Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 listopada 2016

Witaj w domu Alergio!

Nie wszyscy jeszcze pewnie wiedzą, ale eL. czeka na zabieg usunięcia trzeciego migdała. Zupełnie niesympatycznie się jej rozrósł, blokując przepływ dźwięków, przyczyniając się tym do konkretnego niedosłuchu. Z trzecim migdałem często jest tak, że się skubany rozpulchnia i powoduje przeróżne infekcje. Dlatego właśnie lekarka przepisała nam lek, którego zadaniem jest owy migdał zmniejszyć i utwardzić, co by łatwiej i ładniej go można było usunąć.

sobota, 14 maja 2016

Strach ma wielkie oczy!

Mamy właśnie weekend kończący fatalny tydzień - Em. przechodzi zapalenie płuc, eL. miłosiernie skończyła na oskrzelach. Do tego wczoraj był piątek 13-tego (czyli jakby w temacie pecha) i moje zupełnie nie-fajne zdarzenie drogowe (jak mniemam ślepa baba zajechała mi ostro drogę, przez co drastycznie podskoczyła mi adrenalina, potem równie drastycznie spadła, tak więc dziś chodzę po ścianach) (jakby co skończyło się na strachu i krawężnikowaniu, uffff). 

Tak czy owak, tydzień (chwała Bogom wszelakim!!!!!!) na szczęście się kończy, baby zdrowieją, mąż mi umył okna (LOVE, że ho ho), ja odpoczęłam sobie w pracy i mam zdecydowanie lepszy humor - to i Wam opowiem coś śmiesznego :) a jednak w pechu pozostającego ;)

środa, 4 maja 2016

Zapalenie oskrzeli typu pechowego

Chciałam Wam dziś napisać coś o mojej ukochanej działce. Albo coś moich zupełnie nie-ukochanych włosach... Ale nie - kontynuuję temat chorób, badań i szpitala, bo mnie nosi i jak nie napiszę to wybuchnę...!

czwartek, 28 kwietnia 2016

Chorowanie na NFZ

Kiedy dziewczyny z babecznika zaprosiły mnie do współpracy i omawiałyśmy mój twórczy wkład w tą sympatyczną stronę, padło rzecz jasna pytanie "o czym mam pisać?". I jaka była moja pierwsza myśl? O chorobach... A raczej o chorowaniu i drodze przez mękę próbując leczyć się na NFZet... W końcu piszę o czymś innym (oczywiście równie atrakcyjnym :D), a temat chorowania pozostawiam sobie tutaj. A naprawdę - mam o czym pisać!

sobota, 23 kwietnia 2016

(Nie takie proste) PYTANIE

Pytanie (ogólne):
Co powinnam zrobić?

Opis sytuacji:
Alergolog zapisała mi lek w aerozolu do nosa, na te paskudne alergie. Lek (na receptę)  jest mi znany, już go stosowałam podczas poprzedniego pylącego sezonu. Dlatego też zdziwiłam się srogo, gdy pani farmaceutka podała mi zimne opakowanie! Kupowałam również inne leki, a tylko pudełko z aerozolem było zimne. Pani farmaceutka - spytana dwukrotnie! - wyraźnie podkreślała, że lek MUSZĘ trzymać w lodówce, nawet przed otwarciem. Zaufałam pani mgr i zdziwiona (bo nigdy go nie trzymałam w zimnie), wróciłam do domu.

środa, 30 marca 2016

Moja mama jest pedantką!

Nie, nie, tytułowa "mama" to nie ja. Dziś czytamy dosłownie - "moja mama" to moja mama...

Mam nadzieję, że mieliście cudowne Święta! Że mimo chorób (jak u nas), zawirowań finansowych (jak u nas) i pewnych rodzinnych... hm... nieprzyjemności (jak u nas) spędziliście ten czas w radości, miłości i (świętym!!!) spokoju!

I teraz się przyznajcie - kto szalał przed? Ze sprzątaniem, zakupami, gotowaniem...? No kto?

niedziela, 27 marca 2016

Masaż stóp dziecka - sposób na całe zło!

Moje dzieci należą do grupy pieszczochów - lubią być masowane, tulone, ściskane i całowane. Przynosi nam to obopólną radość i zaspokojenie potrzeb wyrażania miłości na linii rodzic-dziecko-rodzic. 

Jednak nie wiem czy wszyscy wiecie, że masaż poszczególnych części ciała może przynieść dziecku nie tylko komfort psychiczny i emocjonalny, ale także pomóc w pokonaniu różnych dolegliwości! I tak, bardzo proszę, kilka rad jak masować małe ukochane stópki aby przynieść dziecku ulgę:

czwartek, 4 lutego 2016

"BLW" według eL.-Em. cz.2.

Dziś Em. postawiła swoje pierwsze (cztery!!) kroczki do mnie - samodzielnie!! W związku z tym dedykuję ten wpis własnie jej. A że ona kocha najbardziej na świecie jeść - to pokontynuuję o tym nieszczęsnym BLW :D


Często mnie pytają inne mamy jak ja żywię moje dzieci. Kiedy zaczęłam, od czego i jak to teraz u nas wygląda. I dlaczego jedzą z taką pasją (zaangażowaniem i wiecznym głodem). Postaram się opisać, jak najprościej, jak to dokładnie u nas było.

Przypominam - my tak naprawdę "nie bawimy" się w BLW. Nasze dzieci zwyczajnie jedzą wszystko. Bo mogą. I chcą.


Początki zróżnicowanej diety

Od początku obie moje dziewczyny były na mleku mieszanym - dużo cycka plus butla z mieszanką dla zaspokojenia wilczego apetytu (z eL. ja miałam problemy i trafiłam do szpitala, dostałam wstrętny antybiotyk i moje osobiste mleko było wstrętnie gorzkie; za drugim razem Em. trafiła szpitala, prosto na OIOM - nie mogłam z nią ciągle być i przy okazji stres zeżarł mi pokarm...). Tak więc czekaliśmy na koniec czwartego miesiąca jak na Gwiazdkę ;) 

W obu przypadkach zaczęliśmy od słoiczka z marchewkową papką (pierwsza marchewka, czy coś takiego). W sensie dosłownym - chciałam dać eL. z dwie-trzy łyżeczki, tak jak każą na etykiecie, ale był taki ryk, że się złamałam i od razu zjadła zawartość prawie całego słoiczka... Z Em. nawet nie czekałam na ryk - od razu widziałam co się święci...

Powiem szczerze - przy eL. trochę świrowaliśmy, inwestowaliśmy w słoiczki jak szaleni, ba-nawet sami robiliśmy przetwory na zapas!! Przy Em. już nie głupiejemy. Po marchewce było jeszcze kilka słoiczków "na próbę" (jabłko, gruszka, śliwki i tego typu pyszności) a potem to normalnie kupowaliśmy owoc/warzywko i sami robiliśmy papki.

Tak więc po czwartym miesiącu karmiłam me dzieci mlekiem i zamiast jednego mlecznego posiłku dawałam im "słoiczek"... popity mlekiem :D :D 

*Przy okazji - moje dzieci szybko same siedziały, ale na początku karmiłam je w takim leżaczku-bujaczku, co to pół siedzą a pół leżą.
** eL. pierwsze zęby dostała zaraz po skończeniu pół roczku, ale Em. nie miała nawet 5 miesięcy.

Gdzieś na przełomie 5/6 miesiąca dziewczyny zamiast jednej butli zaczęły dostawać kaszkę (łyżeczką). Najczęściej na śniadanie albo kolację (w zależności od tego jak nam się życie rodzinne toczyło). Bliżej półroczka ewoluowaliśmy także w "słoiczkach". 

