Macie ubezpieczenie zdrowotne? Większość z Was pewnie ma. I piszę tu o takim ogólnodostępnym, tym "za darmo". Jak pracujecie - to i tak macie. Jak jesteście bezrobotni ale zarejestrowani w Urzędzie Pracy - też macie. Jak jesteście bezrobotni ale nie zainteresowani współpracą z Urzędem Pracy (bo Was cholera bierze na samą myśl o tym... jak mnie... przykładowo...) to jesteście cwani i się wbijacie pod ubezpieczenie męża. Tak czy owak - trudno owego ubezpieczenia nie mieć.
Zbiór myśli, przemyśleń i domysłów, które siedzą w głowie standardowej kobiety, tudzież żony, matki, córki, przyjaciółki...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NFZ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NFZ. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 listopada 2016
wtorek, 6 września 2016
Przyszło dziecko do lekarza...
Powoli rozkręcam się po wakacyjnym lenistwie, czyli co? Czyli dziś kolejna dawka naszych medycznych przygód. Historia z wczoraj, ale potrzebowałam półtorej doby, żeby do siebie dojść i nie zarzucić was samymi "k"...
piątek, 2 września 2016
Nie taka ósemka straszna...
Witajcie po wakacjach! :) Długo mnie nie było - trochę z lenistwa, ale przede wszystkim z braku zasięgu. W tym roku mieliśmy prawdziwe wakacje poza cywilizacją (na szczęście z toaletą, chociaż i tu było z przygodami, he).
Ale ja dzisiaj nie o tym. Wakacje się skończyły a więc wracamy do zwyczajnego porządku dnia. A u nas dzień bez lekarza to dzień stracony. No dobra... może tydzień :) I o tym Wam właśnie napiszę ;)
środa, 4 maja 2016
Zapalenie oskrzeli typu pechowego
Chciałam Wam dziś napisać coś o mojej ukochanej działce. Albo coś moich zupełnie nie-ukochanych włosach... Ale nie - kontynuuję temat chorób, badań i szpitala, bo mnie nosi i jak nie napiszę to wybuchnę...!
czwartek, 28 kwietnia 2016
Chorowanie na NFZ
Kiedy dziewczyny z babecznika zaprosiły mnie do współpracy i omawiałyśmy mój twórczy wkład w tą sympatyczną stronę, padło rzecz jasna pytanie "o czym mam pisać?". I jaka była moja pierwsza myśl? O chorobach... A raczej o chorowaniu i drodze przez mękę próbując leczyć się na NFZet... W końcu piszę o czymś innym (oczywiście równie atrakcyjnym :D), a temat chorowania pozostawiam sobie tutaj. A naprawdę - mam o czym pisać!
czwartek, 31 marca 2016
Płacić czy nie płacić? cz.II
Wracam do tematu płacenia za pobyt z dzieckiem w szpitalu. Dla przypomnienia, w skrócie przedstawiam w czym rzecz (cały wpis tutaj KLIK):

środa, 2 marca 2016
Mój pierwszy raz w PUPie :D
Kto mnie śledzi skrupulatnie, ten wie, że w trakcie mojego pobytu w Chinach skończył mi się urlop rodzicielski. I... zostałam oficjalnie bezrobotna. To znaczy bezrobotna już zostałam w zeszłym roku (moje miejsce pracy umarło śmiercią naturalną), ale teraz zostałam i bezrobotna i bez świadczeń...
I oto nadszedł mój kolejny Pierwszy Raz (nigdy wcześniej nie byłam bezrobotna i bez perspektyw) - udałam się w kolejną podróż życia. Do Powiatowego Urzędu Pracy...
Tak naprawdę, to najpierw podróż ową odbyłam czysto wirtualnie - żeby sprawdzić, co ze sobą wziąć, a czego nie mam. Brakowało mi tylko jednego świstka - zaświadczenia z ZUSu o moim macierzyńskich świadczeniach. Świstek odebrałam na miejscu w bardzo miłej atmosferze. Nawet ckliwie się z panią urzędniczką pożegnałyśmy - bo współpracę miałyśmy... interesującą.
