Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

Broń biologiczna na półkoloniach

Niektórzy ludzie jak mają wakacje rzucają wszystko w cholerę i jadą na urlop.
A niektórzy - w tym ja konkretnie - przestają się obijać i idą do roboty, he. 

Co prawda robotę mam super i w wyborowym towarzystwie, o pysznych obiadkach nie wspomnę (zdecydowałam się odchudzać dopiero na Boże Narodzenie ;)), no ale trzeba rano wstać, doprowadzić się do względnego porządku, zostawić dzieci pod czyjąś opieką (totalna ruletka) i - czy to upał, czy burze z gradem - wybyć z domu. (Oczywiście przeginam - burze chadzają bokiem, a z upału korzystam ile mogę smażąc moje blade kończyny na placu zabaw ;))

wtorek, 15 marca 2016

Chiny - kontrola i cenzura

Zanim wyjechałam do Chin zdarzało mi się kilkakrotnie być ostrzeganą (trochę żartem, trochę serio) przed kontrolą komunistyczno-sadystyczno-masakryczną i niebezpieczeństwem płynącym zewsząd. Ale wiecie... to nie do końca tak jest.

Już o tym pisałam nie raz, ale w Chinach wszystko jest podrobione - nawet komunizm. Więc czasem jest rygor paskudno-okrutny, czasem (pozorny?) luz-blues.

Opiszę Wam tu to czego się dowiedziałam, ale pamiętajcie - nie jestem specjalistką w tej dziedzinie! W Pekinie byłam tyko kilka dni. Z drugiej strony... skoro te kilka dni wystarczyło, żebym zauważyła to, co zaraz Wam opiszę... Zastanawiające, nie?

Wolność słowa w Pekinie jest bardzo ale to bardzo kontrolowana. Zarówno w gazetach, internecie jak i ulicznych wypowiedziach. 

Graffiti jest zabronione (a egzekwowanie owego zakazu jest bardzo przestrzegane - bo... hm... w Polsce też nie niby można graffitować jak popadnie...). 

Wiele brzydkich i kłamliwych stron www (jak nasz ukochany facebook) jest blokowanych i mnóstwo ludzi pracuje nad jak najlepszymi zabezpieczeniami przed hakerami (co to litują się nad nie-komunistycznymi śmiertelnikami z poza Chin i próbują owe strony odblokować). 

A dziennikarze? He... wystarczyło przez kilka wieczorów pooglądać sobie hotelową tv by zauważyć, że Chiny naprawdę nie mają żadnych większych problemów, a to co złe - to poza granicami. I te wszystkie słodko-pierdzące showy i magazyny! Sex, rzecz jasna, też jest mega tematem tabu, więc nawet głupowatą a'la "randkę w ciemno" oglądało się jak program dla kilkulatków. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to wina ograniczeń hotelu w zakresie programów telewizyjnych, ale... śmiem twierdzić, że jednak nie...

Z wiadomych względów nie wiem, jak sprawa się przedstawia z gazetami... Wiecie... jakoś nie zdążyłam opanować chińskich ślaczków wystarczająco biegle ;) ;)

Ale największy szok przeżyłam na Placu Tian'anmen (znanym przede wszystkim z przerażającej masakry...) - tyle kamer to chyba żadne polskie metro nie ma!! Ba! My - w przeliczeniu na ilość - to chyba nawet tyle fotoradarów nie mamy!! Słuchajcie - no mnóstwo, na każdym słupie, przy każdej lampie. I jeszcze świadomość krążących wszędzie tajniaków - no niesamowita inwigilacja! Tam chyba nie ma decymetra kwadratowego nieobjętego podsłuchem czy podglądem. Żeby nie było - zanim weszliśmy z wycieczką, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia, na Plac, dostaliśmy przynajmniej ze trzy konkretne ostrzeżenia - Nie mówić nic głupiego! Nie robić nic głupiego! A w razie czego - udawać głupka!!! Tak więc hasła typu "precz z komuną" czy "uwolnić Tybet" w ogóle nie wchodziły w grę ;) (podobno zdarzało się wcześniej, że nieco podchmieleni turyści dawali upust swoim emocjom - zostali natychmiastowo zgarnięci przez kilku mężczyzn, wpakowani do vana i sprawa kończyła się na ambasadzie... na szczęście...)