Tak więc mieliśmy w jednym dniu dwa "pokarmy stałe":

  • śniadanie:     mleko/kaszka
  • II śniadanie:  mleko
  • obiad:          słoiczek/mleko
  • deser:          mleko/owoc
  • kolacja:        kaszka/mleko
  • noc:             mleko (raz)

"Słoiczki" piszę w cudzysłowie, bo kupowaliśmy je przede wszystkim na początku "na próbę": czy nie będzie dziecię pluć (nie pluło), czy nie dostanie alergii (eL. miała masakryczną na marchewkę - dziecię alergiczki...), żeby przyzwyczaić brzuszek i jelita do nowych wyzwań (szło jak burza ;)). 

I poważnie - przy eL. świrowaliśmy, ale Em. normalnie w okolicach półroczku dostawała części naszego obiadu - gotowane ziemniaki, buraki, marchewka, pietruszka, brokuły, cukinia, dynia, kukurydza. Normalnie przyprawione, ale zaznaczam, że my generalnie w domu nie przesalamy!! I do tego rozpaćkany jakiś zwierz, najczęściej ptak. Albo rybka. Z owoców to mieliśmy szczęście, bo u nas obie baby są późno zimowe - sierpień/wrzesień obfitował w owoce i działkowe i rynkowe. Były więc: jabłka, gruszki, śliwki, maliny, jeżyny, melony, poziomki, banany, brzoskwinie. (Z truskawkami mamy do teraz przeboje z eL. i żeby jej nie było przykro Em. też ich nie pokazujemy...)

W 6/7 miesiącu zaczęliśmy też testować makarony, ryże i kaszy (różne) - jako dodatek do warzyw i mięska. I sosy pomidorowe. Spaghetti przyjęło się od razu, efektów ubocznych poza uporczywymi pomarańczowymi plamami nie stwierdzono ;)

A i tłuszcze! Olej, oliwa, masło - normalka. Nie obficie, ale jak ziemniaki z warzywami były naprawdę oporne i jakieś takieś suche to ze spokojnym sumieniem rozmemlałam je masełkiem. I rosół też miał oka zaraz obok makaronu... No rozumiecie - po domowemu.

Co tam jeszcze... a, przyprawy! Oprócz typowo warzywnych to sól, pieprz, czosnek i papryka. Bez przesady rzecz jasna, ale że smak można było wyczuć. 

I pewnie teraz największe zło według niektórych - słodycze!! A i owszem - były. Nie nie, nie karmiłam dzieci tortem czekoladowym z bitą śmietaną. Natomiast dostawały (po części dla smaku jako dodatek do deseru, po części ku pomocy przy ząbkowaniu): biszkopty, paluszki bez soli, paluchy grube (takie z Biedronki na przykład), chrupki ryżowe, chrupki kukurydziane, kisiele i galaretki.

I jak już jesteśmy przy ząbkowaniu - obie dostawały w tym czasie także całe suche bułki "na zęby", więc chyba mogę śmiało rzec, że i pieczywo sobie skubały.

Najważniejsze jednak jest to, żeby znać umiar. Jak przeczytaliście naraz wszystkie składniki diety moich dzieci możecie się przerazić. Ale one nie dostawały wszystkiego od razu, naraz, jednocześnie!! Jednego dnia tylko obiadek. Drugiego tylko owoc. Potem owoc do kaszki. Potem pół ciasteczka do owocu. Rozumiecie - spróbowały mnóstwa rzeczy ale w rozsądnych odstępach czasu - żeby brzuchole mogły im się przyzwyczaić do nowych wyzwań.

Produkty, które wymieniłam powyżej były (i są) w naszej normalnej diecie. Natomiast zdarzyło mi się nakarmić nasze półroczne dzieci ogórkiem kiszonym, krewetkami, ośmiorniczkami, papryką czy wołowiną. Dostały od tak, dla posmakowania. Nic im nie było. No oprócz wielkiej radochy. Szczególnie przy rzeczonych ogórkach :D :D

Dlaczego moje dzieci jedzą z takim apetytem? Bo jedzą to co my. Bo jedzą z nami. Bo jedzą samodzielnie. Bo jedzą smacznie.

Próbowaliście kiedyś obiadka ze słoiczka? 
A mleka z cycucha?
Ja tak. I o sto razy szybciej poproszę o to mleko niż niedoprawiony, mdły obiadek. Szczególnie gdy mama karmiąca chwilę temu zeżarła kotleta... W panierce!

Współczuję jednak bardzo wszystkim dzieciom (i ich rodzicom), którzy mają alergie mleczne, mączne, jajeczne i w ogóle!! Lepiej nie czytajcie tego, co piszę - wiem że i tak jest Wam trudno. Jest jednak nadzieja, że Wasze dzieci wyrosną z tego tak jak eL. z głupiej marchewki. I będą łasuchami aż miło :)


c.d.n. 

środa, 3 lutego 2016

Nerw mnie bierze... wgrrr...

Wiecie jak to jest mieć super dzień i mega beznadziejny wieczór? 
Nie? 
A to szczęściarze jesteście. 
Ja wiem, niestety za często mi się to zdarza. Wgrrr...

Tak więc dzień zaczął się spoko. Ka. odprowadził eL. do przedszkola i pojechał kręcić, nadziewać i smażyć pączusie na jutro. Natomiast Em. od rana męczyła mnie o podtrzymywanie w chodzeniu (wcale jej nie podtrzymuję, ale paluch musi być) więc zaliczyłam poranny jogging po mieszkaniu. Potem poszła grzecznie spać a ja mogłam trochę ogarnąć sytuację (i własne włosy...). Potem pobudka, drugie śniadanko, trochę głupot i pojechałyśmy do alergologa (przypominam, że teraz jeżdżę co tydzień na odczulanie). Mina trochę mi zrzędła, bo byłyśmy punktualnie, dostałyśmy nr 7 a w gabinecie była dopiero jedynka... Ale nic to - pół godzinki zleciało w towarzystwie innej miłej pacjentki (nr 6), pogadałam z doktórką, dostałam zastrzyk i sru po eL. do przedszkola. Odebrałyśmy ją, wróciłyśmy do domu na obiad, wszystko zjadłyśmy ze smakiem. Em. poszła na poobiednią drzemkę, ogarnęłam kuchnię (a było to wyzwanie dnia!) i spokojnie się bawiłyśmy z eL. klockami na dywanie. Było fajowo. Wstała Em., obrałam im jabłka na podwieczorek, wcinały i oglądałyśmy "10 najbogatszych psów świata" (WOW!!!!). Śmiałyśmy się, wygłupiałyśmy - fajne popołudnie. W porze przed-kolacyjnej przygotowałyśmy wspólnie grzanki do piekarnika (na kolację właśnie) i stwierdziłam, że mogą się wykąpać zanim kanapki "dojdą". Więc były wyścigi w rozbieraniu i dużo radochy. Wsadziłam je do wanny, poszłam wrzucić ciuchy do prania i włączyć piekarnik i...

szlag mnie trafił...

Wróciłam do łazienki, a tam co? A tam Em. z mokrą głową...
I teraz Wam wytłumaczę, bo tego nie wiecie - już jakiś czas prowadzę walkę z eL. żeby nie myła głowy siostry. Ani jej nie polewała. Ani nic. Raz, że jest to niebezpieczne, dwa, że Em. tego nie lubi. Kilka dnia temu miała przez to karę - wyła, krzyczała i przepraszała. I obiecywała poprawę, rzecz jasna. I dupa blada - powtórka z rozrywki... Na szczęście przyznała się od razu ale i tak dostała tą samą karę (nie mogła z nami oglądać bajki podczas inhalacji), ku pamięci. A ku sąsiadom wpadła w taką histerię, że o mało jej nie utopiłam... Mówię Wam -> ma-sa-kra!!!

