Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 grudnia 2016

Zła Matka

Czasem moje dzieci są jak anioły - oprócz czystego ubrania, ciała i pokoju mają też grzeczne myśli, wręcz nienagannie się zachowują i tylko je ściskać i kochać. Wtedy mniej lub bardziej obcy ludzie (tudzież spoza najbliższego grona) zachwycają się nimi jak ósmym cudem świata (a w sumie to ósmym i dziewiątym...).

Ale czasem moja dzieci to diabły wrodzone - i niech Was nie zmylą czyste ubrania, ciała i pokoje. Nie wiem co wtedy moje dzieci mają w głowach, co sobie "mądrego" myślą ale zachowują się tak, że tylko je sprzedać na rynku. I wtedy nikt obcy już się nie zachwyca. Wtedy ja jestem Złą Matką, a moje dzieci to owej Matki ofiary.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Jak zrobić zielnik z przedszkolakiem? - fotoinstrukcja

Dziś z bólem serca rozstałam się z naszym 🍂zielnikiem🍂- z samego rana zaniosłyśmy go do przedszkola, co by miał szansę zabłysnąć i wygrać w konkursie. Zgodnie z obietnicą więc zapraszam Was na porady z fotorelacją z naszej sympatycznej pracy, prawie krok po kroku.

niedziela, 27 listopada 2016

Jak zrobić zielnik z przedszkolakiem? - teoria

Zdarzyło się tak, że na początku września ogłoszono w naszym przedszkolu konkurs na zielnik. Moja artystyczna dusza zadrżała - bo kto jak nie ja lubi takie wyzwania? Tak, tak, ja wiem - zielnik to przede wszystkim botanika, ale od teorii to ja mam własnego ojca (💖), a od praktyki to jestem ja 😁. A przynajmniej od wizji owej praktyki - bo do konkretnego działania została zapędzona ma pierworodna. Zresztą długo jej zapędzać nie musiałam, bo zdecydowanie odziedziczyła po mnie ową duszę. Tą artystyczną. Bo tą złośliwą i sarkastyczną to na pewno ma po moim mężu 😜😈.

wtorek, 15 listopada 2016

Zamieszanie z wycinaniem


Przed weekendem pisałam Wam, że eL. nagle zwariowała i zaczęła świrować przed pójściem do przedszkola KLIK. Najpierw była po prostu na "nie", potem winą obarczyła grupowe spacerki, aż w końcu pękła i wszystko się wyjaśniło - moje dziecko ma problem z... wycinaniem! ✂

wtorek, 8 listopada 2016

Poranny foch dziecięcy

Każdy czasem wstaje lewą nogą. Nic się nie chce, życie wkurza i w dodatku wszystkie domowe kanty się uwzięły i ostro ranią w stopy, kolana i łokcie. My - dorośli ciężko przeżywamy takie poranki, ratując się kubkiem kawy albo kostką (eee... dziesięcioma...?) czekolady. Co jednak, gdy poranny foch złapie nasze małe dziecko?

niedziela, 6 listopada 2016

Jesienna wyprawa po liście



Nareszcie piękny jesienny dzień! 

Korzystając z naprawdę ładnej pogody pojechałyśmy we trzy do moich rodziców na liściaste polowanie - jesteśmy w trakcie robienia zielnika. Nie pochwalę się jak nam idzie, bo to zielnik na konkurs do przedszkola - strzeżemy go przed konkurencją ;) Jak nam wyszło oczywiście opiszę, ale dopiero gdy skończy się listopad - wtedy też musimy oddać zielnik do przedszkola. 


Póki co, bardzo proszę - kilka przesympatycznych zdjęć z dzisiejszego liściobrania: 

czwartek, 3 listopada 2016

Zajęcia dodatkowe dla dziecka

Po rodzinie i znajomych mam mnóstwo dzieci. Większość z nich jest w wieku przedszkolno-podstawówkowym. I większość z nich ma zajęcia dodatkowe. Niekoniecznie odbywające się po godzinach przedszkolno-szkolnych, ale wybiegające poza podstawowy program realizowany w danej grupie/klasie. Wrzesień to miesiąc adaptacyjny. Październik - czas wyborów. Zaczął się listopad i niezrozumiały przeze mnie wyścig na "najbardziej obciążone zajęciami dziecko".