Mając świstek w dłoni, powyciągałam z różnych zakamarków moje papiery - dyplomy, zaświadczenia, certyfikaty, świadectwa, umowy i inne takie. Wszystko, co ładnie podali na stronie www. I przy okazji zarejestrowałam się on-line. Trochę mi zeszło, bo pytali o wiele rzeczy. I może, gdy ktoś nie ma takiego stażu pracy jak ja, albo gdy nie miał swojego czasu pewnej manii robienia sobie kursów, to może wtedy temu komuś wpisywanie w rubryczki poszłoby o wiele szybciej. Mi nie poszło. I wcale nie dlatego, że raz - zupełnie przez przypadek - wszystko usunęłam i musiałam zacząć od początku ;) ;)
Mniejsza o to - efekt był taki, że się zarejestrowałam a w zamian otrzymałam informację o dacie i godzinie spotkania w PUPie (:D :D :D) w celu przedstawienia oryginałów mego dokumentowego dobytku, no i podpisu (nie dorobiłam się ani skanera, ani parafki elektronicznej...) (jeszcze). Na spotkanie czekałam całe półtorej doby (tyle co nic).
Byłam dziś, na 8:00. I szok! Od samego wejścia MEGA kolejka (z 30 osób??) rejestrujących się (o zapachach przeróżnych). Ja tą kolejkę ominęłam i bezpośrednio poszłam do wskazanego pokoju, gdzie już czekała na mnie miła (ma się to szczęście) pani urzędniczka z wydrukiem tego, co wcześniej wklepałam on-line. Zaczęła kserować moje tomy (w międzyczasie musiałam podjechać do domu po kilka o których nie pomyślałam, że też są ważne...) - razem z uzupełnianiem danych zeszło nam... 1,5 godziny!! Ale luz - naprawdę było sympatycznie i profesjonalnie (obgadywałyśmy z jeszcze jedną panią urzędniczką Takiego Jednego - ja tam zawsze znajdę język z innymi jajnikami :D :D).
Tak czy owak pytam się w końcu:
- A ta kolejka na dole to po co jest? Tam dają coś innego?
- Nie, to samo.
- To po co oni tam stoją? Nie mogą wszystkiego załatwić jak ja i przyjść sobie do pani?
- A mogą, ale nie chcą.
- Jak to??? Przecież bez sensu jest tam stać tyle godzin!
- Bez sensu, ale oni uważają, że to my mamy wszystko im wprowadzać w komputer, że od tego jesteśmy. A niektórzy nie lubią mieć narzucanej godziny spotkania, bo im za wcześnie jest wstać na 8 rano...
No i właśnie. Ja tego nie rozumiem. Przecież... to są osoby na bezrobociu, no tak? I oczywiście - co innego osoby w pewnym wieku - nie wyobrażam sobie mojej teściowej (kilka lat temu nawet), jak siedzi przed kompem i wklepuje te rubryczki (choć pewnie my - synowie i synowe - byśmy to za nią zrobili). I jak ktoś jest naprawdę biedny, bez kompa i internetu. To są inne sytuacje!! Ale w tej kolejce było mnóstwo osób młodych (20-40 lat), bardzo (bardzo!!) przyzwoicie wyglądających - o bawieniu się telefonami nie wspomnę... Nie jażę tego. A potem taki ktoś podchodzi do "boksu" i znów czeka - kserowanie i wpisywanie trwa i trwa. No a na końcu chce pracę za min 5 tysiaków. Na rękę. (przez 1,5 godziny można sobie trochę poplotkować z urzędniczkami, ekhm...)
Przepraszam, jeśli teraz kogoś obraziłam. Bo może za świeża jestem w temacie PUPy ( :D :D :D) i nie ogarniam jeszcze innych aspektów tej sytuacji. Bo może siedzenie na fejsie, onecie czy redtubie to jest spoko, ale rejestracja na stronie urzędowej to tylko dla cieniasów? No nie ogarniam...
Oczywiście to nie koniec tej historii - no bo jakby inaczej.
1. Okazało się, że nie zostałam wyrejestrowana w ZUSie z "macierzyńskiego". Jest to o tyle zabawne, że już mi wydano zaświadczenie do PUPy ( :D :D :D), a bez wyrejestrowania nie powinni... He... (zgadnijcie gdzie na wycieczkę idę jutro...?)
2. Okazało się również, że dwa świadectwa pracy mam błędnie wystawione. Masakra straszna, bo z jednym z zakładów pracy jestem na wojennej ścieżce... Brrrr..... Teraz nic mi z tego powodu nie będzie, ale na pewno stanowi problem w przyszłym obliczaniu emerytury... brrrrrr brrrrr brrrrrr....