I tak właśnie... Fajowy dzień, naprawdę. Z takim nie-fajowym zakończeniem. Dlaczego? Z powodu głupoty, naprawdę. Moje dzieci mega źle znoszą krytykę i zakazy. Doktórka mi powiedziała kiedyś, że to z powodu charakteru pełnego emocji. Tylko szkoda, że wtedy wpadają w taką histerię, że chyba pół osiedla słyszało. Bo cały blok na pewno... Tym bardziej, że Em. się zsynchronizowała i wyła z powodu braku palucha do pomocy w chodzeniu...

Kolację zjadłyśmy w ciszy i wcale mi nie smakowało tak jak miało. I szkoda.

I chociaż przed pójściem spać na spokojnie porozmawiałyśmy z eL. i starałam się całym sercem jej wytłumaczyć, dlaczego mi smutno przez jej krzyki i dlaczego nie może lać siostrę wodą... i się pogodziłyśmy i poprzytulałyśmy... i poszła spać z uśmiechem... to mi jest źle.

Bo to był naprawdę miły dzień!!

www.demotywatory.pl


Na szczęście Ka. już wrócił z pracy i grzecznie czeka aż skończę pisać i obejrzymy sobie nowy odcinek "Grimm'a". A potem to naprawdę przyda mi się prawdziwa dawka małżeńskiej miłości ;) Wiecie, jako lek na całe zło :D :D :D 

niedziela, 31 stycznia 2016

"BLW" według eL.-Em. cz.1.

Nareszcie o tym. Już nieraz wspominałam, że moje dziewczyny są po prostu żarte i żadne mleko czy słoiczek nie zaspokoi ich łakomych potrzeb. Teraz mam chwilę czasu i natchnienie aby temat rozwinąć. Ale uwaga - będzie kontrowersyjnie!

Dziś część 1. - jako wstęp do tego, 
jak to naprawdę u nas wygląda z jedzeniem u dzieci. 
Trochę filozoficznie, trochę krytycznie.

Jak znajdę więcej czasu i natchnienia powstanie kontynuacja :D :D :D

Część z Was wie co oznacza termin BLW, część dopiero zderzy się z przykrą rzeczywistością pełną jego zagorzałych zwolenników jak i przeciwników. Dla uściślenia - za Wikipedią:

"Baby-led weaning albo BLW to metoda wprowadzania stałego pokarmu do diety niemowlęcia dotychczas karmionego wyłącznie mlekiem. Metoda ta polega na pozwalaniu dziecku na samodzielne sięganie po jedzenie oraz pozostawia mu decyzję o tym ile i co zje. Dziecku podaje się kilka rodzajów pokarmów i zachęca do wyboru spośród nich. W ten sposób pozwala mu się na kontrolowanie, do pewnego stopnia, własnej diety. Zgodnie z teorią, dziecko wybierze pokarmy zawierające składniki odżywcze, których mu w danym momencie brakuje, kierując się smakiem."

Innymi słowy - po polskiemu - Bobas Lubi Wybór a my mu na ten wybór pozwalamy.

Teoretycznie wszystko jest piękne, logiczne i mądre. Teoretycznie.
A w praktyce to różnie bywa... szczególnie w opinii innych.

Zarówno z eL. jak i teraz z Em. nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu odkleją się od cycka i zaczną jeść łyżką. Karmienie piersią dla mnie było koszmarne! Nie zawsze, ale wystarczająco często, żeby mieć dość. Dziewczyny urodziły się spore i od pierwszych chwil bardzo głodne i ssące. Przykładowo - jak tylko wypchnęłam na świat eL. i mi ją położyli na brzuchu ta od razu zaczęła szukać cyca... Niektóre maluszki uczą się przez kilka dni ciężkiej filozofii zasysania mleka - moje bobasy opanowały to w sekundę... i namiętnie korzystały ze swoich przywilejów. Ratowałam się smoczkiem, butlą i specyfikami na wartościowsze mleko (o mleku sztucznym nie wspomnę) - a one i tak ciągle chciały jeść. Podobno niektóre dzieci tak mają. No moje na pewno. 

Tak więc jak tylko minęły "magiczne" cztery miesiące - otworzyłam pierwszy, marchewkowy, słoiczek. I się zaczęła - nasze przygoda z (powiedzmy) BLW.

Kto nie doczytał klikając w link, tego uświadamiam, że bobas musi siedzieć i umieć samodzielnie wkładać sobie jedzenie do buzi, żeby metoda miała rację bytu. Moja baby były (i są) silne, siedziały bardzo szybko. Manualnie też nie miały problemów, o mega ilości zębów nie wspomnę. Więc zaczęliśmy szybko.

I sprostowanie! Nie otworzyłam sobie książki, nie przeczytałam i nie postanowiłam: hm hm hm, będziemy jeść wg BLW, dziś dzień pierwszy. Zupełnie nie!! Nasze BLW jest w WIELKIM cudzysłowie. Bo nasze dzieci NIE MAJĄ wyboru. Nasze dzieci jedzą WSZYSTKO!!! 

Ostatnio, gdy byliśmy z Em. w szpitalu, na przyjęciu na oddział zostaliśmy spytani jakie pokarmy mają nam zamówić. W sensie ile mleka. Już o tym pisałam (klik), ale w skrócie przypomnę - zdziwili się strasznie, że nasz maleńki bobasek je jak my (tylko mniej) a mlekiem (butelkowym) powoli zaczyna gardzić. W końcu zamówiono dla nas dietę przetartą i o ile śniadania i kolacje jeszcze były w pytkę, to obiad okazał się... no fatalny... Zmielony kotlet (bez panierki i przypraw), rozpaćkane warzywa, rozmemlane ziemniaki. I codziennie to samo. Zupa była ok, bo normalnie "w całości" - pływały w niej warzywka, makaron czy kasza. I to Em. zjadała ze smakiem.

Ale do czego dążę. Część pielęgniarek była pod wrażeniem umiejętności pokarmowych naszej dzidzi, część wypowiadała się tak krytycznie, że miałam ochotę im strzelić w zęby. I strasznie zaczęłam współczuć tym mniej asertywnym mamom, tym z mniejszym doświadczeniem, tym odrobinę mniej obrotnym, tym bardziej zagubionym w dzisiejszym świecie, co to oferuje nam okropne skrajności. Taka mama nie wie, czy ma wierzyć swojemu instynktowi czy temu co przeczytała. Albo temu, co powiedziała jej położna/pediatra/pani ze szkoły rodzenia/zwolenniczka BLW/przeciwniczka BLW. Naprawdę współczuję!!!

Ja Wam mogę tylko napisać, że jedzenie to okropny problem, gdy dziecko nie chce jeść. Ja nie mam tego problemu. A, nie wszyscy wiecie jak wyglądają moje dzieci - nie są grube, otyłe, nieproporcjonalne!!! Mam eleganckie, silne dziewczyny. Które jedzą WSZYSTKO. Owoce, warzywa, mięso, nabiał, pieczywo, słodycze. Przyprawione!! I z tłuszczem!!! Smażone, duszone, gotowane. I jedzą same (Em. oprócz zup i kaszek), widelcem (tak tak, Em. też!! Tylko nie paćki...szczególnie szpitalne...). 

Nie biegam za dziećmi z łyżeczką. Nie obsmarowuję wszystkiego ketchupem. Nie chowam warzyw w ziemniakach. Nie dodaję suplementów na apetyt. Nie szantażuję czekoladą i lodami. I nie uważam, że robię źle. 