poniedziałek, 17 października 2016

Przemoc w przedszkolu - ku przestrodze

Nie wiem czy pamiętacie - to Wam przypomnę. Pod koniec zeszłego roku (przed)szkolnego odgórnie przepisano eL. do starszej o rok grupy. Miałam z tym bardzo dużo emocjonalnych rozterek - w końcu, po wielu moich stresowych myślach, eL. poszła we wrześniu do grupy 5-latków (zamiast 4). I co? I (jak dotąd) nie żałowałam tej decyzji nawet przez sekundę! Nie chodzi nawet o znalezienie nowych koleżanek czy o bogatszy program "nauczania" - sęk w tym, że wyszło na jaw, dlaczego moje dziecko tak bardzo histeryzowało w zeszłym roku, w starej grupie... No i cóż - można tylko sobie walnąć w twarz, żeby następnym razem mieć oczy szerzej otwarte.

wtorek, 27 września 2016

Bajki z Piekła rodem

Kto jest na bieżąco z internetem ten zapewne słyszał o burzy wokół biednej Świnki Peppy. A że to samo zło, odmóżdża dzieci, pierze ich małe rozumki i generalnie be. Ale o tym w szczegółach to sobie poczytajcie gdzie indziej - mi się przypomniała inna "bajeczka" na temat.

piątek, 24 czerwca 2016

Niech żyją wakacje!

Hurra!!! To już oficjalne - mamy wakacje!!! Nie to, że w tym roku jakoś przesadnie się przepracowywałam (za pieniądze, bo przy dzieciach to i owszem, he…), ale mimo wszystko – mogę bezkarnie nie posyłać dziecka do przedszkola, olać cywilizację i wyemigrować na działkę. Co też właśnie dzisiaj uczyniłam. Ba! Chwilę przed wyemigrowaniem z miasta zdążyłam nawet zaklepać sobie pobyt na rodzinny „urlop” - taki spontan na powitanie wakacji :D :D

poniedziałek, 23 maja 2016

Jak Bóg stworzył Mamę

Dziś, po raz pierwszy EVER, siedziałam w przedszkolu na "Dniu Mamy i Taty" po drugiej stronie "sceny" - jako ta zaproszona. Jako MAMA :) I jako Tata trochę też, bo Ka. nie mógł się wyrwać z pracy :(

Wiecie, po tylu latach przygotowywania cudzych dzieci... No śmieszne uczucie ;) 

Tak czy owak, nie będę się rozpisywać co ja bym zrobiła lepiej (heeee - zboczenie zawodowe). Za to wklejam Wam bajkę, którą uraczył nas ksiądz (pamiętacie? - mam dziecko w przedszkolu katolickim). 

Spokojnie! Nie musicie być katolikami, żeby bajka się Wam spodobała. W zupełności wystarczy, że jesteście RODZICEM :D :D :D



    Jak Bóg stworzył Mamę


     "Dobry Bóg zdecydował, że stworzy... MATKĘ. Męczył się z tym już od sześciu dni, kiedy pojawił się przed Nim anioł i zapytał: - To na nią tracisz tak dużo czasu, tak?     
   Bóg rzekł:
    - Owszem, ale czy przeczytałeś dokładnie to zarządzenie? Posłuchaj, ona musi nadawać się do mycia, prania, lecz nie może być z plastiku... powinna składać się ze stu osiemdziesięciu części, z których każda musi być wymienialna... żywić się kawą i resztkami jedzenia z poprzedniego dnia... umieć pocałować w taki sposób, by wyleczyć wszystko - od bolącej skaleczonej nogi aż po złamane serce... no i musi mieć do pracy sześć par rąk.
   Anioł z niedowierzaniem potrząsnął głową:
   - Sześć par?
   - Tak! Ale cała trudność nie polega na rękach - rzekł dobry Bóg. Najbardziej skomplikowane są trzy pary oczu, które musi posiadać mama.
   - Tak dużo?
   Bóg przytaknął:
   - Jedna para, by widzieć wszystko przez zamknięte drzwi, zamiast pytać: "Dzieci, co tam wyprawiacie?". Druga para ma być umieszczona z tyłu głowy, aby mogła widzieć to, czego nie powinna oglądać, ale o czym koniecznie musi wiedzieć. I jeszcze jedna para, żeby po kryjomu przesłać spojrzenie synowi, który wpadł w tarapaty: "Rozumiem to i kocham cię".
   - Panie - rzekł anioł, kładąc Boga rękę na ramieniu - połóż się spać. Jutro też jest dzień
  - Nie mogę - odparł Bóg, - a zresztą już prawie skończyłem. Udało mi się osiągnąć to, że sama zdrowieje, jeśli jest chora, że potrafi przygotować sobotnio-niedzielny obiad na sześć osób z pół kilograma mielonego mięsa oraz jest w stanie utrzymać pod prysznicem dziewięcioletniego chłopca.
  Anioł powoli obszedł ze wszystkich stron model matki, przyglądając mu się uważnie, a potem westchnął:
   - Jest zbyt delikatna.
   - Ale za to jaka odporna! - rzekł z zapałem Pan. - Zupełnie nie masz pojęcia o tym, co potrafi osiągnąć lub wytrzymać taka jedna mama.
   - Czy umie myśleć?
   - Nie tylko. Potrafi także zrobić najlepszy użytek z szarych komórek oraz dochodzić do kompromisów.
  Anioł pokiwał głową, podszedł do modelu matki przesunął palcem po jego policzku.
   - Tutaj coś przecieka - stwierdził.
   - Nic tutaj nie przecieka - uciął krótko Pan. - To łza.
   - A do czego to służy?
   - Wyraża radość, smutek, rozczarowanie, ból, samotność i dumę.
   - Jesteś genialny! - zawołał anioł.
  - Prawdę mówiąc, to nie ja umieściłem tutaj tę łzę - melancholijnie westchnął Bóg..."


