Halloween to zdecydowanie dobry pretekst do urządzenia świetnej zabawy. O tym dlaczego możecie poczytać tu KLIK. Dziś natomiast podzielę się z Wami naszą receptą na niezapomnianą zabawę!
Zbiór myśli, przemyśleń i domysłów, które siedzą w głowie standardowej kobiety, tudzież żony, matki, córki, przyjaciółki...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siostra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siostra. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 października 2016
niedziela, 23 października 2016
Parki rozrywki w Orlando na Florydzie - EPCOT
![]() |
| Główny symbol parku z futurystycznym muzeum w środku |
Otóż, jak się okazało, Walt Disney nie tylko powołał do życia Myszkę Micky i dał początek ekranizacjom wielu pięknych baśni, ale i miał inną wizją. Martwiąc się o przyszłość swoich wnuków stworzył koncepcję utopijnego miasta "jutra". Realizację projektu przeniósł właśnie na Florydę. Miastem przyszłości miał zmobilizować wszelakich inwestorów, urbanistów, przedsiębiorców, wynalazców itp. do uporządkowania i upiększenia świata, zmieniając go na lepsze, bezpieczniejsze i bardziej zorganizowane miejsce do życia.
poniedziałek, 3 października 2016
Parki rozrywki w Orlando na Florydzie - Królestwo Zwierząt
Jako maniaczka zwierząt i wycieczek do zoo (o naszym bydgoskim rozpisuję się na babeczniku) nie mogłam nie zwiedzić niesamowitego Animal Kingdom - disneyowskiego Królestwa Zwierząt. Bo to nie tylko zapierające dech w piersiach rollercoastery, przepiękne bajkowe przedstawienia (łącznie z pokazami cyrkowymi) czy parady i spotkania z ulubionymi postaciami.
niedziela, 2 października 2016
Parki rozrywki w Orlando na Florydzie - Magiczne Królestwo
Widzieliście jakikolwiek film/bajkę Disneya? Co za pytanie - kto nie widział? Właśnie. Przed każdą produkcją Disneya, a przed tymi starszymi to już w ogóle, pojawia się śliczny, magiczny Zamek Kopciuszka. Która mała księżniczka nie chciała by go zobaczyć? No ja chciałam ;) I to bardzo. Więc jako dużo (i nie do końca) księżniczka wybrałam Magiczne Królestwo - ze wspaniałym Zamkiem Kopciuszka! - jako pierwszy park rozrywki z sieci Walt Disney World wart zwiedzenia.
Razem z Siostrą spędziłyśmy tam... bite 12 godzin! Skorzystałyśmy z różnych atrakcji, obejrzałyśmy paradę i przedstawienia, odwiedziłyśmy bohaterów z ulubionych bajek a przede wszystkim - świetnie się bawiliśmy!!
Parki rozrywki w Orlando na Florydzie - wstęp
Wyjeżdżając do USA jako Au Pair oprócz wielu atrakcji rodzinnych miałam również zapewniony calutki miesiąc do własnego użytku. Mogłam, rzecz jasna, przeleżeć go na kanapie przed tv (niby szkoląc angielski, he) ale wolałam zwiedzanie. W końcu ile razy człowiek ot tak leci sobie do Ameryki?
Większość owego miesiąca spędziłam z moją Siostrą, która przyleciała do mnie z Polski na wakacje. I tak, między innymi, na własną rękę, poleciałyśmy do Orlando na Florydzie, gdzie przez kilka dni upajałyśmy się niesamowitą atmosferą i atrakcjami w olbrzymich parkach rozrywki.
sobota, 20 lutego 2016
Chiny - zakwaterowanie...
Normalnie bym olała opis hotelu - bo na pewno wszyscy czekają na foty z chińskich świątyń, wypasionych budynków i ... jedzenia :)
Ale z naszym, hotelem wiąże się kilka... hm... interesujących opowieści. Więc co mi tam :)
Przy okazji - wszystkie informacje, które zamieszczam
wynikają albo z moich obserwacji,
albo z zapamiętanych słów naszych przewodników
(Polaka i Chinki).
Tylko wiecie... różnie to bywa z moją pamięcią... ;)
Mieszkaliśmy na (teoretycznie) 10 piętrze. Tu chwilowo nie rozpiszę się więcej, bo... będzie konkurs z nagrodami :D :D
| Hotel Plaza *** |
Nasz hotel miał *** i myślę, że dużo nie odbiegał od standardów europejskich. Jednak było w nim - a konkretniej w pokojach - kilka ciekawostek:
- większość rzeczy była umiejscowiona... niżej. A już szczególnie kibelek. To stereotyp, że Chińczycy są mali i niscy - widziałam sporo wysokich Tambylców ;) (o grubasach nie wspomnę...). Jednakże w miejscach publicznych zamiast tradycyjnego (wg nas) sedesu mają zazwyczaj dziurę w podłodze! Nie do końca jest to toaleta rzymska, bo tam jest o co oprzeć dupsko... z tym że publicznie. A tu trza se przykucnąć, odsłonić zadek i ... no sami wiecie... I myślę, że właśnie z tego powodu i mi mieliśmy w pokoju sedes w wersji mega niskiej. Ale jednak - uffff - był to sedes!!!

Jakże uroczy kibelek publiczny... - na wyposażeniu każdego pokoju były maski przeciwgazowe i latarki. Chińczycy mają na ich punkcie małego hopla. Szczególnie w miejscach publicznych. A to na wypadek wojny, a to na wypadek trzęsienia ziemi, a to na wypadek eksplozji którejś z 15 elektrowni jądrowych (budują kolejne 9...). Choć akurat w tym przypadku to nie wiem, czy im mocno pomoże taka maska... Więc i my miałyśmy te jakże atrakcyjne maski na stanie - a za ich uszkodzenie groziły masakryczne kary!!
