na przykład Włochy, Polska, Brazylia... Gdzie nie mają dostępu do kultury i oświaty... Na początku myślałam, że się przesłyszałam (w końcu tv był cicho). Ale nie - mam prawdziwe ucho muzyka...

Padłam... I nadal leżę... Chyba szybko to się nie podniosę...

Ale czemu ja się dziwię?? Bardzo proszę - historia z pierwszej ręki:

Wyjeżdżając do USA jako AuPair mieszkałam już (tu w Polsce) w fajowej chałupie. Nie chwalę się - ale musicie to sobie wyobrazić, żeby pojąć absurd następnych wydarzeń... Tak więc rodzice dorobili się sporego domu, miałam zajebisty pokój z antresolą wielkości mniejszego mieszkania (a tak ściślej, to moje pierwsze samodzielne mieszkanie było mniejsze od tego pokoju). Niczego nam nie brakowało, jeździliśmy na wycieczki zagraniczne (co ja piszę - lataliśmy!), miałam własne mini autko i generalnie do USA leciałam po wrażenia, emocje i doświadczenia...

Dodam jeszcze, że ja już mówiłam po angielsku dość płynnie, tylko obycia z mową potoczną mi brakowało...

He... No więc moje pierwsze doświadczenie z amerykańską rodziną było przeurocze... A cóż za emocje! Matka-prawniczka i ojciec-lekarz traktowali mnie jak dziecko z siódmego świata. Pokazując mi łazienkę, tłumaczyli że mam do dyspozycji nawet ciepłą wodę! A niezwykle skomplikowaną maszynę jaką jest zmywarka przedstawiali jak coś z innej galaktyki. Samochodu w ogóle nie dali mi prowadzić, bo przecież w mojej wiosce to się na osłach jeździ. Albo saniami ciągniętymi przez miśki polarne...

Mówię Wam - cyrki!!! Wytrzymałam z nimi jakieś dwa miesiące i zmieniłam rodzinę - na o wiele bardziej cywilizowaną. Raz, że sami byli z różnych kultur, narodowości i religii, dwa, że też latali po caluśkim świecie (u mnie w Polsce też byli w odwiedziny i nigdy przenigdy nie dali mi odczuć, że jestem gorsza).

Apeluję do tych wszystkich miłościwych Amerykanów z zakorzenionymi stereotypami - zajmijcie się swoimi tyłkami!!! I poczytajcie trochę książek!!!


Wgrrrr....................

Dziwne objawy dziwnej choroby

Znów się zmagamy z dziwną chorobą. Jeszcze nie wiem co to będzie - jutro idziemy do lekarza po diagnozę. Tym razem podejrzaną chorobę ma Em. Według mnie są dwie opcje:
1. dziwaczne zapalenie oskrzeli
2. niemowlęca wiotkość krtani.

Objawy... no tu jest właśnie dziwnie! Em. generalnie ma je bardzo oryginalne. Poszukałam sobie wszystkie objawy obu przypadłości i oto co mi wyszło:

1. Zapalenie oskrzeli:
- kaszel -> tylko po płakaniu, gdy jej się nos zatka lub odkaszlnie to co spłynie
- katar -> trochę zatkany nosek, przezroczysta wydzielina, kicha bardzo rzadko
- gorączka -> nic a nic
- świszczący oddech -> zdarza się
- pogorszenie stanu gdy leży -> wręcz przeciwnie (wtedy to już zupełnie wszystko mija)
- wzmożone pocenie się -> nie stwierdzono
- duszność -> brak
- senność -> o, jak bym chciała...
- drobne wybroczyny na buzi -> brak
- wymioty -> brak

2. Wiotkość krtani (laryngomalacja):
- charczący oddech -> jest!
- świszczący oddech -> czasami
- pogorszenie charkania i świstania podczas leżenia i spania -> zupełnie na odwrót!!
- pogorszenie przy płakaniu i krzyczeniu -> i to jeszcze jak...
- trudności w karmieniu -> nie w naszej rodzinie...

Dodatkowo okropnie się ślini - cały czas myślałam, że na zęby. Katar ma jakiś taki suchy. I głos też przesuszony, jakby po niezłej imprezie. Ale o tym nigdzie nie piszą...

No więc idziemy jutro do pediatry i niech ona nam określi, czy to rzęzi i charczy krtań czy oskrzela. Bo dla mnie, jak Em. zaczyna tak charczeć właśnie, to ja czuję to w całym ciele. A potem sobie odkaszlnie raz i porządnie, i mamy spokój z traktorowaniem na jakiś czas...