3. Tak naprawdę to jednak mam perspektywy, bo w między czasie zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną... No i idę w poniedziałek. Jak warunki będą spoko (a mam nadzieję, że się dogadam), to nie będę się zbyt długo zastanawiała, bo i miejsce fajne i praca w zawodzie. Jak się dowiem - dam Wam znać :D :D
4. Znów, na dwa tygodnie, jestem na czerwonej liście w NFZecie... W przeciągu miesiąca trzeci raz zmieniam ubezpieczyciela. Oj, na pewno się ucieszą w rejestracji u alergologa, he...
Nie macie dość urzędowych przygód? To zapraszam:
niedziela, 7 lutego 2016
Przed-wyjazdowe plusy i minusy wylotu do Chin
Za dwa dni o tej porze będę już w drodze na samolot. Do Chin! Dokładniej, to wylatujemy o 14:55 z Warszawy, we wtorek.
(Bardzo proszę o NIE podkładanie BOMB w tym dniu.
Ani o żadne PORYWANIE samolotów.
Ani w żadnym innym dniu też...!)
Teraz to już naprawdę czuję silny dreszczyk emocji. A moje początkowe wyjazdowe dylematy nie zmieniły się aż tak bardzo...
Na daną chwilę - plusy i minusy wycieczki do Chin (jeszcze przed wycieczką ;)):
- sprawa z pierwszymi urodzinami Em. --> musieliśmy przełożyć imprezę prawie o tydzień. Tu nic się nie zmieniło...
- lot samolotem - o, tu już poczyniliśmy postępy! Otóż okazało się, że lecimy tak wypasionym samolotem, że dla samego faktu podróżowania nim wycieczka ma ogromny plus!! Nie będę się zagłębiać w szczegóły, bo mam zamiar pstrykać mnóstwo zdjęć i potem Wam wszystko ładnie opisać :D
- cenzura na media społecznościowe --> jest! Mogłabym zapłacić i mieć fb, a co za tym idzie móc wstawiać fotki na bieżąco. Ale... czy jestem aż taką pasjonatką blogowania? Nie, chyba jeszcze nie... I chyba nic się nie stanie, jeśli trochę poczekacie na moje fotorelacje. Nie? :P A ja się zajmę zwiedzaniem i robieniem zdjęć :D
- pieniądze - uuuu...ła... tak, trochę ich wycieczka pochłonie. A co jest w tym najgorsze? Że w czasie pobytu w Chinach kończy mi się zasiłek rodzicielski. I nie dość, że muszę szybko kombinować z ubezpieczeniem (bo w dniu powrotu z Chin muszę ekspresowo wracać do siebie i biegusiem zapindalać na odczulanie) to jeszcze dobrze by było szybko gdzieś się zarejestrować, żeby choć przez jakiś czas nie zostać bez kasy... (o tym, że jestem na "wspaniałym" bezrobociu pisałam między innymi TU)...
- pobyt z mamą i siostrą --> o tak, będzie wesoło... My z mamą mamy potencjał... Pójście na słowne noże zajmuje nam około trzech sekund... Więc wiecie... Będzie ostro...?
- zostawiam samego Ka. z dziećmi - no i z dziadkiem. Raz, że dobrze - niech no w końcu poczuje jak to jest być ciągle sam-na-sam z dziećmi. Dwa, że trochę mi smutno, no bo lubię być z moją rodziną, szczególnie gdy Ka. ma urlop (a ma). I fajno by było wyjechać razem. Choć z dziećmi pewnie by było o wiele więcej zamieszania...
- nowe ciuchy --> oł jeeee, byłam na zakupach :D :D I kto wie, jak tam będzie w tych Chinach w kwestii zakupów? Na wszelki wypadek nie będę upychać na maksa walizki :P :P
- choroby - trochę się martwię, że tylko wyjadę a Em. znów zacznie syczeć i charkać. Tym bardziej, że eL. już ma wstrętny katar... I trochę się martwię, że i ja ten katar dostanę, bo już mnie gryzie w nosie...
- okres - to na pewno jest plus bo... mnie ominie :D Tak narzekałam na okres w szpitalu, ale z dwojga złego... Jeden problem mniej :D
- czas wolny - kłamałabym, gdybym napisała, że nie cieszę się, że lecę odpocząć sobie trochę od dzieci. Bardzo je kocham, ale to całe jęczenie, stękanie, płakanie, wymuszanie, krzyczenie... Sami wiecie... Chyba czas podładować akumulatorki!