KONIEC


Moja łza wyrażała dzisiaj  radość i dumę. No i miłość, rzecz jasna :) A umieścił ją ten mały człowieczek, co to ma już cztery lata i coraz szybciej rośnie... 


- Ech, czemu ty tak szybko rośniesz?? Już niedługo nie będziesz moją małą córeczką!
- Nie. Już niedługo będę twoją dużą córeczką i też cię będę kochała!!

<3 <3 <3 <3 <3 <3 <3    

czwartek, 10 marca 2016

Krzywe spojrzenie na pewną dewotkę

Wszyscy już chyba wiedzą, że mam córę w przedszkolu katolickim.

I że jestem w Radzie Rodziców w tym przedszkolu.

I że naprawdę lubię to przedszkole (powody TU).

Ale niektórzy "katolicy" to mnie normalnie doprowadzają do szewskiej pasji...

Natknęłam się dziś na jedną z mam, która już jakiś czas temu zaszła mi za skórę - głupim gadaniem właśnie. Najbardziej dosadny przykład - proszę bardzo.

Wśród rodziców w naszym KATOLICKIM przedszkolu mamy sporo rozwodników. W ogóle mnie to nie rusza - raz, że to prywatna ich sprawa, dwa, nie z powodu wiary i przekonań wybraliśmy tą placówkę. No ale - wśród tych wszystkich rozwiedzionych rodziców jest jeden tata, z którym mam bliższe, nazwijmy je "służbowe" kontakty. Tata ma trzy córeczki, jest sympatyczny, zadbany i mimo że z trudną sytuacją życiową - bardzo dba i troszczy się o swoje pociechy. A ta sytuacja to faktycznie jest kiepska - jego eks-żona jest ciężko chora psychicznie i mimo miłości (i wiary - jest bardzo praktykującym katolikiem) musiał podjąć decyzję: albo przekonania, albo bezpieczeństwo dzieci... 

Nie chcę się zbytnio w temacie rozpisywać, no bo to nie moje życie, a owy tata może nie życzyć sobie referatów na swój temat. Jednak o sprawie dowiedziałam się bezpośrednio od niego - tak jak i mamuśka-dewotka. Ogólnie rzecz biorąc - byliśmy w szerszym gronie i padł temat...

Tak więc tata-rozwodnik opisuję swoją ciężką sytuację (ewidentnie miał doła)  ale i radość, że znalazł przyjaciółkę, która pomaga mu z dziewczynkami i którą dziewczynki lubią. Bardzo się z tego cieszył, ale wiecie - miał też wyrzuty sumienia... Opowiadał o swoim dniu codziennym, jak godzi pracę z samotnym rodzicielstwem, jakie problemy ma przez eks-żonę itp.

A nasza mama-dewotka co? Elegancko, z wielkim przekonaniem, zasugerowała mu najlepsze rozwiązanie na życie - koniecznie starać się o rozwód kościelny, żeby przynajmniej być w porządku z Bogiem...