Masakra! Albo jutro nas wezmą do szpitala, albo kupujemy korki do uszu dla całej rodziny...


A tak poza tym to Em. nauczyła się mówić "mama" i już zaczęła nadużywać. Szczególnie gdy się dopytuję, kto ma jej przewinąć dupsko... ;) Teraz siedzi pod biurkiem i broi jak pijany zając. Zaczynam podejrzewać, że wcale nie jest chora tylko bardzo szybko opanowała technikę symulacji...!

piątek, 27 listopada 2015

Mama dresiara vs Francja elegancja

Podczas moich badań dotyczących zdjęć naczytałam się sporo o domowym ubiorze mamy. 

Rozwijam temat:

Ostatnio jest modne być elegancką mamą. Że to niby dowartościowuje, poprawia humor i samopoczucie, szczególnie gdy bobasy dają nam w kość.

Żeby być Francja-elegancja należy:
- mieć ekstra make up
- mieć ekstra fryzurę
- mieć ekstra manicure
- być ekstra ubraną, łącznie z butami (o dodatkach nie wspomnę).

No na litość boską! Poważnie?!?! To jest najważniejsze w byciu mamą?? To ja dziękuję. Wolę być mamą dresiarą - mamą praktyczną:

1. Make up
Owszem, jak wychodzę z domu to przypudrowuję nosek. Ale bardziej dlatego, że mam cerę problematyczną (ale ładne określenie na bardzo niefajny problem) i nie chcę ludzi straszyć. A jak siedzę w domu to lubię ten czas wykorzystać i pozwolić skórze oddychać i się zregenerować. Oczy owszem - trochę tuszu, podkreślenie brwi. Ale nie paćkam się jak paw, bo zaraz eL. też by chciała a nie chcę jej uczyć, że tylko z make up'em kobieta jest ładna i wartościowa. Poza tym w ciągu dnia tak często się śmieję, że i tak się przez łzy rozmazuję...

2. Fryzura
Najczęściej mam czyste, umyte włosy, no chyba, że mamy kryzys i nie ogarniam (zdarza się, nie przeczę). Odświeżone farbą. I tyle. Nie układam ich na codzień godzinami, też pozwalam im na regenerację bez suszarek, lokówek i ciężkich wiązań. A poza tym... no cóż - mam córki. Starsza mnie uwielbia czesać, druga mnie uwielbia czochrać. A ja lubię, jak na mnie praktykują te cuda - ja czesałam moją mamę i teraz umiem wyczarować fajne upięcia na mysich włoskach eL. Jednak gdy wychodzimy na "imprezę" wszystkie jesteśmy ładniuchno uczesane. Lubię zaznaczać, że jak się coś świętuje (urodziny, przyjęcia, występy itp) trzeba wyglądać inaczej, szykowniej.

3. Manicure
Jasne... Mój manicure? Czyste, krótkie paznokcie - żeby świecić przykładem i nikogo nie zadrapać. Pomalować też lubię, ale nie mam cierpliwości. Wolę nie malować i potem skupić się na dzieciach a nie na odpryskującym lakierze... Myślę jednak, że to trochę przez lata przyzwyczajeń - od małego gram na pianinie, a wiadomo jak z tym jest... i paznokciami...

4. Ubranie
Ja bardzo przepraszam, ale czemu to niby dresy są złe??? Moja mama jest bardzo stylową osobą, a w domu bezkarnie zapindala w dresie. I jak jedzie do lasu czy na działkę - też. Więc czemu nie można iść z dzieckiem do parku/lasu/łono natury w dresie?? Ładnym, czystym, wygodnym (!!!) dresie. I w butach sportowych. O byciu w domu już nie wspomnę. Większość dnia spędzam na dywanie kulając się z Em. i eL. między zabawkami, chowając się pod stołem, raczkując jak piesek. Po cholerę mi spodnie z wrzynającym się paskiem albo odsłaniająca dupsko spódniczka?? Lubię wyglądać elegancko i kobieco, ale czy naprawdę na plac zabaw trzeba ubierać szpilki?? Kiedyś widziałam mamuśkę, która zamiast bawić się z dzieckiem "na drabinkach" ciągle wyciągała szpilki z piasku. I piasek ze szpilek. Ubieram dresy/leginsy/getry (!!!) i wygodne koszulki/bluzki/sweterki z pełną premedytacją i właśnie wtedy czuję się dobrze!! Nic mi w nich nie wystaje, nie widać zbędnych fałd ani innego kawałka bladego cielska. Nie męczę się, nie poprawiam i nie wystaję przed lustrem...