I największy PLUS, taki że HO HO - cholercia jasna, będę w CHINACH!!!!!!!!!!!! Wiecie, nowa kultura, jedzenie, zwyczaje, stroje, zabytki, tradycje, język - no WSZYSTKO!!! Kto wie, czy jeszcze będę miała szansę pojechać w tamtą stronę świata? A ja tak KOCHAM podróżować!!! :* :)I mimo wszystkich stresów - nie mogę się doczekać :D :D :D
środa, 27 stycznia 2016
Płacić czy nie płacić...
... oto jest pytanie! A za co? Za szpital, oczywiście. Dziecięcy. Wojewódzki. Na NFZet...
Ja nie zapłaciłam...
Ale od początku...
Już pół roku temu, gdy byliśmy z Em. w szpitalu mało szału nie dostałam, gdy się okazało, że za nocowanie z nią (miała 3 miesiące!!) musimy wybulić 17zł za dobę...!! Ale ok, pomyślałam sobie... Pani policzyła nam za dwie doby tylko, na sali mieliśmy dość ładną łazienkę... No ok - 34zł to nie taki majątek. Jasne...
Tym razem krew mnie zalała. Stawka wzrosła do 18zł za dobę, my byliśmy od wtorku do wtorku... Łatwo sobie przeliczyć... Kwota taka, że spokojnie mogę sobie wykupić wszystkie lekarstwa z recepty i pewnie jeszcze zostanie na witaminę D3...
I tak - nie zapłaciłam. Proszę bardzo - moje argumenty:
1. Powiecie mi - podpisałaś regulamin. A o i owszem, podpisałam Wewnętrzny Regulamin Oddziału. A przynajmniej w taki miałam wgląd - leżał na parapecie. I co? I nic o płaceniu w nim nie było... Zupełne, wielkie NIC.
2. Powiecie mi - to za warunki na sali i możliwość spania z dzieckiem. Hm... Na oddziale niemowlęcym było z 12 bobasów... i jedna łazienka wątpliwej jakości... Spanie albo na mega niewygodnym fotelu, albo na podłodze. Zero posiłków i napojów - chyba że za opłatą (dodatkową, rzecz jasna...). Ok, dostaliśmy koc i poszewkę. Sztuk jedną, na cały pobyt. To ile kosztuje pranie...?
3. Powiecie mi - to za prąd. No ludzie - to już przegięcie!! W domu płacimy rachunki rzędu (dla łatwiejszego rachunku) 210zł miesięcznie. Czyli wychodzi jakieś 7zł na dzień. Gdzie mamy pełno światła, włączony komputer/telewizor/radia, chodzi pralka/zmywarka/piekarnik, używamy odkurzacza/suszarki/miksera. To ja płacę 18zł dziennie (!!!) za możliwość naładowania komórki i zagotowania wody w czajniku?!?! A nie, przepraszam, jeszcze za wypranie koca i poszewki...
4. Powiecie mi - to za możliwość przebywania z dzieckiem całą dobę. He, to sobie wyobraźcie, że ja to dziecko tam zostawiam. Ba! Że wszyscy zostawiają swoje dzieci!! Jak kiedyś (bo tak było), ale w dzisiejszych realiach.
Więc 3 pielęgniarki musiałyby ogarnąć przynajmniej 12 bobasów - chorych, przestraszonych, marudnych i płaczących. I piszę przynajmniej, bo bobasów do roczku na całym oddziale było znacznie więcej (poutykanych w części dla starszych dzieci). I nie mam na myśli zmieniania pieluch, karmienia, mycia i usypiania. Będąc tam musiałam od 3 do 5 razy dziennie chodzić na inhalacje. Chodzić na prześwietlenia i odsysania baboli z noska, badania krwi i wymazy z różnych części ciała. Sprzątać po dziecku (bo się na przykład przesiusiało albo zrzygało). Pilnować kroplówek i wenflona. I uspokajać z milion razy...! Ha, nie mówiąc o pilnowaniu, żeby Em. nie wybiła sobie zębów o metalowe łóżeczko, czego była bliska kilka razy. Gdybym przyszła na odwiedziny i moje dziecko by miało choć jeden podejrzany siniak lub zastałabym je mega brudne i płaczące - już by była awantura, na pewno bym tego tak nie zostawiła. I powiem jeszcze inaczej - na oddziale byli rodzice, co zostawiali swoje dzieci na kilka godzin. Masakra!! Pielęgniarki chodziły podminowane, inni rodzice pałętali się po korytarzach zamiast siedzieć w salach, no a same dzieci wyły wniebogłosy. Zaraz by musieli zwiększyć personel. Za 18(zł)*12-15(os) dziennie? Nie sądzę...