- kary też groziły za... pobrudzenie ręcznika! Szok, co? Szczególnie, jak się jest kobietą z wodoodpornym tuszem do rzęs... Przed samym zakwaterowaniem poproszono nas o... nie farbowanie włosów!! Żeby przypadkiem nie pofarbować i ręczników...!!! Tak czysta przed wytarciem to dawno nie byłam...
- a dbanie o czystość była trochę utrudniona, bo... owszem, mieliśmy i wannę i prysznic, ale nie mieliśmy ani tu, ani tu ruchomej słuchawki prysznica. W wannie tylko kran. Pod prysznicem tylko deszczownica (właśnie wygooglowałam jak to się nazywa, ha!!). No nam to utrudniało życie. Ech, te nasze europejskie przyzwyczajenia...
- ... także do dobrze oświetlonych pomieszczeń. Udręka!! W pokoju miałyśmy tak nastrojowo, że tylko dzieci robić!! Lamp było wszędzie od groma, ale solidnie oszczędzano na nas z mocą żarówek. Normalnie malowałam się na ślepo - doszłam do perfekcji ;) Ta mroczność trochę gryzie się z chińskim podejściem do życia - oni odczuwają spokój, gdy jest bardzo jasno, bardzo tłoczno i bardzo głośno. W ogóle są strasznie krzykliwych narodem. Może to był ukłon w naszą stronę, że taki nastrój nam zrobili - a my tacy niewdzięczni???
- za to codziennie dostawałyśmy wodę butelkowaną, sztuk 3. Stawiano je zaraz koło umywalki, pewnie z przeznaczeniem do mycia zębów. Tylko nasza mama męczyła się z wodą butelkowaną - nam z siostrą Zemsta Cesarza jakoś mało straszna się wydała, więc bez zastanowienia korzystałyśmy z kranówy. I nic nas nie złapało. W ogóle nikogo nic nie złapało. Więc albo wodę faktycznie mają tak dobrą jak się chwalą (bo się chwalą), ale wszystko co złe wypaliło w nas ich ostre żarcie... Na szczęście więc nigdzie publicznie nie musieliśmy celować dupskiem w dziurę w ziemi w wiadomym "rzadkim" celu... Naprawdę ufff.... Co do wody, to również w autokarze codziennie rozdawali nam po butelce na głowę. W końcu uzbierał nam się mały zapas. Bo do każdego posiłku również były napoje (a herbata to już w ogóle bez ograniczeń). Miła odmiana po różnych wyprawach po innych egzotycznych krajach, gdzie woda była na wagę złota...!

Nasz "mały" zapas wody... - dbano także o nas stawiając na holu każdego piętra jonizator powietrza. Dla mnie pewna nowość, ale ja - przykładowo - nie mieszkam w Krakowie... Nie wiem, czy to pomagało, bo jak już wiecie miałyśmy szczęście i nie było smogu (dzięki Bogu za mega długi Nowy Rok!! - wszystko co przemysłowe ograniczone lub zamknięte, ludzie na urlopach, mały ruch na ulicach - ufff ufff ufff). Ale hole w hotelu były zupełnie bez okien, więc może jednak??
Jeden z hotelowych holi - i również dbano o nas w zakresie usług telefonicznych. He - na te kilka metrów pokoju, łazienki i mini-przedpokoju dano nam aż trzy aparaty telefoniczne!! I router z wifi... który odkryłyśmy dopiero trzeciego dnia... Oj tam, oj tam... ;) ;) I tak większość "naszych" stron www była zablokowana... Jednak jedna fajna rzecz wynikała z tej ilości telefonów - wszyscy mieliśmy odgórnie ostawione budzenie. No nie dało się go przeoczyć...! ;)
Tak czy owak nasza trójeczka (mama, Siostra i ja) mieszkała w jednym pokoju. A że ja byłam na przyczepkę - to dostałam... dostawkę. Masakryczną dostawkę. Bez szans zmienienia... Pierwsza noc była szybka - tak byłam zmęczona zmianą czasu i intensywnym zwiedzaniem, że spałam jak zabita. Ale potem obudziłam się jak w kostnicy... taka była niewygodna...
| Dwa wypasione wyra i moja dostawka... |
Na szczęście, jak już pisałam i będę powtarzać pewnie jeszcze ze sto razy, mieliśmy świetnego przewodnika. Od razu wiedział w czym rzecz - nie ja pierwsza spałam na dostawce (wszystkie pokoje w hotelu były dwuosobowe) (nawet w dwupokojowych apartamentach trzecia osoba spała na dostawce). Nie mógł mi zmienić łóżka, za to organizował dodatkowe kołdry, żebym mogła je sobie włożyć pod moje delikatne dupsko :D I tak je poskładałam, że w sumie spałam na... siedmiu warstwach :D :D Jak prawdziwa księżniczka... na dostawce.
Jednak na tym nie koniec. Od wielu lat śpię w korkach. Bez stoperów normalnie nie ruszam się z domu. A tym bardziej, gdy śpi się z własną matką, która w nocy potrafi dać ostro-chrapiącego czadu... Którejś nocy tak się wierciłam (chrapanie było słychać mimo stoperów!!), że mi w końcu wypadły. Na nieszczęście nie mogłam ich znaleźć w tych moich pierzynowych warstwach. Na szczęście miałam sporo zapasowych...