Drogie mamy - nie dajcie się zwariować!! To Wam ma być wygodnie. To Wy ustalacie priorytety!! A nie jakieś babska z modnych pism i stron www. Lubicie wyglądać sexi już z samego rana - podziwiam. Ale nie dążcie do jakiegoś absurdalnego ideału tylko dlatego, że tak ktoś opisał i jakieś babsko z Bevery Hills  (czy czegoś tam...) wygląda już przed śniadaniem jak lalka Barbie. Raz, że na pewno ma z cztery nianie, dwa - pewnie nie zna ulubionych zabaw swoich dzieci... 


Ja kocham moje dzieci. I kocham być sobą!!
Poza tym niektóre sportowe wdzianka są naprawdę sexi ;) ;)

czwartek, 26 listopada 2015

Hip hip hurra!!!

Pamiętacie moją albumową przeprawę pełną bólu i niezrozumienia?? Bólu emocjonalnego, rzecz jasna... 

(Kto nie pamięta - bardzo proszę: Złośliwość rzeczy martwych)

Na szczęście - jest sukces!!! Mam już świeżutki album w domu!!! 
Pan sprzedawca z punktu fotograficznego wziął sprawy w swoje ręce. I naprawdę zrobił to z dobrego serca i powołania chyba, bo ja nawet nie byłam umalowana... Dzwonił do mnie, uspokajał, załatwił rabat (bo tamten przez te chocki-klocki stracił ważność...) no i jest! Mam mój fotoalbum z wakacji w domu!! Elegancki, śliczniutki, pachnący nowością. Kto ma ochotę obejrzeć - zapraszam na kawę!


Tylko kawę kupcie, bo wyszła...


Ps. Serdecznie zapraszam na moją podstronę Dziecięca Myślodsiewnia. Będę na niej zapisywała złote myśli moich dzieci - a niektóre warto uwiecznić!! Przyda się, gdy trzeba będzie babom zrobić "siarę" na osiemnastce... albo weselu... albo w ogóle... :D Może też z tego jakiś album powstanie...?

środa, 25 listopada 2015

Ankieta

Lubię sobie czasem poskakać po różnych blogach w celach poznawczych. No wiecie - mimo wszystko nadal jestem początkująca i tak sobie sprawdzam jak inni prowadzą swoje strony, o czym piszą itp.

I co mnie zaskoczyło - wielu piszących rodziców, którzy podpisują się jakośtam ale nie nazwiskiem, wstawia zdjęcia swoich dzieci...! To znaczy tak mi się wydaje, że to ich dzieci - no bo opisują te swoje pociechy bardzo dokładnie (gdzie były, co robiły i co zbroiły). I buzie na zdjęciach się powtarzają bardzo, bardzo często. I zaczęłam się zastanawiać...

Ostatnio dla próby wstawiłam fotę Em. - a w sumie jej wystające giciory - i znów się zdziwiłam! Wy tego nie widzicie, bo nie macie podglądu na statystyki mojej strony (ani tej na fb), ale zdjęcie namacalnej, żywej osoby ma większą "popularność" niż inne moje wpisy. Domyślam się, że i samo zabawne zdjęcie ma z tym coś wspólnego... no ale jednak...

Jeśli chodzi o wstawianie zdjęć mam mieszane uczucia. Nawet bardzo. Może za dużo naoglądałam się wiadomości i naczytałam kryminałów...? Źle ostatnio się dzieje na świecie... :(

Ale myślę też o odczuciach moich dzieci w przyszłości... Wystarczy, że obsmarowuję im dupska słownie i to nie pełnym imieniem... Skąd mam wiedzieć, czy za kilka lat nie będą miały do mnie pretensji?...

Wstawiłam po prawej stronie bloga ankietę - ANONIMOWĄ! Bądźcie tak mili i kliknijcie, co? Może mi się coś rozjaśni...


wtorek, 24 listopada 2015

Bardzo podejrzana alergia

Wybrałyśmy się dziś z eL. na testy alergiczne. W sensie czekałyśmy na nie od czerwca i w końcu się doczekałyśmy - hurra! Poszło nie najgorzej. 

Na początku eL. trochę płakała - bardziej ze strachu (napatrzyła się na inne dzieci w poczekalni) niż z bólu, ale jak tylko pani pielęgniarka pozwoliła jej siąść na różowe (!!!) obrotowe (!!!!!) krzesło - wszystko było ok. 

Mnie też pokłuto solidnie, ale byłam dzielna - rzecz jasna. Dziś robiliśmy testy na alergeny całoroczne. 18 kłuć. 