5. Powiedziano mi, że jak nie zapłacę, to nie dostanę wypisu... Nic podobnego! Nie dość, że dostałam elegancki wypis od samej doktor, to jeszcze od razu zapisano nas na kolejne badania. Może wtedy się upomną o kasę. Choć bardzo wątpię...
Więc nie zapłaciłam.
I już!
A Wy? Zapłacilibyście???
wtorek, 5 stycznia 2016
Urodzinowa diagnoza
Yupi!! Mam urodziny!! Niektórzy nie lubią swojego święta - ja tam uwielbiam :D :D Może mi przejdzie ta radocha gdzieś w okolicach pięćdziesiątki - póki co baluję :D :D
Eee... tak na prawdę to będę balować dopiero jutro, bo dziś świat mi nie sprzyja.
Abo:
1. Mój ulubiony mąż osobisty ma popołudniówkę więc dupa blada.
2. Moje ulubione dziecię starsze ma w sobotę w przedszkolu bal karnawałowy i dziś w związku z nim było zebranie Rady Rodziców. Popołudniu. I pamiętacie - jestem w tejże radzie...
3. Moje ulubione dziecię młodsze doczekało się w końcu wizyty u alergologa-pulmonologa... I tu dupa jeszcze bladsza... Opowiem Wam, postresujcie się ze mną...
Moja Pani dr (w sumie to nasza, bo cała rodzina już do niej chodzi) jest (póki co przynajmniej) świetna. Bada od deski do deski (nie żebym była deska, he...), skrupulanie prowadzi kartotekę, dokładnie tłumaczy leczenie i... mimo że się leczymy czasem prywatnie zapisuje nam badania na NFZ. No jak tu jej nie kochać?!?
Tak czy owak, osłuchała dokładnie Em., wypytała co i jak i trochę mnie przestraszyła... Bo oprócz testów na alergie (zrobiliśmy z marszu) i przepisania nowego leczenia, dała nam skierowanie do poradni pulmonologicznej na badanie w celu wykluczenia ... mukowiscydozy...
Kazała mi nie googlować i nie przeżywać, więc ja oczywiście wygooglowałam i przeżywam. Wiecie co to jest mukowiscydoza? To masakra normalnie... Wstawiam Wam link na stronę fundacji "Matio" - tam jest wszystko opisane co i jak... Więc jak nie wiecie, to kliknijcie sobie...
Pocieszam się, że to choroba genetyczna a u nas w rodzinie jej nigdy nie stwierdzono.
I pocieszyła mnie też koleżanka - nauczycielka eL. z przedszkola, która miała do czynienia z dziećmi bardzo chorymi i Em. (wg niej) w ogóle ich nie przypomina.
Ale wiecie - wyobraźnia pracuje, cholera jasna.
No nic, teraz czekamy na wyniki krwi i efekty nowych leków. Na szczęście chodzę teraz do naszej dr co tydzień na odczulanie (i na szczęście na NFZ... ufff...) więc będę upierdliwa do bólu, żeby ratowała moje dziecko. O ile je w ogóle trzeba ratować, bo czasem się zachowuje tak, że to ja potrzebuję pomocy... wgrrr....
Chciałabym ogarnąć sytuację przed Chinami, ale najwcześniejsze terminy do poradni pulmonologicznej są na czerwca...
Sami widzicie - dupa blada!! Jak u rudego uczulonego na słońce... Bez (ewentualnej) urazy.
wtorek, 15 grudnia 2015
Nowy wyrok - Astma
Pamiętacie, jak się cieszyłam, że Em. jest już zdrowa i teraz będzie super i wspaniale? Jaaasne...
O, TU się cieszyłam....
W weekend zaczęła znowu dziwnie oddychać, a wczoraj obudziła się z równie dziwnym świstem... Bez charkania, bez kaszlu - ale gwizdała jak czajnik na wolnym ogniu... Zaprowadziłyśmy eL. do przedszkola, zjadłyśmy śniadanko - gwizdanie się nasilało. Zadzwoniłam więc do przychodni, żeby nas przyjęli i osądzili, czy coś jej jest, czy zaczęłam może popadać w paranoję... No ale dostać się do przychodni w poniedziałek... He... Brak miejsc i już. Zaczęłam obdzwaniać prywatnych lekarzy (i z polecenia, i z internetu). Brak miejsc!! Same urlopy, szpitalne dyżury no i zawalone dni pacjentami... Jedyny facet, który miał możliwość wizyty prawie od zaraz, brzmiał przez telefon jak naćpany anorektyk - zrezygnowałam po kilku zdaniach rozmowy...