I tak właśnie stałam się Księżniczką na ziarnku wosku.
Bo wiecie, w Chinach wszystko jest podrobione. Nawet Księżniczki ;) ;)
piątek, 19 lutego 2016
Chiny - podróż do...
Ok, mam już większość zdjęć - zaczynamy sprawozdanie :)! Narazie - zupełnie od początku. A potem się zobaczy (trudno - przykładowo - o jedzeniu pisać dzień po dniu... to trzeba traktować jako całość, osobny temat...).
A na początku to trzeba było do tych Chin dotrzeć ;)
![]() |
| Chiński kotek na polskim lotnisku |
Lot mieliśmy z Warszawy, do której uprzednio musieliśmy dojechać (chyba jeszcze nie pisałam - mieszkam w Bydgoszczy, Kujawsko-Pomorskie). Trasa przebiegła nam elegancko (jechaliśmy nową, jeszcze darmową, autostradą), tak więc na lotnisku byliśmy dobrą godzinę przed planowanym byciem. Nic to - mogłyśmy sobie na spokojnie oddać bagaże, wypić herbatkę i porobić foty do albumu (bo zrobię go NA PEWNO!!!).
![]() |
| Herbatka na lotnisku - co by się wczuć w chiński klimat |
Doczekałyśmy się zbiórki i już zrobiło się ciekawie. Na wycieczkę leciało jakieś 90-100 osób, w tym trzech pilotów-przewodników. Nam się trafił najlepszy z najlepszych - poważnie, powinni mu dać ekstra premię!! Ludzie zostali podzieleni na trzy grupy - każda grupa miała swojego przewodnika-opiekuna. No i cóż - mieliśmy farta :)
![]() |
| Plac zabaw dla dzieci - świetna sprawa! |
Czas pomiędzy prześwietleniem bagaży podręcznych a wylotem spędziłam na poszukiwaniu magnesu z samolotem, dla koleżanki. No słuchajcie - dramat! Na calutkim lotnisku ani jednego!!! (Na lotnisku w Pekinie również brak... może to trzeba kupować w biurze LOTu czy gdzieś tam...???).
Tak czy owak, mieliśmy fajowe miejsca, obok siebie, przy oknie (moja Siostra już się o to odpowiednio wcześniej postarała), ale że samolot w połowie był zupełnie pusty to i tak się poprzesiadałyśmy. W końcu leciałyśmy jakieś 8 godzin, przez noc... Warto było mieć ekstra miejsce na rozprostowanie naszych ślicznych nóżek :D :D
Przy okazji - wiecie jakie są dopłaty za siedzenie w lepszej klasie? od 1,500zł do jakichś 3,000zł... Nieźle, co?!?!
Do tej pory latałam często i w wiele stron świat, ale niewątpliwą przyjemność lotu Dreamliner'em miałam po raz pierwszy. No słuchajcie - cacuszko!! Start i lądowanie - jak po maśle. Obsługa - bardzo życzliwa. Wyposażenie - ho ho ho i jeszcze trochę!! Wc - padłam z wrażenia!! (a ja się trochę boję korzystać z toalety w samolotach...). Naprawdę - gdybyście kiedyś mieli okazję - polecam!!
![]() |
| Podgląd na trasę lotu |
| Co tu wybrać, co tu wybrać?? |
![]() |
| WC |
| Obiadek |
| Śniadanko - pudełko |
| Śniadanko - zawartość |
Po zjedzeniu dwóch posiłków, obejrzeniu dwóch filmów i kilku seriali, pograniu w kilka gierek i porobieniu innych rzeczy dla zabicia czasu wylądowaliśmy na bajeranckim lotnisku w Pekinie. Na NAJWIĘKSZYM LOTNISKU NA ŚWIECIE. Dość powiedzieć, że po odbiór bagaży musieliśmy pojechać wewnętrznym pociągiem... (więcej ciekawych informacji TU). No zrobiło na mnie wrażenie - wypasione, czyściutkie, błyszczące, z Chińskimi dekoracjami (mogłyśmy się im przyjrzeć na koniec wycieczki, przed wylotem do domu). I głośne!! Nasze "maleńkie" Okęcie naprawdę się umywa. Też było czyste, schludne i elegancko zorganizowane. Ale jakieś takie ciche, czasem wręcz martwe. Pekin natomiast - samiutkie centrum życia.
| Aha - już jesteśmy w Pekinie! |
| Największe lotnisko świata - z okna samolotu |
Najbardziej, po wylądowaniu, bałam się ciężkiego powietrza. Gdy wyszłam z lotniska w Nowym Jorku myślałam, że się uduszę - tak było gęste i śmierdzące. A tu, bardzo proszę, miła niespodzianka. Temperatura jak w domu - powietrze jak w domu! Potem się okazało, że (jak ze wszystkim), mieliśmy dużo szczęścia, bo smog był prawie nieodczuwalny. W sensie tak wiało, że go przewiało gdzie indziej. Dlatego też pewnie tak trudno było mi uwierzyć, że oto jestem już w innej strefie czasowej, na innym kontynencie, w zupełnie innej kulturze, gdzie Biały Człowiek to rarytas. Było tak normalnie, tak dobrze i to obiecująco, że aż niemożliwie!