Dla niewtajemniczonych - wygląda to tak, że ręka zostaje ponumerowana, a obok numerków nakłada się po kropelce różnych alergenów. Następnie delikatnie kłuje się te kropelki, żeby mogła wystąpić jakaś reakcja z ciałem/krwią badanego. Po 15 minut mierzy się odczyn (bąbel i jego rumień) linijką. Wynik podaje się w milimetrach.

I teraz uwaga! Jestem alergikiem z długą historią. U mnie kupuje się chusteczki na kilogramy, mam lekarstwa i krople w każdej torebce i pomieszczeniu, nieraz musiano mnie ratować, bo na przykład spuchłam lub dostałam pęcherzy w oczach (!!).

A dziś coś?? A dziś nic!!! No kompletnie nic!!! Ba!!! Nawet czysta histamina ledwo dała się odczytać - wyszedł mini bąbelek . Ręka swędziała mnie jak szalona - a odczytów prawie zero!!! A już kurze i pleśnie - zero kompletne!! Babka musiała użyć specjalnego szkła powiększającego, żeby czegokolwiek się dopatrzyć...! Szok totalny, bo po każdych większych porządkach muszę iść pod prysznic - inaczej bym się zadrapała na amen.



Cała osłupiała weszłam do gabinetu naszej pani dr, która miała dla mnie dwie wiadomości:
a) dobra - tak się zdarza
b) zła - jestem beznadziejny przypadek (no bo czemu by miało być inaczej...?!)

Memu dzieciu natomiast spuchło pół ręki i wyszło po trochu z każdej grupy. Najgorzej na konie i pleśnie właśnie. I już wiemy czemu kaszle jak gruźlik... Na szczęście okres rozkwitu pleśni i grzybów dobiega końca.

Za tydzień mamy testy na alergeny sezonowe. Jak i tym razem nic nie wyjdzie... idę do psychiatry...

poniedziałek, 23 listopada 2015

Brak-mi-sił...

Tak bardzo bym chciała nie marudzić znów o tym samym... ale - chwilowo jestem zmęczona macierzyństwem... naprawdę... 

Dowód? Nawet trzy, bardzo proszę...
1. Chciałam nakarmić dzieci parówkami z flakiem. No wiecie, z taką folijką, zdecydowanie niejadalną. Czasem jemy parówki na zimno. Więc wyjęłam je, pokroiłam w kawałki, oblałam dla eL. ketchupem... A folijki nie zdjęłam...
2. Wychodząc z domu po eL. do przedszkola przeszukałam cały dom, wszystkie kieszenie, lodówkę i buty w celu znalezienia kluczy do drzwi. A miała je Em. w łapce. A ja w łapce miałam Em....
3. Wyrzuciłam obficie użytego pampersa do... pralki. Zabijcie mnie - nie wiem czemu!?!?!

Ka. jest na małym służbowym wyjeździe, eL. pomaga mi jak może ale to też przecież maluch jeszcze i potrzebuje przytulasków i mamusiowej pomocy, a Em. przechodzi samą siebie...

I ja już naprawdę nie wiem, ale podejrzewam, że zaczynają jej (Em.) wychodzić kolejne zęby. Nie mam pojęcia czy to normalne..!?! Ma już bialutką ósemkę - cztery na dole, cztery u góry. Dziś pchała ostro paluchy do buzi i się darła, więc zrobiłam test własnymi paluchami - matko, jaki był wrzask, gdy nacisnęłam dziąsełko! Ewidentnie jest spuchnięta dolna trójka... Dodatkowo nadal przechodzimu kryzys odcięcia pępowiny (myślałam, że mamy już to za sobą... ja głupiutka...). Chyba cały blok wie, kiedy odsuwam się od Em. na więcej niż metr... No i znów ma katar. Strach się bać, co może on oznaczać...


Do wszystkich rodziców, którzy ze zgrozą wyobrażają sobie "porzucenie" własnych dzieci i 13sto godzinny lot do Chin - z całą moją miłością, fascynacją i oddaniem dla dzieci:

WSADŹCIE MNIE JUŻ W TEN SAMOLOT!!!!!!!!!!!! 

czwartek, 19 listopada 2015

Sąsiedzki podsłuch krzyczących matek

Lubię czasami sobie obejrzeć Super Nianię - szczególnie tą amerykańską. Raz, że lubię sobie popatrzeć na tamtejsze chałupy - ech..., a dwa, że amerykańskie show'y są jakoś tak inaczej nakręcane. Ale mniejsza o powody.