I w końcu cud! Bardzo obrotna pielęgniarka-recepcjonistka (a przy okazji pani z pomocy laktacyjnej) umówiła mnie na wizytę w moim centrum medycznym, gdzie prowadziłam ciążę. Co prawda na dzień następny (w sensie dziś), ale doktórka przyjechała specjalnie dla nas i zajęła się nami naprawdę profesjonalnie. W dodatku za "jedyne" 100zł, gdzie wszyscy wołali 120zł... Zapłaciłam - desperacko potrzebowałam drugiej opinii, a dziś w przychodni przyjmowała tylko nasza pani dr...
Trzymała nas w gabinecie przynajmniej 45 minut! Osłuchiwała Em. w trzech różnych pozycjach - może tak się robi zawsze, ale nie u nas w gabinecie... Dokładnie sprawdziła buźkę, uszy, brzuszek, pitulkę (nadal się męczymy z tym wstrętnym odczynem poantybiotykowym...). A przede wszystkim - zrobiła konkretny, solidny wywiad rodzinny. Byłam w szoku, że pediatra tak może podejść do sprawy.
Diagnozę postawiła pewną niemal stuprocentową - oskrzelowa astma dziecięca. Póki co oskrzelka i płuca czyste, ale każdy wstrętny czynnik (pyły, dymy i inne takie) może spowodować u niej ścisk oskrzeli, duszności i świsty. Opracowała nam kurację żeby przeżyć do wizyty pulmonologa-alergologa (idziemy 5 stycznia) i uspokoiła, że dzieci coraz częściej tak mają - choroba cywilizacyjna...
Nic dziwnego. Ja mam astmę oskrzelową, która uaktywnia się sezonowo. Mój tata ma astmę bardzo zaawansowaną całorocznie. Nasze dzieci są w wysokiej grupie ryzyka, niestety...
Trochę się uspokoiłam - z kontrolowaną astmą można spokojnie żyć (i na przykład wygrywać zawody narciarskie...he...) a zapalenie oskrzeli/płuc mnie przeraża masakrycznie! I ciągła wizja szpitalu... brrrr..... Poza tym dzieci często z astmy wyrastają, tylko trzeba pilnować lekarstw, inhalacji no i obserwować to całe dziecko (tak jakbym ją spuszczała z oka.... he he).
Szkoda tylko, że żeby tak dobrze ktoś mi przebadał dziecko musiałam udać się do prywatnego lekarza... Nie mogę narzekać na moją pediatrę całą gębą, bo dobre wprowadziła nam leki. Tylko że leczyła nas na zapalenie oskrzeli - świsty i charkania ustępowały, a ona odstawiała leki. Wystarczyło dwa dni - i znów objawy wracały (jak to w astmie). I tak kilka razy. A kto wie - może gdyby od razu wpadła na tą astmę, obyło by się bez zastrzyków (dwie serie...) i antybiotyków (w sumie miała ich 5!!).
Nadal nie jestem pewna, czy to astma na 100% - dowiemy się w styczniu. Ale ta diagnoza pokrywa się z moimi obserwacjami. A zapalenie oskrzeli było jakieś takieś... naciągane...
Więc mam mały żal...
środa, 7 października 2015
ZUS. Dramat w trzech aktach.
Prologos
Nie tak dawno temu, żyła sobie pewna młoda, śliczna i inteligenta kobieta (z lekką nadwagą, naprawdę lekką...). Mieszkała przyzwoicie, miała fajną pracę i nadzieje na przyszłość. Trafił jej się zacny mąż, bez trudów i męk spłodzili pierwszego potomka. Po beznadziejnej ciąży i kilkumiesięcznym odchowaniu zdrowej córeczki, kobieta wróciła - pełna werwy i zapału - do pracy. Tylko, że praca nie była już taka sama. Ktoś tam na górze zaczął kombinować i przekombinował, w rezultacie czego jej miejsce pracy miało stopniowo zanikać... Kobieta, po głębszej analizie i debatach z mężem, podjęła decyzję - drugi potomek! I tak się, niemal natychmiast, stało...