Sami widzicie - mocne, pozytywne emocje od samiutkiego początku!! A dalej będzie tylko lepiej :D :D :D
poniedziałek, 1 lutego 2016
Bajeczka na haju cukrowym
Byłyśmy dziś na urodzinach mojej mamy - moje dziewuchy ze mną plus moja Siostra. I pies - sunia. I nasz biedny tato, osamotniony wśród bab, ale przyzwyczajony, więc ok. (mój mąż osobisty w pracy, niestety)
Nie było żadnych ciast i toksycznych słodyczy, ale stół i tak kusił domowymi wypiekami i innymi cudami z cukrem. O, z dużą ilością cukru!! I tak jakby mi na złość za wczorajszy wpis o BLW, moje babsztyle rzuciły się na słodkie jak opętane. A może takie dobre było, po prostu? Tak czy owak podróż do domu (pogoda fatalna - jechałyśmy z dobre pół godziny) minęła nam nam ostrym haju cukrowym. I bardzo proszę - oto twórczość mojej niespełna czterolatki na fazie:
- eL: Mamo, a co tam jest??
- Ja: Chyba wypadek. Zobacz, policja stoi, świecą się światła.
- eL: A czemu oni stoją w lesie??
- Ja: Pewnie policja im kazała, żeby nikt inny w nich nie wjechał więcej...
- eL: To pewnie tak jak z Królewną Śnieżką. Zła Królowa wygoniła ją do lasu bo była zazdrosna o jej urodę. Bo wiesz, Śnieżka była za ładna.
- Ja: Hm... no myślę, że te auta tam nie stoją dlatego, że były za ładne...
- eL: A to pewnie dlatego, że były niegrzeczne i je policja wygoniła. Bo nie można być niegrzecznym i się bić, nie? Bo wtedy trzeba go wygonić bardzo daleko. Jak kaczkę, wiesz?
- Ja: Eee??
- eL: Taką kaczkę co była bardzo, bardzo, bardzo daleko w wodzie. I to była bardzo duża kaczka. Bardzo, bardzo dużo. Ale ty jej nie zobaczysz. Bo ona była większa niż wieloryb i rekin. I była bardzo daleko. Bo to była kaczka - indyk! I pływała nie na wodzie a w środku wody. I nikt jej nie zjadł, bo wieloryb, rekin i inne rybki to byli kumple, więc się nic nie martw. Tylko potem przyszli żołnierze i chcieli latać statkiem, wiesz? Ale indyk był większy i im się nie udało. Wygonił ich do lasu.
Jaki płynie morał z tej bajeczki??
a) ograniczamy cukier na noc
b) koniec ze wspólnym oglądaniem Panoramy, Faktów i Wiadomości
c) córki się nie wyprę
d) naprawdę dobrze, że założyłam sobie stronkę z jej tekstami Dziecięca Myślodsiewnia
e) jak tylko nauczy się pisać założę jej prawdziwego bloga...
Dobranoc :D :D :D
niedziela, 10 stycznia 2016
Totalne szaleństwo!
Iji-ha! Przeżyliśmy :D Choć było ... ostro!
Nasz pierwszy bal w przedszkolu. A w sumie eL. pierwszy bal - wariactwo na całego.
Powiem Wam tak - jedno przebranie karnawałowe to już wyczyn.
Przebrać całą rodzinę - tematycznie! - wyzwanie.
Przebrać całą rodzinę - tematycznie i DWUKROTNIE - zamieszanie.
Przebrać całą rodzinę - tematycznie i dwukrotnie; i siebie - tematycznie i TRZYKROTNIE
- to już masakra...!
Impreza zaczynała się o 14:30. I to nie taka impreza tradycyjna-przedszkolna. W naszej placówce to bal dla wszystkich - dzieci z wszystkich grup, ich rodzeństwa i rodziców (opiekunów). Z nami była jeszcze moja Siostra, żeby pomóc przy Em. Rzecz jasna nie wszyscy przyszli wczoraj - tak jak my. Część zapisała się na następny dzień, a część olała w ogóle sprawę.
Ale ci co przyszli - takiego balu przebierańców jeszcze nie widziałam!! Olać dzieci - je zdecydowanie łatwiej przebrać. Gdybyście jednak zobaczyli tych rodziców!!! NIESAMOWITE czego ludzie nie wymyślą!!!
Oto kilka przykładów niestandardowych (bez Elsy, strażaka i kotka) przebrań rodzinnych:
1. Bajka czerwony kapturek (wygrali konkurs przebrań!)
Przedszkolak - czerwony kapturek
Siostrzyczka - drugi czerwony kapturek
Tata - leśniczy
Mama - wilk, który połknął... trzeciego czerwonego kapturka...! :D :D
2. Władcy z poddanymi
Dzieci - królowie
Rodzice - biedni poddani (za czasów średniowiecza - rewelacja!)
3. Żeglarze
Tata - bosman
Mama z dziećmi - i jego majtki ;)
4. Król z damami
Przedszkolak - król
Mama z siostrą - damy dworu
5. Piekarze
Mama - piekarz
Tata - piekarz
Dzieci - piekarze :)
I bardzo proszę - nasze pierwsze (podstawowe) przebranie:
Orszak ślubny
eL. - panna młoda (z moim osobistym welonem i mini bukietem ślubnym, i w kiecce z Wójcika, którą kiedyś kumpela kupiła dla swej córci, by w niej niosła obrączki do prawdziwego ślubu - kompetny czad!))
Ka. - pan młody (w stroju z osobistego weselicha)
Ja, Siostra i Em. - świadkowe w czerwonych kieckach, czarnych bolerkach i innymi gadżetami.
No i impreza się zaczęła. Grali tak, że pewnie połowa osiedla słyszała. Wiecie - prawdziwy didżej, prawdziwy wodzirej i gość specjalny, co to i śpiewał i grał. A pomiędzy tym wszystkim i kamerzysta i fotograf. Taaak - szybko zrobiło się gorąco, upalnie i duszno. Bo okna pozasłaniane, żeby były efekty świetlne widoczne. I żeby obcych nie kusić owym widokiem, tak myślę.