Z drugiej strony - ta ciągła kontrola ma swoje plusy. Na każdej stacji metra, przed wejściem do większości zabytków i urzędów - szczegółowa kontrola bagażu i/lub skaner ciała. Tak więc nie tylko ci dobrzy nie mogą rozwinąć skrzydeł - tym złym też elegancko zatruwają życie!


 

A co do rozwijania skrzydeł - rząd wspaniałomyślnie zlitował się nad Pekińczykami i podarował im dzielnicę do uzewnętrzniania się. W 798 ART ZONE można i wyśmiewać się z Buddy, i machnąć sobie graffiti, i namalować seksistowski obrazek i w ogóle zaspokoić swoją artystyczną duszę. I powiem Wam tak - byłam, widziałam, potwierdzam. Ale więcej bym nie wróciła. Moja artystyczna dusza potrzebuje porządku, ładu i składu - a tam (pomiędzy bardzo ładnym galeryjkami) to zwyczajny syf był... Nie wiem, może to zła pora roku. Albo zwyczajnie się nie znam...





No i co Wy na to? Co??


Po więcej zdjęć zapraszam (co oczywiste) na facebooka:


niedziela, 7 lutego 2016

Przed-wyjazdowe plusy i minusy wylotu do Chin

Za dwa dni o tej porze będę już w drodze na samolot. Do Chin! Dokładniej, to wylatujemy o 14:55 z Warszawy, we wtorek.

(Bardzo proszę o NIE podkładanie BOMB w tym dniu.
Ani o żadne PORYWANIE samolotów. 
Ani w żadnym innym dniu też...!)

Teraz to już naprawdę czuję silny dreszczyk emocji. A moje początkowe wyjazdowe dylematy nie zmieniły się aż tak bardzo...

Na daną chwilę - plusy i minusy wycieczki do Chin (jeszcze przed wycieczką ;)):
  • sprawa z pierwszymi urodzinami Em. --> musieliśmy przełożyć imprezę prawie o tydzień. Tu nic się nie zmieniło...
  • lot samolotem - o, tu już poczyniliśmy postępy! Otóż okazało się, że lecimy tak wypasionym samolotem, że dla samego faktu podróżowania nim wycieczka ma ogromny plus!! Nie będę się zagłębiać w szczegóły, bo mam zamiar pstrykać mnóstwo zdjęć i potem Wam wszystko ładnie opisać :D
  • cenzura na media społecznościowe --> jest! Mogłabym zapłacić i mieć fb, a co za tym idzie móc wstawiać fotki na bieżąco. Ale... czy jestem aż taką pasjonatką blogowania? Nie, chyba jeszcze nie... I chyba nic się nie stanie, jeśli trochę poczekacie na moje fotorelacje. Nie? :P A ja się zajmę zwiedzaniem i robieniem zdjęć :D
  • pieniądze - uuuu...ła... tak, trochę ich wycieczka pochłonie. A co jest w tym najgorsze? Że w czasie pobytu w Chinach kończy mi się zasiłek rodzicielski. I nie dość, że muszę szybko kombinować z ubezpieczeniem (bo w dniu powrotu z Chin muszę ekspresowo wracać do siebie i biegusiem zapindalać na odczulanie) to jeszcze dobrze by było szybko gdzieś się zarejestrować, żeby choć przez jakiś czas nie zostać bez kasy... (o tym, że jestem na "wspaniałym" bezrobociu pisałam między innymi TU)...
  • pobyt z mamą i siostrą --> o tak, będzie wesoło... My z mamą mamy potencjał... Pójście na słowne noże zajmuje nam około trzech sekund... Więc wiecie... Będzie ostro...?
  • zostawiam samego Ka. z dziećmi - no i z dziadkiem. Raz, że dobrze - niech no w końcu poczuje jak to jest być ciągle sam-na-sam z dziećmi. Dwa, że trochę mi smutno, no bo lubię być z moją rodziną, szczególnie gdy Ka. ma urlop (a ma). I fajno by było wyjechać razem. Choć z dziećmi pewnie by było o wiele więcej zamieszania...
  • nowe ciuchy --> oł jeeee, byłam na zakupach :D :D I kto wie, jak tam będzie w tych Chinach w kwestii zakupów? Na wszelki wypadek nie będę upychać na maksa walizki :P :P
  • choroby - trochę się martwię, że tylko wyjadę a Em. znów zacznie syczeć i charkać. Tym bardziej, że eL. już ma wstrętny katar... I trochę się martwię, że i ja ten katar dostanę, bo już mnie gryzie w nosie...
  • okres - to na pewno jest plus bo... mnie ominie :D Tak narzekałam na okres w szpitalu, ale z dwojga złego... Jeden problem mniej :D
  • czas wolny - kłamałabym, gdybym napisała, że nie cieszę się, że lecę odpocząć sobie trochę od dzieci. Bardzo je kocham, ale to całe jęczenie, stękanie, płakanie, wymuszanie, krzyczenie... Sami wiecie... Chyba czas podładować akumulatorki!