Wczoraj akurat było o matce, która miała czwórkę dzieci, adoptowanych. Tata był żołnierzem, aktualnie na misji. Naprawdę je kochali i starali się z całych sił (a wiecie, czasami pokazują rodziny, gdy rodzice mają na wszystko wy***ane... niestety). 
No i jedno zdanie tej matki utknęło mi na maksa w głowie:
"Sąsiedzi myślą, że ja cały czas krzyczę na dzieci."

O mamo, skąd ja to znam!!! Czasami też się zastanawiam, czy zaraz nie zapuka do nas ktoś z policji czy jakiegoś specjalnego ośrodka socjalnego. Czy nawet TVN Uwaga (lub inne takie). I powtarzam sobie w głowie - nie krzycz. A potem cholera mnie bierze, bo czasem nie da się nie krzyczeć. Albo inaczej - krzyczą moje dzieci. I są sytuacje gdy nie mogę ich wziąć na kolanko, przytulić, uspokoić i... uciszyć.

Niektórzy powiedzą, że nie ma takich sytuacji... Nie?!?

1. Środek nocy. Em. po chorobie jest rozstrojona na maksa - i przyzwyczaiła się, że na każde jęknięcie jesteśmy przy niej. No bo kto by nie był, skoro już raz wylądowaliśmy na OIOMie...? Ale choroba się skończyła i przywileje też... Trochę to drastyczne, ale poważnie - w nocy się śpi. A nie: je, śpiewa, bawi, robi Indianina, raczkuje, tańczy... Więc od dwóch nocy prowadzę wojnę. Ona się drze, bo nie chce spać, a tym bardziej w łóżeczku. Ja się drę, bo chcę spać, a tym bardziej sama (jak mnie ktoś ciągle kopie, drapie i gramoli się pod moją pachę, to naprawdę nie da się wyspać...). Potem ona się drze, a ja pierdzielę i idę spać do łóżka eL., żeby mieć krzykacza na widoku. W końcu ona pada ze zmęczenia a ja zasypiam z nerwem... I co? Może powinnam brać na ręce, tulić i uspokajać? Co noc?? Aż do osiemnastki??? Sorry - co innego choroba, koszmary, a co innego zwyczajny terror.

2. Ranek. Ubieramy się do przedszkola. Em. siedzi w przedpokoju i się drze, bo a) musi być ubrana, b) musi czekać, a chce już i natychmiast iść. Natomiast eL. się drze, bo nie chce iść wcale. I wcale nie dlatego, że nie lubi. Ale wczoraj na wieczór zwlekała z pójściem spać i nie dość się wyspała (choć szczęściara dostała eksmisję do mojego cieplutkiego i cichego łóżeczka...). I jak tu nie olać sprawy?? Ani się nie rozdwoję (a w sumie roztroję, bo sama też muszę ubrać gacie i umyć zęby...) ani nie ma na to czasu... Przekupstwa też się stosuję - zresztą w wysokiej fazie krzyku nie skutkuje nic a nic... Więc się drą...

I tak bez końca...

Ale najgorsze jest to, że to są tylko takie momenty. Głośne, ale krótkie. 

Natomiast rzadko który sąsiad słyszy (i widzi), naszą wspaniałą relację, pełną śmiechu, wygłupów, mądrych zabaw, przytulasków, ciepłych słów, wyznań miłości i bezgranicznego oddania. Pocieszania, uspokajania, zapewniania... I to trochę boli. 

I bardzo rozumiem tą matkę z Super Niani - czuła się fatalnie! Poświęcała dzieciom mnóstwo czasu, kochała je szczerze i z oddaniem, dzieci były czyściutkie, zadbane, wesołe i lgnęły do niej jak małe kurczaczki. I bardzo też podobało mi się podejście Super Niani, która szczerze uspokajała mamę - że dzieci tak mają. Jedne krzyczą mniej, drugie bardziej. Jedne szybciej się dostosują do reguł (choćby głupie spanie), a inne się buntują ile wlezie. Ale lepiej mieć krzyczący terror w domu teraz, póki są małe. Bo jak urosną, to już będzie przechlapane...

Niestety, dla sąsiadów była tą złą, krzyczącą matką... Smutne, nie?


środa, 18 listopada 2015

Świecące dupki... ;)

Słuchajcie (czytajcie??) - nie uwierzycie!!

Dziś rano, w trakcie robienia śniadanka dla Em. użarł mnie... komar!!! No poważnie!!! Bąbelek może i inne  latające badziewie by mi zrobiło, ale nie dam się oszukać - tak bzyczą tylko komary...! Poza tym go pacłam - były namacalne zwłoki...
W związku z tym, postanowiłam eL. nauczyć rodowej pieśni (powszechnie znanej, rzecz jasna) o komarze właśnie (wersja nasza - nic się nie martwcie - bardzo mocno ocenzurowana...!!!):

"Lata komar w nocy, lata komar w dzień,
ciągle widzę jego maluteńki cień.
A gdy widzisz komara, jak mu dupka świeci,
to mu przywal gazetą, dalej nie poleci."