Minęło pól godziny, a ja już musiałam lecieć przebrać wdzianko - prawie całkowicie. Co tu kryć, ostała mi się tylko bielizna i rajstopy. A, i buty! W następnym przebraniu i buty miałam inne ;)
Tak więc - przebranie nr 2 - chórek do zespołu Blues Brothers. Czyli wiecie - czarne spodnie (moje), biała koszula (moja), czarna marynara (buchnęłam komuś z naszej pseudo garderoby, bo nie miałam swojej, he...), czarny krawat (Ka.), czarne okulary (koleżanki z "chórku"), czarny kapelusz (Siostry). I sru - z powrotem na scenę, jako gość specjalny. Daliśmy czadu!
Skończyły się owacje i co? I pędem do szatni z całą rodziną, żeby wszystkich przebrać za cowboyów. Wyrobiliśmy się dosłownie na styk. Wyglądaliśmy - no jak cowboye. Dżiny, koszule, szelki (Ka.), buciory (ja i Siostra) i rzecz jasna - magiczne kapelusze! A, no i rekwizyty - instrumenty. Weszliśmy na salę, przedstawiliśmy się, trochę pouczyłam ludność kroków i już - zaczęliśmy!
eL. grała na skrzypkach (naprawdę),
Em. z Siostrą grały na bębnach (naprawdę!!),
Ka. śpiewał, grał na harmonijce i trochę tańczył (eee... zupełnie nie naprawdę, no oprócz tańca)
Ja. śpiewałam, tańczyłam i dbałam o to żeby wszyscy wiedzieli co robić (naprawdę, no oprócz śpiewania)
Skończyliśmy, kapelusze poleciały w powietrze, a my dostaliśmy brawa i torcik - niespodziankę.
Potem to już mogliśmy zasiąść w sali bankietowej i wcinać przysmaki. I przede wszystkim uzupełnić płyny. Oddelegowałam Siostrę z Em. do domu (bo mała nie jest jeszcze zdrowa, nic a nic - ale mieliśmy ją traktować jak zdrowe dziecko, więc chociaż na część imprezy poszła), trochę potańczyliśmy i co niektórzy brali udział w konkurencjach rodzinnych. Efekt - dwa hula hopy i kolorowa gra domino.
Wytrzymaliśmy do samiutkiego końca, pożegnaliśmy się z uśmiechami na twarzach i wesoło wróciliśmy do domu. A tam zdjęłam buty - o rany.... dobrze, że Was z nami nie było. W sensie w momencie zdejmowania tychże butów... Bo nie bycia na balu to żałujcie na całego...! :D
He - to nie był koniec naszego dnia, bo na wieczór jechaliśmy do znajomych na parapetówkę. Ale o tym już w kolejnym wpisie, bo nadal odsypiam ;)
Kocham bale przebierańców! Nawet takie mordercze... ;)
piątek, 8 stycznia 2016
Wysyp kapeluszy
Dziś jestem mega podbudowana! Naprawdę. A serce mi pika jak szalone - z radochy! :D
Jutro mamy występ ekstra na balu karnawałowym w przedszkolu eL. - udajemy zespół Rednex. Słowo udajemy jest tu kluczowe, bo generalnie dużo się wygłupiamy przy prostym układzie tanecznym, "śpiewamy" z playbacku i mamy kilka kluczowych instrumentów (pseudo-skrzypki, harmonijka...). A my znaczy naszą rodzinkę + Siostrę mą ulubioną (wcale nie dlatego, że jedyną ;)).
Wszystko było ok i nagle ciach - poginęły kapelusze. Kiedyś organizowałyśmy z Siostrą Sylwestra w stylu country (z morderczą zagadką w tle) więc akcesoriów u nas pod dostatkiem, ale kapelusz ostał się jeden...
I słuchajcie - po krótkim, rozpaczliwym info na fb, że potrzebna BIG HELP, nagle z różnych stron świata zaczęli wyskakiwać cowboye z kapeluszami w rękach!!
Jeszcze większe BA!! Niektórym osobom musiałam podziękować i odmówić, bo jeszcze kilka godzin i bym mogła połowę przedszkolaków zmienić w cowboyów...!
A tylko część osób była z mojego miasta - reszta z okolicy. Co raduje mą duszę jeszcze bardziej.
Bo wiecie - zimno jest, sypie śnieg, kierowcy głupieją, każdy wolałby mieć szybciej wolny weekend czy po prostu siedzieć w cieplutkim domku...
Ja jakiś czas temu bardzo zwątpiłam w ludzi... w niektórych moich "przyjaciół"... oj przepłakałam kilka ciężkich nocy. Smutnych nocy...
I taka sytuacja jak dziś - ogromna dawka nadziei!!
Ogromna dawka zwyczajnej ludzkiej sympatii!!
Ech... :D :D :D
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Grudniowe wyznania
Dostałam dziś propozycję świątecznej zabawy ze strony tygrysiaki.pl (pamiętacie "Złote myśli"??) i tak sobie myślę - a co tam! Zabawa wędruje od bloga do bloga, trafiła do mnie, więc dalej puszczę ją w świat :)
Zasady są bardzo proste - zaraz Wam tu odpowiem na kilka pytań. A poniżej i Wy możecie się ze mną (i światem) podzielić tym, co Wam na sercu leży :D :D
1. Najbardziej lubię w świętach...
PREZENTY!!! Zdecydowanie!!! Ale nie tylko dostawanie (choć owszem - uwielbiam), ale mam też sporo radochy z ich dawania. Jestem maniaczką prezentową - zawsze mam wrażenie, że mam ich (dla innych) za mało... (bardzo współczuję naszemu tegorocznemu Gwiazdorowi - będzie miał co dźwigać...)