Zabrakło mi słów. W tamtym momencie, bo teraz to już sprawę zdążyłam przemyśleć.

Może nie opisuję tej sytuacji dość emocjonalnie. A może kogoś teraz obrażam (sorry). Ale czy naprawdę to jest lek na całe zło?? Facetowi runął świat. Ledwo wiąże koniec z końcem. Wcale nie planował się rozwodzić. W dodatku nie z "wariatką" (nie moje słowa...). Jednak dla owej mamy nie były ważne dzieci, stan psychiczny i emocjonalny, sytuacja materialna (eks-żona przed rozwodem zdążyła zapożyczyć rodzinę u połowy miasta...). Nie. Najważniejszy był brak rozwodu kościelnego.

I wiecie co - może mnie teraz usuniecie z ulubionych, he - ale naprawdę nie lubię takich ludzi. Owa mama jest jakieś pięć lat młodsza ode mnie... Już widzę, jak za jakieś 40, w berecie i z torbą na kółkach pikietuje pod sławnym Krzyżem...

Próbowałam ją zrozumieć, dać szansę jej tokowi rozumowania. No sorry - naprawdę nie umiem. Ale hm...- może to nie przez moje i jej spojrzenie na wiarę. Może to tak naprawdę zwyczajna niezgodność charakterów...?

piątek, 26 lutego 2016

Kop od rzeczywistości

Muszę na jakiś czas wstrzymać się z moimi fotorelacjami z Chin... Bo ja tu się ciągle rozmarzam jak to było wspaniale, a w między czasie dzieci mi się pochorowały. I już - szybki powrót do rzeczywistości i dnia codziennego...

Tak więc Em. od kilku dni ma zielone gluty i znów charka. Tylko teraz nie wiem, czy to przez te gluty, czy znów cichaczem oskrzela oberwały...?!? Na szczęście mamy w domu cały zapas leków na zapalenie oskrzeli/atak astmy, więc działamy...

Natomiast eL. bardzo się wczoraj skarżyła na brzuch i nawet straciła apetyt (szok)!! No a dziś od 5 rano rzyga jak kot. Nie sądzę, żeby jej coś zaszkodziło, bo rzyga na żółto a nie żarciem. Do tego gorączki brak, więc na jakiś wirus też średnio mi to wygląda... Jednak wiecie - żaden ze mnie specjalista...



No i siedzimy sobie w trójkę w domu (znowu) z chorobami (znowu) a eL. omija (znowu) fajny dzień w przedszkolu... A ja (znowu) zaczynam maraton pomiędzy (znowu) chorymi dziećmi. I oczywiście mój Ka. (znowu) też jest chory i kaszlący co wcale nie pomaga w nastrojach. No bo (znowu) wszyscy padamy na twarz....!

I tylko modlę się (dziś hurtowo - do Boga, do Tao, do Buddy... wzorem Chińczyków...), żeby nam się zaraz sąsiad remontujący łazienkę nie uaktywnił. No bo daje czadu. A weź tu przy wiertarce udarowej, mieszkając w bloku z wielkiej płyty, połóż chore dzieci na drzemkę... No weź...



Na poprawę humoru możecie na mnie zagłosować. Nie żebym Wam coś sugerowała ;) ;) ;)





piątek, 5 lutego 2016

Mądre dzieci vs rzeczywistość

Zacznę od tego, że kilka dni przed hospitalizacją Em. byliśmy rodzinnie w gościnie u przyjaciół. Gadamy sobie, śmiejemy się, dzieci (w sumie czwórka) wariują i objadają nas ze smakołyków. Zwyczajne spotkanie na luzie. Moja Przyjaciółka (dostaje ksywę Przyjaciółka :P) w między czasie spytała się mnie, czy nie chcę puzzli dla eL. Bo bardzo proszę - taka oto historia:

Przyjaciółka ma córkę w pierwszej klasie podstawówki. I córka ta - tak jak większość uczniaków w Polsce - miała w grudniu wigilię klasową. Przyszedł Gwiazdor i zostawił dla dzieci prezenty fundnięte przez Radę Rodziców. I głównym prezentem były puzzle, o takie:



Tak tak, dobrze widzicie - 24 elementy w rozmiarze DUŻYM... Obie zdziwiłyśmy się NA MAKSA, bo nasze dzieci połykały takie puzzle jak miały 2,5-3,5 latka i teraz to nawet moja eL. je ułożyła kilka razy i już się znudziła (w domu układa 50-70 elementów w znacznie mniejszym rozmiarze). Ale pomyślałyśmy sobie z Przyjaciółką, że może (?!?!?) nie wszystkie dzieci są takie mądre? Albo może mama, która dokonywała zakupu ma dziecko... hm... mniej rozwinięte w tym zakresie...?