Rzecz jasna pieśń spotkała się z wielkim uznaniem mej latorośli :D
(oryginał - ten mega +18 tu)

No i przy okazji podzielę się z Wami naszą rodową poezją (zapewne mniej znaną - ale polecam, że ho ho!), z niejakim Księżycem w roli głównej:

"Wyszedł Księżyc z chatki
i narobił w gatki...
Gwiazdki to widziały
i się z niego śmiały...
Księżyc zawstydzony
zgubił kalesony...!
I jak myślicie dzieci
czym on teraz świeci?!?!
- GOŁĄ DUPCIĄ!!!"

Prawda, że urocze? No przyznajcie się, które Was mocniej wzruszyło? :D :D



wtorek, 17 listopada 2015

Przedszkolny debiut aktorski

No i stało się! Zostałam Gwiazdą Sceny Teatralnej. Biedną i nędzną, ale zawsze... 
Pierwszy dzień i już dwa występy, ha!

Było prześmiesznie!!!  :D :D :D 

Na szczęście:
a) miałyśmy z innymi babkami chusty na głowach i mogłyśmy sobie i zakryć odrobinę twarze i dyskretnie się chichotać...
b) samo przedstawienie było w atmosferze przyjaźni i optymizmu, więc nawet jak ktoś nie wytrzymał i parsknął głośno, to widownia pozytywnie reagowała. W sensie parskała z nami ;)

Wiedziałam, że minęłam się z powołaniem! :D :D

Przy okazji mega zintegrowaliśmy się między nami rodzicami z RR, ale i z babkami-nauczycielkami, kucharkami i resztą obsługi. I nawet księża (którzy grali - uwaga - księży) dołączyli do naszych estradowych wygłupów i okazali się kolesiami z klasą i ... powołaniem!! ;)

A przede wszystkim to dostaliśmy obiad. Nie zgadniecie - danie główne: gulasz z... daniela z dodatkiem opieńków!! PYCHA!!! Nie spodziewałam się, że będzie taka feta - a była - i czekam na jeszcze! "Kopciuszek" tuż tuż...

Życie aktorki to jest jednak życie!! :D :D :D

poniedziałek, 16 listopada 2015

Złośliwość rzeczy martwych...