2. W świętach nie lubię...
"Dwunastek" Ka. I "nie lubię" to naprawdę mało powiedziane!! Fakt, że on ich nie lubi jeszcze bardziej wcale mnie nie pociesza...
3. Moja ulubiona potrawa wigilijna to...
I tu mamy swojego rodzaju klops, bo ja jestem 100 procentowo mięsożerna... Kochałam pierogi mojej babci, ale od dawna już ich nie ma, więc teraz zawsze czekam na... deser :D :D I kwas chlebowy :D :D - ale nie wiem czy to się liczy jako potrawa :P
4. Mój ulubiony świąteczny wypiek to...
No własnie - od razu lepiej :D Makowiec!! Ale musi być mokry. I babka migdałowa z pracy mego lubego - mniam :D :D
5. Trzy świąteczne sytuacje, które utkwiły mi w pamięci...
- wcinanie ciasta i picie herbaty z termosu podczas pasterki... (prowadzeni scholi miało swoje przywileje ;))
- święta w USA - trzeba było czekać na prezenty do następnego rana - buuuu.....
- wspomnienie z każdych "młodzieżowych" świąt - rozpakowywanie prezentów a potem zarwanie nocki z siostrą i najnowszą grą/dodatkiem Simsów... Ech - te emocje, gdy komputer odmawiał posłuszeństwa...!!
6. Książka którą kojarzę ze świętami...
Na dzień dzisiejszy foto-książka, którą w tajemnicy zrobiłam dla teściów z ośmiorgiem ich wnuków (i ich zdjęciami, rzecz jasna), i zostanie im dostarczona prościutko pod choinkę. A wyszła bosko!!
7. Pod choinką chciałabym znaleźć...
Nowy portfel - bo mi obecny zeżarła Em. I dolary w nim (Euro???)... bo Chiny tuż tuż :D :D
KONIEC !
No i teraz nominacje.... ;)
Serdecznie zapraszam do zabawy Was - a nuż Wam się spodoba :)
A z blogów, bardzo proszę:
Będzie Czytane - może napisze, a potem... przeczyta? :)
Bieg Gosi przez życie - na poprawę humoru :)
i Dwie Twarze Matki - jej odpowiedzi na pewno będą szczere!!
piątek, 11 grudnia 2015
Niebezpieczni ludzie
Zdarza Wam się trafić na kogoś mega podejrzanego? Groźnego? Niebezpiecznego? He, mi często. I to w bardzo zaskakujących okolicznościach! Czasem kończy się na strachu, czasem - no niestety nie...
Specjalnie dla Was, kilka historii mrożących krew w żyłach. Pierwsza z dzisiaj!!
1. Zagrożony trening z Buggy Gym
Mój mąż wyraził łaskawą zgodę na moje pójście na trening bez Em. (teoretycznie wyzdrowiała, w praktyce musi nabrać odporności). No więc z radochą poszłam. Spotkałyśmy się z mamami jak co tydzień w miejskim parku sportu i rozrywki, nieco (wyjątkowo) wyludnionym. Trochę sobie ponarzekałyśmy na zimne dupska, poplotkowałyśmy, pośmiałyśmy się - ale przede wszystkim dawałyśmy czadu ;) Przynajmniej do czasu!
Gdy byłyśmy już na powrotnej drodze do samochodów (ale jeszcze ćwiczyłyśmy), nagle za nami zaczął się wydzierać jakiś facet! Niby kulturalny, czysty, szedł prosto - ale to co mówił w ogóle nie nadaje się na publikację!!! Darł się głośno, wyzywając (nas??) od różnych przenajgorszych... Nasza trenerka, która na początku zajęć ostrzegła, że dziś nie biegamy (a chciałyśmy) ekspresowo zmieniła zdanie i razem z nami rzuciła się truchcikiem w stronę parkingu. A on ciągle za nami dziarsko szedł i darł się w niebogłosy!! Nie wiem jak inne dziewczyny, ale mi się zrobiło straszno i nagle poczułam, że jak będzie trzeba to tym truchtem dotrę aż do domu (a mieszkam po drugiej stronie sporego miasta...).
I prawie by tak było, bo pilot do samochodu, którym otwieram drzwi i uruchamiam auto - zastrajkował! Normalnie scena z horroru (tylko że w dzień). Środek lasu. Zero ludzi oprócz nas - mamusiek z wózkami. Płaczące dziecko. Krzyczący, podejrzany, grożący zabójstwem typ. Trzęsące się ręce nie mogące otworzyć auta. I samochód Straży Miejskiej... który akurat odjechał...
Typ na szczęście skręcił i poszedł się drzeć w stronę cywilizacji (może go ktoś tam spacyfikował??), a mój pilot się opamiętał. Tak więc wszystkie elegancko wróciłyśmy do domów, bez rozciągania... ;)
2. Napad w UK
Zanim wyjechałam do USA zdarzyło mi się dwukrotnie spędzić wakacje w UK. Za drugim razem mieszkałam w biedniejszej dzielnicy Londynu (nie patologia, no ale jednak...), dzieląc mieszkanko z grupką sympatycznych osób z Polski (w sumie to przyjęli mnie na wakacje). Wszyscy za dnia pracowaliśmy, no ale popołudniami/wieczorami żyliśmy sobie jak normalni młodzi ludzie.