Wczoraj byłam na zebraniu rodziców w przedszkolu eL. Panie nauczycielki przedstawiły nam swojego rodzaju raport obserwacji dzieci po pierwszym półroczu - najpierw mówiły ogólnie o całej grupie (bez nazwisk), potem każdy rodzic miał wgląd w raport swojego dziecka.

Słuchajcie - przeżyłam OGROMNY SZOK!!! Usłyszałam, że tylko jedna dziewczynka w grupie układa samodzielnie puzzle...!!! No ciekawe która...? He.... Ale dobra - może inne dzieci nie mają za matkę maniaczki układanek... Ani ciotki... Ani dziadka...

Ale żeby nie umieć w tym wieku (3-4 lata...!) jeść łyżką? Albo samodzielnie gryźć pokarmów?
I nie umieć umyć rąk?? Nie mówię o chęciach - eL. też ma czasem lenia jak cholera, ale stara się jak może i naprawdę rzadko jej przypominam o umyciu po wc czy jedzeniu...
O samym korzystaniu z wc nie wspomnę... (nie czepiam się podcierania dupska po "dwójeczce" - z tym czasem i dorosły ma problem ;)).

Padłam raz jeszcze --> Panie były pod wrażeniem, że już prawie cała grupa umie liczyć do... dziesięciu...! CZAICIE??? Dla nich to był sukces! Chryste Panie - prawie w każdej bajce na Mini-mini jest o liczeniu. Ja eL. nauczyłam liczyć jak tylko zaczęła mówić - razem z nią odmierzając miarki mleka w proszku. Przez długi czas co prawda zjadała liczbę siedem, ale starała się liczyć wszystko (w wakacje wszyscy sąsiedzi mieli niezły ubaw na działce). Teraz liczy prawie bez pomyłek do dwudziestu i dla mnie to jest normalne. W sensie nie wyobrażam sobie, że tego nie umie. Przecież cały nasz świat opiera się na liczbach!!!

Powiem Wam tak - załamałam się... Ja wiem, że eL. też ma sporo za uszami (ma totalne odmóżdżenie jak ogląda TV, a czasem przy ubieraniu kurtki siedzi w niej leń cuchnący) - nie jest idealna! Ale porównując z innymi równolatkami zastanawiam się o co w tym wszystkim chodzi???

Dziś akurat rozmawiałam (no dobra - plotkowałam) z koleżanką, która pomaga w jej grupie jak i bratową Ka., która pracuje w grupie obok. Obie stwierdziły, że to od razu widać po rodzicach, z którymi dziećmi się coś robi w domu, a które są wyręczane we wszystkim. 

Ludzie - hop hop, pobudka! Wychowujecie społeczno-życiowych inwalidów!!! Nie rozumiem tego. Przecież ja się nawet nie staram z tym naszym wychowaniem dzieci. Nie czytam mądrych książek. Czasem poradzę się koleżanek, jak mam większy problem. Zwyczajnie spędzam czas z dziećmi, pokazując im jak ŻYĆ. Nie wierzę, że oprócz ciężkich chorób, dzieci rodzą się głupie. Może nie jakieś wybitne, może nie mają zadatków by dostać Nobla - ale na pewno chłonne wszelkiej wiedzy. 

Nie wiem, może to źle, że moje dzieci są takie "do przodu"...?


Dziś w Rossmanie dostaliśmy do zakupów łódź podwodną gratis. Dziewczyny bawiły się nią w wannie - eL. włożyła swoje paluszki do okienek i udawała pasażerów. 
- A czemu w tym jednym okienku są dwa paluszki?
- Bo to jest matka z dzieckiem!


KOCHAM MOJE MĄDRE DZIECI!!!!!!!

środa, 3 lutego 2016

Nerw mnie bierze... wgrrr...

Wiecie jak to jest mieć super dzień i mega beznadziejny wieczór? 
Nie? 
A to szczęściarze jesteście. 
Ja wiem, niestety za często mi się to zdarza. Wgrrr...