I największy PLUS, taki że HO HO - cholercia jasna, będę w CHINACH!!!!!!!!!!!! Wiecie, nowa kultura, jedzenie, zwyczaje, stroje, zabytki, tradycje, język - no WSZYSTKO!!! Kto wie, czy jeszcze będę miała szansę pojechać w tamtą stronę świata? A ja tak KOCHAM podróżować!!! :* :)

I mimo wszystkich stresów - nie mogę się doczekać :D :D :D

czwartek, 4 lutego 2016

(Anty)Sex Małżeński

Czytaliście mój wczorajszy wpis o pięknym dniu, fatalnym wieczorze i zapowiedzi dawki miłosnej energii z moim mężem w roli głównej? 

He... No to poczytajcie sobie o tym, jak to do niczego miłosnego nie doszło...

Dzieci spały, Ka. wykąpany leżał już w wyrku, ja się szybko ogarnęłam i chciałam dołączyć do niego w wiadomym celu. Zamiast się jednak od razu oddać w ręce męża (i inne części ciała też), zachciało mi się poprawić pościel (mam rozwalone zapięcie w poszwie kołdry i ciągle wyłażą z niej wnętrzności). Tak więc Ka. leżał, ja chwyciłam mocno rogi kołdry i zaczęłam ją nad nim strzepywać (jako wyraz dezaprobaty, że nie chce mu się ruszać tyłka i mi pomóc). Trzepię, trzepię a mój mąż nagle cyk - zablokował kołdrę kolanem. 

Słuchajcie, krzyk (mój) był taki, że pobiłam w decybelach moje histeryczne dzieci...! Gdy Ka. blokował ja mocno ciągnęłam, a że jego kolano jest znacznie silniejsze od całej mojej górnej połowy, to poleciałam do przodu jak długa, żeby zaraz się odbić w tył (bo kołdrę drań puścił). 

Poważnie - ręka złamana w łokciu, wyrwany bark i obite żebra lewej strony - TAKI BÓL!! Pstrykło mi porządnie w dwóch miejscach, zgięło w pół i normalnie śmierć na miejscu. Darłam się z bólu jak karp na Święta - MASAKRA!!!

A mój mąż co? A mój mąż zwijał się na łóżku ze śmiechu. Myślałam, że się posika, dosłownie!! Ja wołam o pomoc a ten ryczy, że nie może bo też umiera - ze śmiechu właśnie...!

I tyle z naszego LOVE małżeńskiego - on nie mógł się uspokoić, a mnie kosmicznie bolało i nie mogłam nic z tym zrobić - oberwała lewa strona a właśnie w lewą rękę dostałam wczoraj zastrzyk. No a po zastrzyku nie można ani masować, ani niczym rozgrzewać. Najlepiej w ogóle nie tykać. 

Tak więc zalegliśmy pod elegancko ubraną kołdrą, przytuleni do siebie dupskami. 

Ka. rechotał aż zasnął.
Ja zasnęłam tak mocno, że nawet w nocy dzieci mnie nie obudziły! Podejrzewał, że chwilowo faktycznie padłam trupem ;)

Dziś mu nie odpuszczę - ma być masaż ekstra. I już!! 

;)


sobota, 14 listopada 2015

To jednak był piątek trzynastego...

Miałam w planach na dziś dużo do napisania...

A potem - w sensie dziś - eL. obudziła się z płaczem, krzycząc "ciocia, ciocia". Jakiś koszmar miała. Kwadrans później włączyłam radio a tam w wiadomościach coś o zamachach, bombach, wielu zabitych - tylko nie dosłyszałam gdzie... Ciocia dziś wcześnie rano wracała samolotem z UK. Przeżyłam swój własny koszmar na jawie. Na szczęście ma się te programy informacyjne i telefony komórkowe - Ciocia już bezpiecznie była na naszym lotnisku. Na nieszczęście... w tym zamachu zginęły jakieś inne ciocie i siostry... I w ogóle...

Tak bardzo mi smutno...