Tak więc jednego popołudnia wybrałyśmy się z dwiema współlokatorkami do kina. To była jakaś prześmieszna bajka, bo wracałyśmy wieczorem do domu mocno uhahane - po same pachy! Byłyśmy trzeźwe, porządnie ubrane, ale zataczałyśmy się ze śmiechu. Dla osoby postronnej - naćpane wariatki. Przechodziłyśmy właśnie obok parku, gdzie za dnia bawiło się mnóstwo rodzin z dziećmi, aż tu nagle wyskoczyła na nas banda Murzynów (nie wiem jak mam napisać poprawnie... Afroamerykanin to chyba w USA??). Nie wiem ile ich było - 6? 8? Byli wielcy, pod wpływem czegoś, mieli długaśne łapska i dziwnie mówili... Tak czy owak zaczęli dziewczynom wyrywać torebki (ja miałam spodnie-bojówki i wszystko upchane po kieszeniach), wyciągnęli noże, złapali nas i już tymi nożami przy naszych szyjach...! Zaczęłyśmy się drzeć jak prawdziwe wariatki - do teraz się dziwie skąd taki power miałyśmy!! Nie wiem, czy byli tak zdziwieni naszym oporem, czy po prostu spowolnieni przej jakiś zupełnie nielegalny "dopalacz", ale zdołałyśmy im uciec. Biegniemy, biegniemy - a tu na przeciwko wychodzi ku nam kolejny czarnoskóry mężczyzna. Krzyczymy o pomoc, a on ciach - wyciąga nóż! No mówię Wam - prawie się nie posikałam ze strachu... Szczęście w tym nieszczęściu, że naprawdę mieli spowolnione ruchy a my mieszkałyśmy niedaleko.
Nie jestem rasistką, ale po tym zdarzeniu przez kilka lat przy czarnoskórych mężczyznach dostawałam gęsiej skórki...
3. Urwane lusterko
W zimowy wieczór wracałam z pracy do domu. Nie padał śnieg, ale było mroźno i brzydko. Warunki do jazdy - mega fatalne. Kieruję sobie autkiem, jestem już na ostatniej prostej, aż tu nagle przed maskę wytacza mi się podchmielony pan. Wyturlał się z tramwaju i z rozmachem i z rozpędu wszedł mi przed autko. Pierwszy odruch - klakson ostrzegawczy, że hello!! Może i miałam wtedy małe autko, ale w pojedynku jeden (człowiek) na jeden (samochód) bezprzecznie wygrywało. A co pan na to? Ano pan się na to autko moje rzucił!! A za nim jego syn (chyba), odrobinę mniej podchmielony. Niby pana odciągnął, ale nie do końca, bo chwilę potem moje autko zostało bez lewego lusterka. A w sumie to dyndało owe lusterko na jakimś kabelku...
Nie zgadniecie co dalej. Ja się zatrzymałam na poboczu, a panowie weszli sobie jak gdyby nigdy nic do lokalu gastronomicznego na ciepłą zupkę (czy coś - bo już nie pamiętam). Trzęsłam się jak osika - i z nerwów, i ze strachu (bo celował w okno) i z zimna (przede wszystkim) ale zadzwoniłam i do Ka. (który był w domu) i na policję. Ka. zdążył przybiec, panowie zjeść i wyjść i dopiero wtedy łaskawie podjechali gliniarze w cywilu, z błyszczącymi odznakami na sznurkach.
Akcja skończyła się ich bieganiem po kamienicach w celach poszukiwawczych obu panów (bez skutku) i moim zeznaniem na policji (postępowanie umorzone - wiadomo...).
Jeden plus - pani policjantka pokazała mi fajne ustrojstwo do pobierania odcisków palców i sobie potestowałyśmy w między czasie ;) ;) ;)
4. Miłosne pomyłki
He he, o tym mogę pisać i pisać!! I może nie mrożą aż krwi w żyłach, za to niezła czarna komedia by z nich wyszła - tych historyjek. Dwie już Wam pokrótce opisałam:
I tak sobie teraz myślę, że o kolejnych fatalnych w skutkach znajomościach opisze również w oddzielnych postach - bo trudno się będzie zmieścić w kilku zdaniach... Tym bardziej, że dosłownie przed chwilą dostałam otwartą propozycję sexu przez kamerką na mojej prywatnej stronie fb... od jakiegoś Azjaty... Poważnie...
5.Amerykańska burza
Rzecz się działa pod koniec mojego pobytu w USA. Moja Siostra przyjechała do mnie na swoje wakacje i mieszkała razem z moją amerykańską rodziną. Oni (Amerykanie) wszyscy gdzieś wybyli (już nie pamiętam gdzie, mnóstwo mieliśmy tych imprez i okoliczności), a my z Siostrą zaległyśmy na ogromnej kanapie przed TV.
I teraz ważny opis miejsca w którym się znajdowałyśmy - wielki salon/pokój dzienny. Podłużny. Jedna z dłuższych ścian przylegała do reszty domu, reszta ścian była prawie cała oszklona. W obu krótszych ścianach podwójne, duże, szklane drzwi do ogrodu. Kanapa na samym środku, TV w rogu dwóch oszklonych ścian. Zero zasłon, firan, rolet. A sam dom stał (i stoi) po środku otwartego trawnika - zero płota, trochę krzaków i drzew.
Wracamy do akcji - wylegujemy się na kanapie, coś tam wcinamy i oglądamy film (chyba Dzień Niepodległości, bo normalnie to tam leciało na okrągło!!!!!). Tak czy owak - nagle jeb! Piorun! Jeden, drugi i dziesiąty! Ciemny, późny wieczór i błyskawica jedna za drugą. Burza z prawdziwego zdarzenia. Same pioruny, bez deszczu. I choć było straszno, to my nic - nadal z siostrą zalegałyśmy i oglądałyśmy...