Tak więc dzień zaczął się spoko. Ka. odprowadził eL. do przedszkola i pojechał kręcić, nadziewać i smażyć pączusie na jutro. Natomiast Em. od rana męczyła mnie o podtrzymywanie w chodzeniu (wcale jej nie podtrzymuję, ale paluch musi być) więc zaliczyłam poranny jogging po mieszkaniu. Potem poszła grzecznie spać a ja mogłam trochę ogarnąć sytuację (i własne włosy...). Potem pobudka, drugie śniadanko, trochę głupot i pojechałyśmy do alergologa (przypominam, że teraz jeżdżę co tydzień na odczulanie). Mina trochę mi zrzędła, bo byłyśmy punktualnie, dostałyśmy nr 7 a w gabinecie była dopiero jedynka... Ale nic to - pół godzinki zleciało w towarzystwie innej miłej pacjentki (nr 6), pogadałam z doktórką, dostałam zastrzyk i sru po eL. do przedszkola. Odebrałyśmy ją, wróciłyśmy do domu na obiad, wszystko zjadłyśmy ze smakiem. Em. poszła na poobiednią drzemkę, ogarnęłam kuchnię (a było to wyzwanie dnia!) i spokojnie się bawiłyśmy z eL. klockami na dywanie. Było fajowo. Wstała Em., obrałam im jabłka na podwieczorek, wcinały i oglądałyśmy "10 najbogatszych psów świata" (WOW!!!!). Śmiałyśmy się, wygłupiałyśmy - fajne popołudnie. W porze przed-kolacyjnej przygotowałyśmy wspólnie grzanki do piekarnika (na kolację właśnie) i stwierdziłam, że mogą się wykąpać zanim kanapki "dojdą". Więc były wyścigi w rozbieraniu i dużo radochy. Wsadziłam je do wanny, poszłam wrzucić ciuchy do prania i włączyć piekarnik i...

szlag mnie trafił...

Wróciłam do łazienki, a tam co? A tam Em. z mokrą głową...
I teraz Wam wytłumaczę, bo tego nie wiecie - już jakiś czas prowadzę walkę z eL. żeby nie myła głowy siostry. Ani jej nie polewała. Ani nic. Raz, że jest to niebezpieczne, dwa, że Em. tego nie lubi. Kilka dnia temu miała przez to karę - wyła, krzyczała i przepraszała. I obiecywała poprawę, rzecz jasna. I dupa blada - powtórka z rozrywki... Na szczęście przyznała się od razu ale i tak dostała tą samą karę (nie mogła z nami oglądać bajki podczas inhalacji), ku pamięci. A ku sąsiadom wpadła w taką histerię, że o mało jej nie utopiłam... Mówię Wam -> ma-sa-kra!!!

I tak właśnie... Fajowy dzień, naprawdę. Z takim nie-fajowym zakończeniem. Dlaczego? Z powodu głupoty, naprawdę. Moje dzieci mega źle znoszą krytykę i zakazy. Doktórka mi powiedziała kiedyś, że to z powodu charakteru pełnego emocji. Tylko szkoda, że wtedy wpadają w taką histerię, że chyba pół osiedla słyszało. Bo cały blok na pewno... Tym bardziej, że Em. się zsynchronizowała i wyła z powodu braku palucha do pomocy w chodzeniu...

Kolację zjadłyśmy w ciszy i wcale mi nie smakowało tak jak miało. I szkoda.

I chociaż przed pójściem spać na spokojnie porozmawiałyśmy z eL. i starałam się całym sercem jej wytłumaczyć, dlaczego mi smutno przez jej krzyki i dlaczego nie może lać siostrę wodą... i się pogodziłyśmy i poprzytulałyśmy... i poszła spać z uśmiechem... to mi jest źle.

Bo to był naprawdę miły dzień!!

www.demotywatory.pl


Na szczęście Ka. już wrócił z pracy i grzecznie czeka aż skończę pisać i obejrzymy sobie nowy odcinek "Grimm'a". A potem to naprawdę przyda mi się prawdziwa dawka małżeńskiej miłości ;) Wiecie, jako lek na całe zło :D :D :D 

piątek, 15 stycznia 2016

Trudna sztuka wychowania... cudzych dzieci...