Znam mnóstwo osób które stosuję bardziej prawdziwą wersję BLW. Taką książkową... I mają problemy... I też nie uważają, że robią źle - i nie będę ingerować w ich przekonania, tak jak one w moje. One - te osoby - dają dzieciom wybór, ale ograniczony. To znaczy jest to takie ECO BLW. Powiedzmy mega zdrowe. A w praktyce średnio zdrowe, no bo jak dziecko nie chce tego jeść (bo bez smaku, bo bez przypraw, bo mama z tatą jedzą coś innego, bo ciągle to samo, bo mało kolorowe paćki) to jest głodne, marudne i w końcu nie przyswoi wszystkiego co mu potrzeba do prawidłowego rozwoju. Spytacie mnie: a to, że dajesz dziecku ciastka i cukierki to jest potrzebne?? To Wam powiem, że u mnie w domu słodycze stoją w miseczkach na stole i się kurzą - dziewczyny mają ich dość w ramach deseru czy rodzinnych imprez i bardziej rzucają się na melona, brzoskwinie i kiszone ogórki... A znam przypadki, gdzie dzieci albo mają zakaz słodyczy w domu w ogóle, albo jedzą je przy szczególnych okazjach i potem - u mnie w domu - nawet kurz im nie straszny...! 

Teraz się zacznie: a co z zębami?? A z problemami żołądkowymi?? A ze skórą?? A z przyzwyczajeniami na później?? Zęby myjemy często i chętnie. Odkąd jemy normalnie wszyscy problemów wzdęciowych raczej brak (proszę nie mylić z rewolucjami po np. antybiotykoterapii!!). eL. jest uczulona na truskawki i ich nie jemy. A co będzie potem?? A przepraszam - a czy ja źle wyglądam?? Albo mój mąż?? Czy cierpimy na jakieś żywieniowe problemy?? No właśnie... (No dobra - nadal mam pociążową nadwagę, ALE cholera jasna - mam też męża cukiernika i dokarmiają nas teściowie... ;))

Uważam, że najlepsza metoda to RÓWNOWAGA. I zdrowy rozsądek. Naprawdę - nie chcę ingerować w Wasze sposoby żywienia Waszych pociech. Ale bardzo krytykuję wszystkich, którzy ślepo wierzą i naśladują metody innych. Bez zastanowienia, przeanalizowania, spojrzenia na sprawę z innej perspektywy. I co najważniejsze - wcale nie patrzą na potrzeby swojego dziecka. Zarówno zdrowotno-żywieniowe, jak i społeczno-żywieniowe. Tylko na to, co jest popularny, cool, na topie...

I nie pozwalam się moim dzieciom bawić jedzeniem. Co innego trudna szkoła trafiania do buzi, co innego pryskanie sosem pomidorowym po ścianach. Nie ma wyjątków. Nie ma dnia dziecka. I żaden znawca BLW mnie nie przekona. U nas jedzenie się szanuje od pierwszej kropli mleka! O! :) :)






c.d.n...... :)

wtorek, 19 stycznia 2016

Siedzę i ryczę...

Otóż to - siedzę i ryczę. I jeszcze piszę, bo jak nie napiszę to wybuchnę...

Em. jest znowu w szpitalu dziecięcym. Już było tak dobrze! A w nocy z niedzielę na poniedziałek dostała gorączki, katar i kaszel się nasiliły, inhalacje przestały działać... Dziś rano pojechaliśmy po wyniki testów i na kontrolę u alergologa-pulmonologa. Diagnoza - brak alergii. Zapalenie płuc - jak najbardziej... Doktórka spokojnie z nami porozmawiała, że najlepiej jest Em. wysłać do szpitala, żeby konkretnie przebadali ją pod kątem innych chorób - a konkretniej, to zrobili jej szybko prześwietlenie płuc i posiew na podejrzane i niecne bakterie. Bo podobno ostatnio stały się one bardzo popularne wśród małych dzieci - te zdradliwe bakterie właśnie.

No więc zgodziliśmy się - bo ile można się męczyć na tych cholernych antybiotykach??? 

Najpierw eL. oddaliśmy w ręce dziadków (wiem, że ma radochę, ale mnie się serce od razu ścisnęło...).

Potem spakowani pojechaliśmy do szpitala. Jezus Maria Chryste Panie - ile można czekać na izbie przyjęć z małym płaczącym CHORYM dzieckiem?!?! No ile?!?! Wiecie ile??? Otóż DŁUGO!!!!! Nawet się w temat nie będę zagłębiać, bo chyba z nerwów trzasnę klawiaturą o ścianę...

Przyjęli nas na oddział, na salę z podsłuchem (poważnie - cała przeszklona, a nad łóżeczkiem elegancko wisi mikrofon zbierający...). Em. wyła, a tu setny raz trzeba było wziąć udział w tym samym wywiadzie... Jakby cholera jasna komputerów i sieci tam nie mieli... Ale ok. 

Co było najgorsze? Szukanie żyły do wenflonu... To jest niesamowite, jak pielęgniarki pracujące na oddziale dziecięcym mogą być nieporadne. Poważnie. Zaledwie dwa tygodnie temu Em. miała pobieraną krew do badań - elegancko, szybko, bez ŻADNEGO śladu. A tu co?? Osiemdziesiąt prób, zakrwawiony bodziak i siniak jak pięciozłotówka. Wiem, bo Em. już go wyrwała (ten wenflon cały), tak ją uwierał i bolał. Drugi zakładała jej o wiele kompetentniejsza pielęgniarka i choć opatrunek denerwuje Em. to często o nim zwyczajnie zapomina. I uff...

A teraz jedzenie. Jeszcze o tym nie pisałam w szczegółach, ale moje dzieci jedzą jak dorośli, tylko z pewnymi wyjątkami (potem Wam opiszę). Ale co najważniejsze - nie jadamy "słoiczków". Chyba że naprawdę od WIELKIEGO święta. A w szpitalu co? Dzieci do pierwszego roku życia są na diecie słoiczkowej!!! I mleka do oporu. Tłumaczę pielęgniarce, że moje dziecko pije mleko tylko na noc. I że je jak dorosły. A ona na to, że takie są zasady. I że nawet nie wie co wtedy moje dziecko pije (bo na pewno nie słoiczki... he....). Więc jej mówię, że normalnie - woda, soczki, herbatka, kompot... A ona rozkłada ręce. Uwierzcie mi - wtedy zaczęłam się śmiać. Jak głupia. Em. może i ma 11 miesięcy ale czy to oznacza, że muszę ją wychowywać (czyt. karmić) jak tam sobie ktoś niby-znawca wymyślił??? Przyszła lekarka i kazała dawać nam normalne żarcie (kolacja była wypasiony - mniam). I uff....

Zmieniam zdanie, najgorsze jednak było potem, jak Em. za nic w świecie nie mogła się uspokoić. Była głodna i zmęczona, ale mogła tylko krzyczeć i płakać. I po tym horrorze co dziś przeszła wcale jej się nie dziwię... Ka. musiał iść do pracy więc zostało jej tylko do usypiania moje ramię... dziś zaszczepione alergenami. Spuchło mi bardzo szybko (bo po szczepieniu nie wolno dźwigać 24h), więc wkrótce płakałyśmy obie... Teraz aż się boję zdjąć bluzkę - na pewno mam pięknie wyeksponowane wszystkie poszczepienne mięśnie. Bo czuję je wszystkie... Wcale nie pięknie... 

Około 22 Ka. przyszedł mnie zmienić więc zostawiłam ich w męczarniach (ciągłe światło, ciągłe hałasy, zdenerwowana Em., zmęczony Ka.). Wiem, że muszę odespać i dać odpocząć ręce (nie kłamię, kurewsko boli), ale to, to już zupełnie było najgorsze... Wrócić do pustego domu. Samej. Z zakrwawionym bodziakiem w ręce.

Więc siedzę i ryczę... :(

niedziela, 17 stycznia 2016

Poważna choroba z przymrużeniem oka ;)

No tak - nadal męczymy się z chorobą Em. Już było tak dobrze!! Kaszel minął, katar minął, charkanie minęło, zostało tylko poranne syczenie-gwizdanie, które szybko przechodziło po inhalacjach. I dupsko w końcu wróciło do normy - zero podejrzanych zmian i wysypek.