Pamiętacie jak się cieszyłam z moich rabatów na fotoksiążkę? Taaak... Oto kolejna historia z serii "niech mnie ktoś zastrzeli":
1. Stworzyłam sobie na komputerze piękny album z wakacji. Jakieś 325 zdjęć na 74 stronach. Siedziałam nad nim dobre trzy-cztery tygodnie (bo choroby, bo dzieci, bo brak weny...). Ale udało się - wyszedł świetnie!
2. Podczas któregoś tam zapisywania, wyskoczył mi błąd, że brakuje jakiejś czcionki. Sytuacja nader dziwna, bo w ogóle tej czcionki nie używałam. Sprawę olałam i czekałam na jakiś rabat...
3. Doczekałam się! Ale to już wiecie :D
4. Przygotowałam fotoksiążkę do wysłania i co? I kod promocyjny był błędny. Wgrrr... Na szczęście po szybkiej konsultacji z biurem obsługi klienta administrator przyznał się do tego błędu (coś tam bla bla bla - bo nie znam się na informatyce), sprawę naprawili i już mogłam sobie wpisywać mój elegancki kod na 66zł...!
5. Taaak... Kod działał, ale pod koniec przesyłania zdjęć i clipartów wystąpił bliżej nieokreślony błąd, szlag trafił program i wszystko się zamknęło...
6. Myślę sobie, że może to przez tajemniczą niezidentyfikowaną czcionkę? Ściągnęłam, zapisałam, uruchomiłam program na nowo, powtórzyłam wszystkie czynności... i wszystko padło w tym samym momencie...
7. Zapisałam album pod inną nazwą, w innym folderze, zresetowałam kompa i próbuję na nowo. I no nowo - to samo...
8. Wtedy mnie ogarnął strach, że być może mój komp zwariował, ale album jednak przeszedł i sobie zamówiłam trzy kopię... Ścisnęło mnie w gardle okropnie i zadzwoniłam do biura obsługi klienta. No na tak niemiłą babę to dawno nie natrafiłam!! Wytłumaczyłam kobiecie w czym rzecz, a ona na to, że w regulaminie wyraźnie stoi, że pomiędzy kolejnymi zamówieniami trzeba odczekać przynajmniej godzinę. Ja jej tłumaczę, że a) nie pamiętam regulaminu, bo fotoksiążki zamawiam u nich od kilku lat i nigdy nie było problemów, b) nie wiem, czy w ogóle coś zamówiłam i b) że nawet jeśli to przyznaję się do błędu i czy ona może to jakoś sprawdzić, albo ewentualnie wstrzymać (no nie oszukujmy się - na pewno między zgłoszeniem a wykonaniem mija jakiś czas). A co baba na to? Że ona nic nie wie bo nie musi i że trzeba było czytać regulamin!!! Tak... Ciekawe czym się kierowali szefowie przyjmując ją do pracy..?
9. Tak czy owak napisałam do nich maila, że jasna cholera, niech mi pomogą! Odpisali z działu technicznego, że owszem, jak najbardziej i są zwarci i gotowi do współpracy. I że mam im przesłać różne takie pliki, które z opisu wyglądały jak czarna magia.
10. Zlana potem wysłałam, a oni, że jeszcze kolejne! A więc wysłałam.. A oni więcej i więcej... To się poddałam... Tym bardziej, że do końca ważności kodu rabatowego zostały dwa dni... Zaczęłam podejrzewać, że działają na zwłokę, cwaniaki...
11. W między czasie byłam akurat w punkcie gdzie wręczono mi kod rabatowy. Wytłumaczyłam więc panom sprzedającym w czym problem i z czym zamieszanie. Zasugerowali mi, bym zapisała album na pendrivie i przyniosła do nich. Bo że może to nie wina albumu tylko np. komp nie daje rady. Tak, łatwo powiedzieć...
12. Zapisywanie tego tomiska trwało z milion lat! Musiały się skopiować wszystkie zdjęcia, cliparty, ustawienia i inne różne głupoty. No ale udało się... 
13. Zaniosłam w sobotę i kolejne milion lat trwało, aż Pan sprzedawca mógł uruchomić ten pechowy album. Poważnie - z 45 minut czekałam, aż wszystko mu się na lapka załaduje. A no końcu co? A na końcu znów szlag trafił wszystko, bo wyłączył się program w tym samym momencie...
14. Na szczęście poruszyłam dobre serce sprzedawcy, który obiecał, że zgra ten album na firmowego pena i w firmowej kopercie wyśle go bezpośrednio do laboratorium zdjęć, żeby mi elegancko wywołali fotoksiążkę. I to z dobrym rabatem! Bo najprawdopodobniej zawiniły ich firmowe, programowe cliparty... 

No i czekam teraz pod telefonem, jaka będzie decyzja z laboratorium. Ale powiem Wam, że jak się nie uda to !!@#%!*&!!!.... 

A tak poza tym, to byłyśmy dziś z Em. na kontroli u pediatry - ufff.... Zapalenie oskrzeli odeszło w niepamięć! Dostała ostatni zastrzyk i spokojnie sobie spacerkiem wróciłyśmy do domu. Przez to, że ostatnie dni ciągle siedziała w domu, przez całą wózkową podróż nawet przez sekundę nie marudziła. Wszystkie widoki chłonęła jak nowe.

Teraz jeszcze uporać się ze sobą (głupie gardło) i z mężem (głupi kaszel) i z eL. (głupia alergia) i normalnie wyprawię imprezę z okazji hurtowego powrotu do zdrowia! Nie czujcie się zaproszeni, bo na pewno mi jakieś zarazki w ramach prezentu przywleczecie ;)

sobota, 14 listopada 2015

To jednak był piątek trzynastego...

Miałam w planach na dziś dużo do napisania...

A potem - w sensie dziś - eL. obudziła się z płaczem, krzycząc "ciocia, ciocia". Jakiś koszmar miała. Kwadrans później włączyłam radio a tam w wiadomościach coś o zamachach, bombach, wielu zabitych - tylko nie dosłyszałam gdzie... Ciocia dziś wcześnie rano wracała samolotem z UK. Przeżyłam swój własny koszmar na jawie. Na szczęście ma się te programy informacyjne i telefony komórkowe - Ciocia już bezpiecznie była na naszym lotnisku. Na nieszczęście... w tym zamachu zginęły jakieś inne ciocie i siostry... I w ogóle...

Tak bardzo mi smutno...


piątek, 13 listopada 2015

"Trzynastego - wszystko zdarzyć się może!"

Panie i Panowie - dostaliśmy becikowe!!