Aż tu nagle błysk - a za przeszklonymi drzwiami postać. Stoi i się gapi. A potem zaczęła machać... Jezusie drogi, ale nas podniosło!! Słuchajcie - podwójny zawał! Jak ktoś cierpi na za słabe ciśnienie - naprawdę polecam taką kurację. Postać okazała się naszym sąsiadem, który wiedział, że jesteśmy same i chciał się upewnić, że się nie boimy. O ironio - bać się zaczęłyśmy dopiero po jego wizycie... Normalnie tylko brakowało, żeby miał kaptur (jakby padało) i trzymał kosę albo piłę mechaniczną... Mimo że był nieziemsko przystojny i miał jeszcze przystojniejszego syna na wydaniu - nigdy mu tego nie wybaczyłyśmy!!
No dobra - pochwalcie się. Na pewno i Wam coś się czasem przydarza, co podnosi ciśnienie, stawia włosy i mrozi krew. Kto pierwszy? :D :D
Etykiety:
Ameryka,
bójka,
Buggy Gym,
Chiny,
Em.,
historia miłosna,
Ka.,
kobieta kierowca,
krzyk,
miłość jest ślepa,
praca,
prześladowanie,
rodzina,
sąsiedzi,
Siostra,
stalking,
strach,
szaleństwo,
wycieczka,
złość
sobota, 14 listopada 2015
To jednak był piątek trzynastego...
Miałam w planach na dziś dużo do napisania...
Tak bardzo mi smutno...
A potem - w sensie dziś - eL. obudziła się z płaczem, krzycząc "ciocia, ciocia". Jakiś koszmar miała. Kwadrans później włączyłam radio a tam w wiadomościach coś o zamachach, bombach, wielu zabitych - tylko nie dosłyszałam gdzie... Ciocia dziś wcześnie rano wracała samolotem z UK. Przeżyłam swój własny koszmar na jawie. Na szczęście ma się te programy informacyjne i telefony komórkowe - Ciocia już bezpiecznie była na naszym lotnisku. Na nieszczęście... w tym zamachu zginęły jakieś inne ciocie i siostry... I w ogóle...
piątek, 6 listopada 2015
Ale dlaczego Chiny?
He - wiele osób zadało mi to pytanie. Łącznie z panią dentystką, wczoraj. W związku z tym - specjalnie dla Was - uchylam rąbek tajemnicy. Mam nadzieję, że nie pomylę się w zeznaniach! I z tego miejsca proszę moją siostrę (daję Ci kryptonim "Siostra", co by wątpliwości nie było) o sprawdzenie chronologii i komentarz :-)
Bo wszystko zaczęło się od mej Siostry.
Dlaczego jadę akurat do Chin
- historia prawdziwa.
Jakiś czas temu moja Siostra opuściła nasz dom rodzinny i wyprowadziła się na swoje. A na tym swoim wymyśliła sobie, że w sypialni na ścianie zawiśnie specjalna mapa świata. Taka do kolorowania - tam gdzie się pojedzie, ten kraj się zamalowuje (no albo część kraju, bo jednak nie wszędzie w USA była - przykładowo). Mapę tą montował nasz ojciec jedyny no i ... uszkodził Chiny. Żeby głupio nie wyglądało, Chiny zostały oznaczone - a nie zwiedzone.
I wtedy właśnie ma Siostra postanowiła, że kolejnym jej przystankiem w podróżach po świecie będzie kraj gdzie (być może) jedzą koty (Alcia - bardzo ciepło myślę o Tobie!!!). Zaczęła więc przeszukiwać oferty i w końcu, na początku tegorocznego okresu wakacyjnego - znalazła.
Nie znalazła jednak (pech-pech) żadnego towarzysza podróży wśród swoich znajomych. Zaproponowała więc wycieczkę moim rodzicom. Mama zgodziła się prawie od razu, ojciec popukał się w czoło (on chce do Wietnamu... jak mi wykupi wycieczkę z przelotem to się poświęcę i mu potowarzyszę... :D).
Jedyny, maleńki, ociupeńki szczegół im jeszcze został na sam koniec - JA. W sensie nie "ja", że chciały bym pojechała, ale "ja" i pierwsze urodziny mego dziecięcia nr 2. Które - jak już wiecie - przypadają w samym środku wyjazdu (lecimy w lutym). Więc trzymały wszystko szczelnie za zębami aż wydała je sąsiadka z działki...! (chyba jej przywiozę jakąś pamiątkę, tak myślę...)
No a reszta już jest znana - dowiedziałam się, przegadałam sprawę z mym lubym, obgadaliśmy sprawę finansową (nie oszukujmy się, tanie to TO nie jest... niestety) i urodzinową (sfałszuję datę przy zdjęciach w albumie... ale cicho sza!!) i ta dam... lecę :D :D
I jak? Spodziewaliście się takiej historii?? Nic dziwnego, że mam potrzebę pisania bloga... :D
P.s. Siostro ma - doczekałaś się! Cały wpis prawie tylko o Tobie!! Bój się - rozkręcam się :D
P.s.2. Do moich wyjazdowych dylematów powinnam dopisać jeszcze sprawę podkładania bomb w samolotach... Mam jednak cichutką nadzieję, że a) nikt nie weźmie Chin na celownik i b) uporają się z tym problemem do lutego... Pliiiiiiiiis!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