Było miło - i się skończyło. Wczoraj Em. potknęła się podczas próby chodzenia i puknęła się brodą o nieprzyjemny kant. Nie ma żadnego śladu, ale afera była spora. Darła się strasznie. I jak tylko przestała - wrócił mokry, upierdliwy kaszel. I cięższych oddech. I problemy ze snem. I marudzenie...

No ale miało być z przymrużeniem oka.... ;) ;)

Dziś mój mąż szykował się około południa do pracy. A że jeździ do niej rowerem, to właśnie wskakiwał w swoje sexi sportowe wdzianko. Ubierając skarpetki rzekł oto do mnie:
- Zobacz, fajne te skarpetki, nie?
- No fajne. A czemu?
- Bo niby specjalne dla sportowców, a tak dużo wcale nie kosztowały.
- Aha...
- I zobacz, jak długo je mam, ubieram je codziennie, piorę raz w tygodniu a one wcale nie są przetarte...
- Raz w tygodniu?!?!?!?!

Czaicie już??? Ja tu podejrzewam Bóg wie co, że co to mi nie zatruwa i zatyka dziecka - przemycony dym tytoniowy albo sierść jakiegoś zwierza, kurz, pierze, proszki do prania, żarcie jakieś, a tu co?? A tu tygodniowy swąd skarpetek używanych dzień w dzień do jazdy rowerem...

Padłam...

- Ty, ale nie opiszesz tego na blogu?!?
- Wiesz, nawet o tym nie pomyślałam, ale skoro sam się upominasz...
- No weź...

I się wzięłam. No i masz! Kocham Cię Mężu. Z Chin przywiozę Ci czteropak.
Skarpetek :* :* :*

:D :D :D

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Parapetówka z zastrzykiem adrenaliny

Tak jak obiecałam - dziś sprawozdanie z sobotniej parapetówki u znajomych. 

Od początku. A raczej od końca - balu...

Tak więc wróciliśmy z balu karnawałowego do domu, ogarnęliśmy dzieci, przykazaliśmy Siostrze z dziesięć przykazań i wio na kolejną imprezę. A że trochę wyposzczeni byliśmy (choroby nie sprzyjają kontaktom towarzysko-pijackim) to wprost biegliśmy do samochodu. 

Trafiliśmy bez przeszkód, choć pogoda była dość dupiasta, a noc (no dobra - wieczór) czarna (czarny) jak środek owej dupy...

Pamiętacie jak pisałam o moich rozczarowaniach względem przyjaciół? No więc... hm... tak - spotkaliśmy się właśnie na tej parapetówce. I nie mam na myśli Gospodarzy, bo z nimi raczej mamy luźne, niezobowiązujące acz sympatyczne relacje. Jednak wśród gości były osoby, z którymi (wydawało mi się) odnalazłam głębszą nić porozumienia i wiecie - to COŚ, że się chce częściej spotykać, gadać, plotkować, wymieniać przepisy, chodzić do kina i nawet wyjechać na wakacje. No wydawało mi się... Albo inaczej - było to strasznie jednostronne pragnienie. W sensie mojostronne...

Więc dojechaliśmy do Gospodarzy, obejrzeliśmy prześliczny domek i poszliśmy przywitać się z resztą ludu. I właśnie w tym momencie stwierdziłam, że pierdolę. Poważnie - właśnie tak. No bo ile można? Zapraszać, prosić, proponować? No ile?? Ile można się zwierzać i opowiadać? I wysłuchiwać przebąkiwań o czymś, co zostaje skwitowane "a nie chce mi się o tym mówić". No ile?!?! Ile razy można wyciągać rękę? To nie moja wina, że ja potrafię się dogadać z moim mężem, a ktoś inny ze swoim nie. Albo że mi się rodzą dzieci jak chwasty po deszczu, a komuś wcale. Albo że ja nie muszę pić alkoholu (bo nie piję wcale), żeby się wydurniać w towarzystwie, a ktoś inny musi a nie może. Chrzanię to wszystko z pełną premedytacją. 

A czy jest mi przykro? Pewnie, że tak. Bo jak się kogoś lubi i się miło spędzało z tym kimś czas, to jest wielka szkoda. No ale naprawdę - ile można?!?! Za dużo jest ludzi na świecie, żeby przez kogoś marnować sobie czas na rozrywkę. Żeby musieć się ograniczać, chociaż nic złego się nie robi. Nie chcę się poświęcać dla kogoś, kto naprawdę mało daje w zamian. Albo inaczej - przez kogo źle się czuję. Bo ja mam dla kogo się poświęcać - dla Ka. i naszych bab. I dla reszty bliskiej rodziny. 

Popłynęłam trochę, bo miało być o parapetówie, a dałam upust emocjom związanymi z różnymi ludźmi. No siedzi to we mnie, cholera jasna, jeszcze...

Tak czy owak - wracając do imprezy - znów uzupełniłam płyny i zaległam na super wygodnej kanapie żeby zebrać siły - dwie imprezy w ciągu dnia to stanowczo za dużo dla kogoś, kto ostatnio przesiaduje tylko w kolejkach u lekarza...

I byłoby naprawdę świetnie - mąż się integrował z kieliszkiem, ja odtajałam (moje biedne nogi...) - gdyby nie dwa podejrzane czworonogi. A w sumie to jeden czworonóg, a drugi trzynóg - oba futrzaste i roszczące sobie prawa do owej kanapy - KOTY...! A ja na koty jestem mega uczulona. Tak naprawdę MEGA - że tylko szpital. Na szczęście mechanicznie, więc muszą mnie dziabnąć czy skubnąć, aby wdała się reakcja. Lizanie też nie jest wskazane, ale na szczęście nie takie groźne. 

Przez te sierściuchy wypieszczone właśnie nie poleżałam za długo z kończynami ku górze - wolałam zmieszać się z tłumem, by w razie czego ktoś mnie obronił. A wiecie jak to jest - gdy się przed czymś ucieka, ten ktoś goni Cię dwa razy szybciej... Dosłownie prawie jak ZUS :) 

W tym właśnie miejscu dziękuję bardzo Gospodarzom, że się nade mną zlitowali i próbowali trzymać kociska zdala ode mnie. Nie zawsze skutecznie co prawda, ale to nie ich wina - te koty to naprawdę przebiegłe istoty. Szczególnie trójnożny inwalida - niby takie biedactwo a dawał takie susy, że już widziałam jak siedzi mi na gardle... 

Olać koty - przeżyłam! I naprawdę się wybawiłam!! Nawet sobie potańczyliśmy (no powiedzmy, bo ja się starałam, a oni - mężczyźni nasi - usilnie robili ze mnie rock mamę). Śmiesznie było, nie ma co :) Wróciliśmy do domu ładnie po północy, uchachani ale padnięci jak po maratonie. Ka. prawie od razu zaległ pod kołderką, ale mnie emocje przerosły - spałam zaledwie dwie godzinki. Wstałam po omacku i naprawdę nie wiem jak udało mi się funkcjonować przez pierwszą połowę dnia. 

Drugą, he, przespałam ;)

wtorek, 5 stycznia 2016

Urodzinowa diagnoza

Yupi!! Mam urodziny!! Niektórzy nie lubią swojego święta - ja tam uwielbiam :D :D Może mi przejdzie ta radocha gdzieś w okolicach pięćdziesiątki - póki co baluję :D :D

Eee... tak na prawdę to będę balować dopiero jutro, bo dziś świat mi nie sprzyja.

Abo:

1. Mój ulubiony mąż osobisty ma popołudniówkę więc dupa blada.

2. Moje ulubione dziecię starsze ma w sobotę w przedszkolu bal karnawałowy i dziś w związku z nim było zebranie Rady Rodziców. Popołudniu. I pamiętacie - jestem w tejże radzie...