Należę do tej grupy ludzi, która stroni od czarnych kotów, nie przechodzi pod drabiną i woli przespać piątek 13tego... 
Ale dziś - muszę przyznać - pech zaskoczył mnie i podarował odrobinę szczęścia :D A w sumie to całkiem sporo, bo okrągłego tysiaka :D :D A jeszcze dokładniej, to na razie odebrałam tylko potwierdzenie, że je dostaniemy, bo konto nadal świeci pustką... i portfel też...

Mimo to, to naprawdę powód do radochy, bo:
a) no cholera jasna nachodziłam się po te becikowe po wszystkich możliwych urzędach... chyba...
b) o nerwach nie chcę nawet wspominać...
c) i straconym czasie...
d) dziś się okazało, że mamy za mało kupionych zastrzyków dla Em. i musieliśmy dokupić... (niedługo zaczną nas w aptece witać z kwiatami i czymś na uspokojenie...)
e) kończą się pieluchy, mleko i spora dawka dziecięcych przyborów różnorakich, więc popłyną pieniążki, oj popłyną...
f) no i co tu bajerować - tysiak piechotą nie chodzi...!!

Może specjalnie najpierw dostaje się zawiadomienie, a dopiero potem przelew. Żeby człowiek zdążył ochłonąć i nie wydał wszystkiego od razu. He...

Hurra! Hurra!! Hurra!!!



A kto jeszcze nie zna mojej wspaniałej historii o załatwianiu becikowego - odsyłam do lektury... Nie chwaląc się - warto!

czwartek, 12 listopada 2015

Chorobowy zawrót głowy!

No dzieje się, dzieje. Szkoda tylko, że tak kiepsko...

Myślałam sobie, że skoro Ka. przeszedł tą swoją paskudną chorobę, to teraz już z górki. Ale nie - pochodził kilka dnia na nadgodziny i znów jest rozkosznie pociągający... i kaszlący... i stękający...

Em. miała najpierw katarek od ząbkowania. Potem i kaszelek. Potem dostała antybiotyk na 3 dni. A potem - w ciągu - kolejny na tydzień. We wtorek byłyśmy na kontroli: "Niech pani jeszcze podaje syrop i inhaluje, bo jakieś końcówki choroby jeszcze są...". Kaszelek się zmniejszył, katarek jakby też, Em. broi jak pijany zając... Co tu mówić - wygląda mega zdrowo! Dwa dni później - w sensie dziś - poszłyśmy na kontrolę i co? I ostre zapalenie oskrzeli... i zastrzyki w dupsko... i zaoczne skierowanie do szpitala (gdyby stan się pogorszył...) i ja się pytam: "Ale jak?? Ale dlaczego?? Ale znowu??". Rzecz jasna pytam się w przestrzeń, bo już poprzednim razem dostałam odpowiedź, że małe dzieci tak mają. Szczególnie gdy starsze rodzeństwo to przedszkolak. No i przez to ząbkowanie nieszczęsne jest osłabiona... (ósmy ząb na ósmy miesiąc... poważnie!)

Jak już jesteśmy przy przedszkolaku - wyzdrowiała, kilka dni pochodziła do przedszkola i znów kaszle jak  gruźlik. O katarze w kolorze słońca to już nie wspomnę... Zaocznie dziś też została osłuchana i podobno czyściutko że ho ho. To skąd ten kaszel?? Palą faje w tym przedszkolu czy co?!?! W przyszłym tygodniu mamy wizytę u alergologa-pulmonologa (nareszcie...!) więc może tam uzyskamy pomoc...

No i ja. Doczekałam się. Od wczoraj czuję, że mam piekło w gardle... Nawet porządnie śliny nie mogę przełknąć, a co tu myśleć o pocieszaniu i zabawianiu jęczącej reszty... Łeb mi pęknie, portfel to mogę wyrzucić (na leki poszło już tyle, że nawet becikowe nie pomoże...), o moich zajęciach fit to żal wspominać (buuuu, tak bym chciała iść!!!) no a jutro piątek 13ego, więc już się "cieszę" co to będzie... 



Ps. Trochę miałam nadzieję, że po tych mega zastrzykach (antybiotyk+sterydy) moje nadpobudliwe dziecię padnie po kolacji do samiutkiego rana. Jasne... Leży/siedzie/stoi w łóżeczku, gryzie szczebelki i śpiewa z pełną buzią... Że też eL. to nie przeszkadza i śpi sobie jak niemowlak (niemowlak... dobre sobie... kto w ogóle wymyślał te porównania?!?!)...

Ps2. Szkoda, że nie mamy psa... ;)