Akt I
Druga ciąża była jeszcze paskudniejsza niż pierwsza, bardzo szpitalna i depresyjna, w związku z czym kobieta niemal od razu została zesłana na przymusowe zwolnienie (dobrze, że za pobyt w szpitalu "płacą"...). Mimo wielu przeciwności, bobas urodził się śliczny i różowy, a zmartwienia związane z pracą odpłynęły w siną dal... Po kilku miesiącach umowa wygasła samoistnie i nie było nawet słowa o jej przedłużeniu - miejsce pracy padło na amen. Kobieta, w swojej naiwności, czuła się chroniona przez państwo, wierząc, że ZUS to mądra instytucja, zorganizowana i nowoczesna technologicznie. Beztrosko nadal latała sobie po przeróżnych lekarzach, chodziła na zabiegi i korzystała z dobrodziejstw ubezpieczenia zdrowotnego. Aż tu nagle zonk! W recepcji przychodni dowiedziała się, że nie widnieje w systemie... Trochę zaniepokojona w te pędy udała się do pobliskiego ZUSu, gdzie dowiedziała się, że
a) jej ubezpieczenie wygasło miesiąc temu i wcale to nie jest tak, że automatyczne - na urlopie macierzyńskim, podpisywanym z milion razy - przechodzi się na zasiłek, nawet jeśli poinformowało się o tym - dwa miliony razy - swoją (byłą) pracę i ZUS (za czasów pracy)
b) nie może być ubezpieczona w tymże ZUSie, bo okazało się, że ZUSów jest w pip i trochę, a że rozliczana była za czasów pracy w mieście A (w innym województwie, bo tam była główna siedziba pracy), to musi najpierw zamknąć okienko ubezpieczenia w tamtejszej placówce i następnie przepisać się do miasta B (swojego).
c) na szczęście może zrobić to pocztą i wystarczy poczekać 30 dni na decyzję....
Co też uczyniła...
Akt II
Kobieta czekała na pisemną decyzję, jednocześnie chodząc na konieczne zabiegi - przed każdym obowiązkowo podpisywała się, że (cholera jasna) jest na zasiłku macierzyńskim. Z uśmiechem na twarzy! Zabiegi się skończyły, mogła w reszcie z rodziną wyjechać na urlop. W międzyczasie dostała pismo z ZUSu z miasta A, że jak najbardziej jest ubezpieczona i że ma z tym pismem sobie latać po lekarzach, skoro tak bardzo musi. A że kobieta akurat nie musiała wcale, to pismo elegancko się gniotło w jej torebce. Po kilku tygodniach nastał jednak czas wizyty kontrolnej, więc kobieta udała się do specjalisty, uprzednio zahaczając o rejestrację z zamiarem przedstawienia nie tak już świeżego zaświadczenia... Jakież było jej zdziwienie (nie ostatnie tego dnia), gdy przemiła pielęgniarka poinformowała ją, że przecież jest w systemie i o co chodzi? Tak więc kobieta odczekała swój kwadrans i weszła do lekarza, który to już w tym systemie jej nie miał... Taaaak.....
Akt III
W trakcie załatwiania becikowego wypłynęło, że kobieta z racji utraconej pracy musi ponownie udać się do ZUSu, co by jej migusiem wyliczyli, ile to już nie zarabia i ile przysługuje jej dokładnie zasiłku (wyciąg z konta nie wystarczał, niestety...). Wybrała się więc w pewną (dzisiejszą) fatalną pogodę, z młodszym swym dzieciem w "plecaku". W nowoczesnym holu czekała nie dłużej niż 5 minut, weszła do nowoczesnego boksu i przemiła (bez ironii) urzędniczka poinformowała ją - uwaga!!! - że kobieta nie widnieje w ich sieci!!! I że to nie ZUS jej płaci zasiłek...!! Kobieta zdębiała na maksa... Tak jak tylko można!! Samo się nasuwało pytanie - więc kto? UFO?? Bo na pewno nie eks-praca (od razu przysłali jej świadectwo pracy). Urzędniczka wysunęła nieśmiały wniosek, że może kobieta widniej w sieci miasta A, zamiast B... (poważnie??? naprawdę??? czy to ukryta kamera???) i obliczyła kobiecie odpowiednie kwoty na kalkulatorze. Staromodnym, podręcznym...
Exodos
Niech mnie ktoś zastrzeli...
Odrobina radości - dla równowagi!