3. Moje ulubione dziecię młodsze doczekało się w końcu wizyty u alergologa-pulmonologa... I tu dupa jeszcze bladsza... Opowiem Wam, postresujcie się ze mną...

Moja Pani dr (w sumie to nasza, bo cała rodzina już do niej chodzi) jest (póki co przynajmniej) świetna. Bada od deski do deski (nie żebym była deska, he...), skrupulanie prowadzi kartotekę, dokładnie tłumaczy leczenie i... mimo że się leczymy czasem prywatnie zapisuje nam badania na NFZ. No jak tu jej nie kochać?!?

Tak czy owak, osłuchała dokładnie Em., wypytała co i jak i trochę mnie przestraszyła... Bo oprócz testów na alergie (zrobiliśmy z marszu) i przepisania nowego leczenia, dała nam skierowanie do poradni pulmonologicznej na badanie w celu wykluczenia ... mukowiscydozy... 

Kazała mi nie googlować i nie przeżywać, więc ja oczywiście wygooglowałam i przeżywam. Wiecie co to jest mukowiscydoza? To masakra normalnie... Wstawiam Wam link na stronę fundacji "Matio" - tam jest wszystko opisane co i jak... Więc jak nie wiecie, to kliknijcie sobie...

Pocieszam się, że to choroba genetyczna a u nas w rodzinie jej nigdy nie stwierdzono. 
I pocieszyła mnie też koleżanka - nauczycielka eL. z przedszkola, która miała do czynienia z dziećmi bardzo chorymi i Em. (wg niej) w ogóle ich nie przypomina.

Ale wiecie - wyobraźnia pracuje, cholera jasna.

No nic, teraz czekamy na wyniki krwi i efekty nowych leków. Na szczęście chodzę teraz do naszej dr co tydzień na odczulanie (i na szczęście na NFZ... ufff...) więc będę upierdliwa do bólu, żeby ratowała moje dziecko. O ile je w ogóle trzeba ratować, bo czasem się zachowuje tak, że to ja potrzebuję pomocy... wgrrr....

Chciałabym ogarnąć sytuację przed Chinami, ale najwcześniejsze terminy do poradni pulmonologicznej są na czerwca...

Sami widzicie - dupa blada!! Jak u rudego uczulonego na słońce... Bez (ewentualnej) urazy.

wtorek, 15 grudnia 2015

Nowy wyrok - Astma

Pamiętacie, jak się cieszyłam, że Em. jest już zdrowa i teraz będzie super i wspaniale? Jaaasne...

O, TU się cieszyłam....

W weekend zaczęła znowu dziwnie oddychać, a wczoraj obudziła się z równie dziwnym świstem... Bez charkania, bez kaszlu - ale gwizdała jak czajnik na wolnym ogniu... Zaprowadziłyśmy eL. do przedszkola, zjadłyśmy śniadanko - gwizdanie się nasilało. Zadzwoniłam więc do przychodni, żeby nas przyjęli i osądzili, czy coś jej jest, czy zaczęłam może popadać w paranoję... No ale dostać się do przychodni w poniedziałek... He... Brak miejsc i już. Zaczęłam obdzwaniać prywatnych lekarzy (i z polecenia, i z internetu). Brak miejsc!! Same urlopy, szpitalne dyżury no i zawalone dni pacjentami... Jedyny facet, który miał możliwość wizyty prawie od zaraz, brzmiał przez telefon jak naćpany anorektyk - zrezygnowałam po kilku zdaniach rozmowy...

I w końcu cud! Bardzo obrotna pielęgniarka-recepcjonistka (a przy okazji pani z pomocy laktacyjnej) umówiła mnie na wizytę w moim centrum medycznym, gdzie prowadziłam ciążę. Co prawda na dzień następny (w sensie dziś), ale doktórka przyjechała specjalnie dla nas i zajęła się nami naprawdę profesjonalnie. W dodatku za "jedyne" 100zł, gdzie wszyscy wołali 120zł... Zapłaciłam - desperacko potrzebowałam drugiej opinii, a dziś w przychodni przyjmowała tylko nasza pani dr...

Trzymała nas w gabinecie przynajmniej 45 minut! Osłuchiwała Em. w trzech różnych pozycjach - może tak się robi zawsze, ale nie u nas w gabinecie... Dokładnie sprawdziła buźkę, uszy, brzuszek, pitulkę (nadal się męczymy z tym wstrętnym odczynem poantybiotykowym...). A przede wszystkim - zrobiła konkretny, solidny wywiad rodzinny. Byłam w szoku, że pediatra tak może podejść do sprawy. 

Diagnozę postawiła pewną niemal stuprocentową - oskrzelowa astma dziecięca. Póki co oskrzelka i płuca czyste, ale każdy wstrętny czynnik (pyły, dymy i inne takie) może spowodować u niej ścisk oskrzeli, duszności  i świsty. Opracowała nam kurację żeby przeżyć do wizyty pulmonologa-alergologa (idziemy 5 stycznia) i uspokoiła, że dzieci coraz częściej tak mają - choroba cywilizacyjna... 

Nic dziwnego. Ja mam astmę oskrzelową, która uaktywnia się sezonowo. Mój tata ma astmę bardzo zaawansowaną całorocznie. Nasze dzieci są w wysokiej grupie ryzyka, niestety...

Trochę się uspokoiłam - z kontrolowaną astmą można spokojnie żyć (i na przykład wygrywać zawody narciarskie...he...) a zapalenie oskrzeli/płuc mnie przeraża masakrycznie! I ciągła wizja szpitalu... brrrr..... Poza tym dzieci często z astmy wyrastają, tylko trzeba pilnować lekarstw, inhalacji no i obserwować to całe dziecko (tak jakbym ją spuszczała z oka.... he he). 

Szkoda tylko, że żeby tak dobrze ktoś mi przebadał dziecko musiałam udać się do prywatnego lekarza... Nie mogę narzekać na moją pediatrę całą gębą, bo dobre wprowadziła nam leki. Tylko że leczyła nas na zapalenie oskrzeli - świsty i charkania ustępowały, a ona odstawiała leki. Wystarczyło dwa dni - i znów objawy wracały (jak to w astmie). I tak kilka razy. A kto wie - może gdyby od razu wpadła na tą astmę, obyło by się bez zastrzyków (dwie serie...) i antybiotyków (w sumie miała ich 5!!).

Nadal nie jestem pewna, czy to astma na 100% - dowiemy się w styczniu. Ale ta diagnoza pokrywa się z moimi obserwacjami. A zapalenie oskrzeli było jakieś takieś... naciągane...

Więc mam mały żal...

czwartek, 10 grudnia 2015

Boso czy w papciach??

Miałyśmy iść dopiero jutro na kontrolę, ale Em. dostała przykrej reakcji alergicznej, nie wytrzymałam i poszłyśmy dziś. Hurra !! Co za szczęście!! Oskrzela czyste, jutro rano odstawiamy leki, alergia powinna minąć zaraz po odstawieniu. A w sumie to nie alergia tylko jakieśtam zmiany po antybiotyku. Uff... Moje dziecko raczkuje jak petarda - dogonić ją z lekarstwem to niełatwa sztuka!! Uradowane wyszłyśmy z gabinetu i aby to uczcić poszłyśmy we trzy na śliczny jesienny spacerek.

A, bo eL. nie poszła do przedszkola i też dziś była u lekarza-rehabilitanta. Jak się okazało zupełnie niepotrzebnie, bo nic jej nie jest (ponownie ufff), ale przynajmniej pojeździłyśmy sobie windą. I dostałyśmy zalecenie, które trochę burzy mój światopogląd...

ZALECENIE:

Dowiedziałyśmy się otóż, że latanie po domu w samych skarpetkach to zabójstwo dla stóp. Bo człowiek owszem, ma sobie chodzić bez butów, ale po miękkim - trawa, piasek, błotko. Ale po panelach i płytkach to obowiązkowo w obuwiu...! Bo taki właśnie człowiek jest, tak został stworzony i do tego mamy przystosowane ciało.

Trochę mnie zatkało - bo od małego dzieciaki latają u nas wręcz na bosaka. Albo w skarpetkach-antyślizgach. Papcie ubieramy tylko u kogoś, kto ma zimne podłoże (np. u teściów - mają stary dom z mnóstwem przeciągów). A tak to hulaj dusza. Matko jedyna - ja nawet w domu nie miałam papci dla eL.! (już mam, po wizycie u dr z rozpędu poszłyśmy kupić). Tylko jak ja ją przekonam i przyzwyczaję do chodzenia w papciach, gdy
a) sama nie chodzę
b) Ka. nie chodzi
c) generalnie wszyscy w naszych rodzinach u nas (jak przychodzą) chodzą bez - bo ciepło
d) i znajomi też bez...
e) nie do końca w to wierzę...

W wolnej chwili zrobię mały resarch , jak to powinno być i co kto ma na ten temat do powiedzenia. Ale do tej pory słyszałam, żeby nie usztywniać, nie ograniczać, niech sobie stópki swobodnie hasają. A tu taki ZONK! Poinformuję Was, co odkryłam. Jak coś mądrego odkryję, rzecz jasna ;)

A jak jest u Was w domach??? W kapciach czy bez???


(tak sobie myślę, że jednak nie mamy takiego bałaganu w domu, 
skoro wszyscy nasi goście latają na bosaka i się nie boją...;) )



wtorek, 1 grudnia 2015

To znów ta wredna małpa - migrena...

Już kilka dnia temu zaczęła się bezczelnie skradać. A wczoraj osiągnęła apogeum swej wrednoty... Siekło mnie na wieczór po całości. Ledwo widziałam, słyszałam niestety o wiele za dużo, no i te okropne mdłości... I ból głowy!! Jakby mnie zaraz miało rozsadzić gdzieś nad okiem.

Ostatni taki mega atak miałam jeszcze w ciąży Em. Oprócz tego co powyżej zaczęło mi drętwieć ciało i dostałam afazji. Koszmar w ogóle, ale w ciąży... no wpadłam w histerię. Skończyło się wezwaniem karetki i solidną kroplówą na neurologii. I niczym więcej, na szczęście. Nawet do domu mnie po kilku godzinach puścili (czasem ma się to szczęście, że mieszka się 5 minut od szpitala... a nawet dwóch ;) ).

Tym razem - o jak dobrze - w ciąży nie byłam i łyknęłam co trzeba. Nie powinnam, bo dziś z rana miałam testy alergologiczne nr 2, ale cóż - gdybym nie łyknęła, to bym eksplodowała na pewno. Tym bardziej, że Em. miała fatalną noc (biedaczysko) no i musiałam sprostać wyzwaniu noszenia, tulenia, uspokajania... Jak to było? Mamy nie biorą zwolnienia, czyż nie? Ech...

Dziś obudziłam się spóźniona, musiałam eL. zeskrobać z łóżka (opierała się jak nigdy - stres przedtestowy), dostarczyć Em. na zastrzyk, wrócić do domu, ogarnąć co trzeba no i zasuwać na te testy... A wszystko to z tą zołzą, dyszącą mi gdzieś za uchem. Że zaraz znów mi uprzykrzy życie... Jazda na badania - koszmar!! Dobrze, że MZK strajkowało - przynajmniej nie wpadłam pod koła jakiegoś zestresowanego kierowcy autobusu... 

Testy wyszły elegancko. To znaczy eL. prawie nic (ufff), ja prawie wszystko na maksa. Dostałam taki rumienie, że w sumie zlały się w jedno. A bąble jak po użądleniu jakiegoś robactwa. No i wyszły z tego dwie sprawy:
- zostałam w tempie ekspresowym zapisana na odczulanie (minimum 3 letnie - trawy, zboża, brzoza póki co)
- na lekarstwa i "szczepionki" wydałam w aptece około... 400zł...!!!! Poważnie. Nie kłamię. W tym roku wszystkim popakuję do butów na Mikołajki po jakimś leku... ja chyba wystawię kozaki...

W takiej sytuacji ta wredna małpa tylko zacierała rączki - stres i zmęczenie to najlepsza pożywka dla migreny...

Nie dałam jej jednak szans znów wybuchnąć. Wzięłam się, zaaplikowałam co trzeba i poszłam spać. Teraz jestem troch wczorajsza (też tak macie jak śpicie w dzień?) ale przynajmniej nie umieram!


No i Em. przestała chrumczeć jak prosiaczek. I ma nowy objaw - wcale nie chce spać. Jak to piszę jest po 19stej, ona obudziła się gdzieś koło południa i ani myśli się położyć. Siedzi z Ka. i eL. i czytają sobie na dobranoc. Naprawdę dziwna ta choroba...

poniedziałek, 30 listopada 2015

Tydzień z zastrzykami

To tyle na temat dziwacznych objawów Em. - niestety, znów zapalenie oskrzeli, zastrzyki i przymusowe siedzenie w domu (choć wynegocjowałam, że możemy chociaż rano się wybrać na zastrzyk do przychodni, żeby w domu nie zarosnąć grzybem...).

Trochę miałam nadzieję na tą wiotkość krtani, bo z tego po prostu się wyrasta i nikt nikogo nie kłuje przez pięć dni w dupsko... No ale charczenie przy wiotkości jest dużo gorsze, a Em. tak na "lajcie" jakoś. W ogóle broi jak pijany zając i doktórka trzy razy ją oglądała/osłuchiwała bo sama była zdziwiona.

Z rozpędu dostałyśmy też skierowanie do alergologa, bo naprawdę podejrzane to zapalenie. Raz, że tak szybko wróciło, dwa, że prawie bezobjawowo. Całkiem dobrze się składa, że idziemy jutro z eL. na testy nr 2 - i tak musimy zahaczyć o rejestrację.

Teraz najbardziej boję się astmy oskrzelowej... Nawet nie chcę o tym myśleć...!!

I wkurzyła mnie pielęgniarka co przyszła wieczorem do domu. Jestem już strasznie zmęczona tymi choróbskami, okropnie martwię się o dziewczynki, tak bardzo współczuję Em. że musi ciągle walczyć z bólem (a powinna walczyć tylko o zabawki, na przykład...), a ta mi zaczyna opowiadać (pielęgniarka w sensie), jakie te zastrzyki są straszne, bolesne i w ogóle dramat, że "nawet sobie pani nie wyobraża". Akurat potrafię sobie to wyobrazić bardzo dobrze. Raz, że przeżyłam dwa porody naturalne, dwa, że przeżyłam pozabiegową depilację w nosie, na żywca - naprawdę nie wiem, co było gorsze...

No nic... Coś jednak dobrego z tego wyszło: tak strasznie się denerwowałam tą podejrzaną chorobą Em., że w nocy nie mogłam spać. By nie tracić nocki na samo czuwanie pochłonęłam najnowszą książkę Małgorzaty Musierowicz - o matko, jak bardzo polecam!!!! Nektar dla duszy i serca!!! 

wtorek, 24 listopada 2015

Bardzo podejrzana alergia

Wybrałyśmy się dziś z eL. na testy alergiczne. W sensie czekałyśmy na nie od czerwca i w końcu się doczekałyśmy - hurra! Poszło nie najgorzej. 

Na początku eL. trochę płakała - bardziej ze strachu (napatrzyła się na inne dzieci w poczekalni) niż z bólu, ale jak tylko pani pielęgniarka pozwoliła jej siąść na różowe (!!!) obrotowe (!!!!!) krzesło - wszystko było ok. 