Nie byłabym sobą, gdybym nie fochowała, marudziła i narzekała - to takie drugoplanowe hobby, tak myślę. Jednak cieszyć się też umiem!! Nie wierzycie? Bardzo proszę, oto przykłady na to, co obecnie mnie cieszy:
- Cieszy mnie, że założyłam sobie bloga. A nawet kilka ;)
- Cieszy mnie, co za tym idzie, każdy komentarz, like czy plusik.
- Cieszy mnie, że zazwyczaj moje dzieci nie robią scen przed pójściem spać.
- Cieszy mnie każde pół kilo które zrzucę!!
- Cieszy mnie każdy mięsień, który wytworzę (no ej, na pewno już się jakiś pojawił!!)
- Cieszy mnie, że moja alergia skórna jest w - uwaga!! - utajnieniu! (poważnie, tak mi profesjonalnie rzekła dermatolog!) (może wie, że czytam teraz książkę o szpiegach..?)
- Cieszy mnie, że moja patologiczna sąsiadka zza ściany dostała przymus wyprowadzki, co też nastąpiło!! (to temat na mega siarczysty wpis)
- Cieszy mnie kupowanie i budowanie z klocków "lego" :D :D :D
- I cieszy mnie, że eL. też ma z tego frajdę.
- Cieszy mnie, że mamy takie miłe panie w ZUSie, przez co ta bieganina za becikowym (i nie tylko) staje się o wiele mniej uciążliwa (naprawdę, wiem co piszę, trochę czasu w ZUSie ostatnie spędziłam...).
- Cieszy mnie, że już się zaczął kolejny sezon "Kości". I "Skandalu". I "TWP". I "Grimm" lada dzień...
- Cieszy mnie czytanie !!! (to akurat temat na kolejnego bloga.... całego... hm...)
No i cieszy mnie pełen zestaw drobiazgów, chwil i ciągłości związanych z moimi domownikami - tudzież rodziną (kurzowe kotki do niej nie należą, mimo że się zadomowiły na całego...), ale... to chyba oczywiste??!? :D
piątek, 2 października 2015
Poszła baba do lekarza...
Miałam w tym tygodniu wizytę u dermatologa na NFZ. Dla niewtajemniczonych - jestem strasznym alergikiem, również skórnym, od wielu wielu lat. Do mojej aktualnej pani dr chodzę od jakichś dwóch lat i, z wyjątkiem ostatnich kilku miesięcy ciąży z Em., bardzo regularnie (czyt. mega często). Dodatkowo jeszcze niedawno chodziłam na zabiegi (naświetlania - takie lecznicze solarium) 3 razy w tygodniu. Wydawałoby się, że skoro jestem pod opieką jednego lekarza i naprawdę częstą pacjentką (ba - o moim przypadku można by książkę napisać...), a moja lekarka zna mnie od stóp po końcówki włosów, to mogę u niej wyleczyć wszystkie dermatologiczne "schorzenia".
I znów byłam w błędzie!!! (Zaczyna do mnie docierać, że ja to strasznie naiwna jestem...)
Po ciąży z Em. coś mi się zaczęło babrać na opuszku palca u stopy i szybko wykluczyłam odcisk. Więc przy okazji jednej z wizyt pokazuję to mojej dr i co? I na wypalenie tego czegoś (jakaś pierdoła - pewnie na coś wlazłam i jakieś zakażenie się wdało czy coś) muszę mieć oddzielne skierowanie na NFZ i oddzielnie się zapisać, co by mi wlepili termin mega odległy - to co że zazwyczaj wchodzę z dnia na dzień!! (to nie z powodu znajomości, tylko z racji dużej kontroli nad moją kuracją).
Ale lepiej! W czasie naświetlań zaczęły mi się powiększać znamiona. Swędziały i napędzały mi stracha. Mówię to kilka dni temu mojej dr i co??? Obejrzała mnie ogólnie (tzn. te znamiona) i ... kazała wziąć oddzielne skierowanie z NFZ (w sensie od lekarza rodzinnego) na leczenie znamion...!!!! Mimo, że powiększyły mi się w czasie trwania kuracji zabiegów.
Ja nie wiem - może to ja mam jakieś zbyt wygórowane wymagania?? No ale hej - przecież jestem pod opieką lekarza specjalisty. Jestem ubezpieczona. A tu taki cyrk!!!
Chyba zacznę jakiegoś politycznego bloga prowadzić - absurd goni absurd...
Ps. Moja dr dermatolog to świetna kobieta - naprawdę mi pomogła! Osobiście do niej nic nie mam oprócz wielkiej wdzięczności!!! To NFZ psuje mi krew!!! Żeby nie było!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