Mnie też pokłuto solidnie, ale byłam dzielna - rzecz jasna. Dziś robiliśmy testy na alergeny całoroczne. 18 kłuć. 

Dla niewtajemniczonych - wygląda to tak, że ręka zostaje ponumerowana, a obok numerków nakłada się po kropelce różnych alergenów. Następnie delikatnie kłuje się te kropelki, żeby mogła wystąpić jakaś reakcja z ciałem/krwią badanego. Po 15 minut mierzy się odczyn (bąbel i jego rumień) linijką. Wynik podaje się w milimetrach.

I teraz uwaga! Jestem alergikiem z długą historią. U mnie kupuje się chusteczki na kilogramy, mam lekarstwa i krople w każdej torebce i pomieszczeniu, nieraz musiano mnie ratować, bo na przykład spuchłam lub dostałam pęcherzy w oczach (!!).

A dziś coś?? A dziś nic!!! No kompletnie nic!!! Ba!!! Nawet czysta histamina ledwo dała się odczytać - wyszedł mini bąbelek . Ręka swędziała mnie jak szalona - a odczytów prawie zero!!! A już kurze i pleśnie - zero kompletne!! Babka musiała użyć specjalnego szkła powiększającego, żeby czegokolwiek się dopatrzyć...! Szok totalny, bo po każdych większych porządkach muszę iść pod prysznic - inaczej bym się zadrapała na amen.



Cała osłupiała weszłam do gabinetu naszej pani dr, która miała dla mnie dwie wiadomości:
a) dobra - tak się zdarza
b) zła - jestem beznadziejny przypadek (no bo czemu by miało być inaczej...?!)

Memu dzieciu natomiast spuchło pół ręki i wyszło po trochu z każdej grupy. Najgorzej na konie i pleśnie właśnie. I już wiemy czemu kaszle jak gruźlik... Na szczęście okres rozkwitu pleśni i grzybów dobiega końca.

Za tydzień mamy testy na alergeny sezonowe. Jak i tym razem nic nie wyjdzie... idę do psychiatry...

poniedziałek, 16 listopada 2015

Złośliwość rzeczy martwych...

Pamiętacie jak się cieszyłam z moich rabatów na fotoksiążkę? Taaak... Oto kolejna historia z serii "niech mnie ktoś zastrzeli":
1. Stworzyłam sobie na komputerze piękny album z wakacji. Jakieś 325 zdjęć na 74 stronach. Siedziałam nad nim dobre trzy-cztery tygodnie (bo choroby, bo dzieci, bo brak weny...). Ale udało się - wyszedł świetnie!
2. Podczas któregoś tam zapisywania, wyskoczył mi błąd, że brakuje jakiejś czcionki. Sytuacja nader dziwna, bo w ogóle tej czcionki nie używałam. Sprawę olałam i czekałam na jakiś rabat...
3. Doczekałam się! Ale to już wiecie :D
4. Przygotowałam fotoksiążkę do wysłania i co? I kod promocyjny był błędny. Wgrrr... Na szczęście po szybkiej konsultacji z biurem obsługi klienta administrator przyznał się do tego błędu (coś tam bla bla bla - bo nie znam się na informatyce), sprawę naprawili i już mogłam sobie wpisywać mój elegancki kod na 66zł...!
5. Taaak... Kod działał, ale pod koniec przesyłania zdjęć i clipartów wystąpił bliżej nieokreślony błąd, szlag trafił program i wszystko się zamknęło...
6. Myślę sobie, że może to przez tajemniczą niezidentyfikowaną czcionkę? Ściągnęłam, zapisałam, uruchomiłam program na nowo, powtórzyłam wszystkie czynności... i wszystko padło w tym samym momencie...
7. Zapisałam album pod inną nazwą, w innym folderze, zresetowałam kompa i próbuję na nowo. I no nowo - to samo...
8. Wtedy mnie ogarnął strach, że być może mój komp zwariował, ale album jednak przeszedł i sobie zamówiłam trzy kopię... Ścisnęło mnie w gardle okropnie i zadzwoniłam do biura obsługi klienta. No na tak niemiłą babę to dawno nie natrafiłam!! Wytłumaczyłam kobiecie w czym rzecz, a ona na to, że w regulaminie wyraźnie stoi, że pomiędzy kolejnymi zamówieniami trzeba odczekać przynajmniej godzinę. Ja jej tłumaczę, że a) nie pamiętam regulaminu, bo fotoksiążki zamawiam u nich od kilku lat i nigdy nie było problemów, b) nie wiem, czy w ogóle coś zamówiłam i b) że nawet jeśli to przyznaję się do błędu i czy ona może to jakoś sprawdzić, albo ewentualnie wstrzymać (no nie oszukujmy się - na pewno między zgłoszeniem a wykonaniem mija jakiś czas). A co baba na to? Że ona nic nie wie bo nie musi i że trzeba było czytać regulamin!!! Tak... Ciekawe czym się kierowali szefowie przyjmując ją do pracy..?
9. Tak czy owak napisałam do nich maila, że jasna cholera, niech mi pomogą! Odpisali z działu technicznego, że owszem, jak najbardziej i są zwarci i gotowi do współpracy. I że mam im przesłać różne takie pliki, które z opisu wyglądały jak czarna magia.
10. Zlana potem wysłałam, a oni, że jeszcze kolejne! A więc wysłałam.. A oni więcej i więcej... To się poddałam... Tym bardziej, że do końca ważności kodu rabatowego zostały dwa dni... Zaczęłam podejrzewać, że działają na zwłokę, cwaniaki...
11. W między czasie byłam akurat w punkcie gdzie wręczono mi kod rabatowy. Wytłumaczyłam więc panom sprzedającym w czym problem i z czym zamieszanie. Zasugerowali mi, bym zapisała album na pendrivie i przyniosła do nich. Bo że może to nie wina albumu tylko np. komp nie daje rady. Tak, łatwo powiedzieć...
12. Zapisywanie tego tomiska trwało z milion lat! Musiały się skopiować wszystkie zdjęcia, cliparty, ustawienia i inne różne głupoty. No ale udało się... 
13. Zaniosłam w sobotę i kolejne milion lat trwało, aż Pan sprzedawca mógł uruchomić ten pechowy album. Poważnie - z 45 minut czekałam, aż wszystko mu się na lapka załaduje. A no końcu co? A na końcu znów szlag trafił wszystko, bo wyłączył się program w tym samym momencie...
14. Na szczęście poruszyłam dobre serce sprzedawcy, który obiecał, że zgra ten album na firmowego pena i w firmowej kopercie wyśle go bezpośrednio do laboratorium zdjęć, żeby mi elegancko wywołali fotoksiążkę. I to z dobrym rabatem! Bo najprawdopodobniej zawiniły ich firmowe, programowe cliparty... 

No i czekam teraz pod telefonem, jaka będzie decyzja z laboratorium. Ale powiem Wam, że jak się nie uda to !!@#%!*&!!!.... 

A tak poza tym, to byłyśmy dziś z Em. na kontroli u pediatry - ufff.... Zapalenie oskrzeli odeszło w niepamięć! Dostała ostatni zastrzyk i spokojnie sobie spacerkiem wróciłyśmy do domu. Przez to, że ostatnie dni ciągle siedziała w domu, przez całą wózkową podróż nawet przez sekundę nie marudziła. Wszystkie widoki chłonęła jak nowe.

Teraz jeszcze uporać się ze sobą (głupie gardło) i z mężem (głupi kaszel) i z eL. (głupia alergia) i normalnie wyprawię imprezę z okazji hurtowego powrotu do zdrowia! Nie czujcie się zaproszeni, bo na pewno mi jakieś zarazki w ramach prezentu przywleczecie ;)