Tak - dzisiejszy wpis nie każdemu przypadnie do gustu. A szczególnie osobom zainteresowanym (o ile przeczytają, he). Ale męczy mnie jedna mała sprawa z ostatniego tygodnia i koniecznie muszę ją wrzucić do mojej Myślodsiewni...

Najpierw jednak, dla przypomnienia:
- jestem mamą dwójki maluchów
- jestem ciałem pedagogicznym
- jestem dużą empatką
- mam swoisty dar (?) komunikacji z małymi dziećmi.

No i teraz... Pamiętacie, kilka dni temu miałam okropnego doła. Zaczęło się już w weekend, ale kulminacja była we wtorek... W tym dniu, z samego rana poszłam na trening - z powodu ograniczenia czasowego - bez Em. I na tym treningu były inne mamy ze swoimi dziećmi - jak zawsze. Mało się udzielałam w dyskusjach, bo ryczeć mi się chciało okropnie, ale w pewnym momencie to nie wytrzymałam. Otóż z jedną z mam przychodzi synuś - uroczy, naprawdę. Uśmiechnięty, zazwyczaj spokojny - potrafi zdobyć serce. Niestety tym razem znalazł sobie dość głupowatą zabawę - rzucanie w każdego po kolei smoczkiem na plastikowym łańcuszku. Rzucił raz, drugi - mama powiedziała, że nie wolno. Chłopiec nadal uśmiechnięty olał ją (jak to dziecko tylko umie) i dalej się bawił. Widziałam po minach innych mam, że nie wszystkim ta zabawa pasuje - szczególnie, że na materacu siedział sobie o wiele mniejszy bobas. Który - no cóż - też był celem. Więc chłopiec tuptał sobie między nami, rzucał w nas, a kobitki nerwowo się uśmiechały. I w końcu podszedł do mnie...

Może to z powodu tego strasznego doła, może z doświadczenia, może z nadpobudliwej wyobraźni ale w tej właśnie chwili cicho i delikatnie powiedziałam: "Nie rzucaj tym we mnie. Nie podoba mi się to. To mnie boli." Podniosłam smoczek i delikatnie włożyłam mu go do maleńkiej rączki ze słowami: "Proszę. Tak się podaje zabawkę". (tak zresztą rozmawiam z moimi dziećmi...)

I nie zgadniecie - chłopiec wcale nie przerwał swojej "zabawy". Ale we mnie nie rzucał - podchodził, wyciągał rączkę i równie delikatnie podawał mi smoczek prosto do dłoni... 

Nie chciałam się rządzić i kogoś umoralniać czy uczyć dobrego wychowania. Tylko że zobaczcie - to było kilka słów, a trafiły od razu do tego małego rozumku. Jego mama skwitowała rzecz zupełnie inaczej, że to po prostu mały empata i podchodzi do mnie w ten sposób bo czuje mój zły nastrój. Kto wie? Może...? Ale tak na chłopski rozum - co jest bardziej prawdopodobne...? Hm?

Kilka lat temu, gdy jeszcze nie było moich bab na świecie (a tak konkretniej, to gdy pierwsza rosła mi w brzuchu) przyszli do nas na kolację znajomi z synkiem. Maluch miał wtedy... ja wiem... z trzy latka może. To była koszmarna kolacja... My niedawno wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, mieliśmy nowe farby na ścianach, podłogi, część mebli itp. Natomiast maluch miał humory. Zawziął się, że sam sobie obłoży chlebek. I na początku luzik - wziął żółty serek, szyneczkę, jakieś warzywko. A potem mu się odwidziało i jak nie pacnął tym serkiem przed siebie... Siedział na wprost ściany, więc ja już miałam czarną wizję tłustych plam na nowiutkiej farbie... Ser na szczęście wylądował gdzieś na stole. Ale nie to było najgorsze - bo może faktycznie ser mu zupełnie nie smakował, przecież różnie bywa. Najgorszy był brak reakcji rodziców. Żadnego "tak nie wolno", "proszę, podnieś ten ser i odłóż na talerzyk", "co ty wyprawiasz?"... Nic, zupełnie nic - jego tatuś zjadł ser i już...

Wiecie, ja kiedyś pracowałam w przedszkolu z ideą wychowania bezstresowego. MASAKRA!!! W każdym rogu były kamery, które miały kontrolować nauczycielki, czy aby nie krzyczą na dzieci. Rozumiecie - zero reprymendy, zero kary, zero konsekwencji. Wielkie róbta co chceta...! Wśród dzieci, rzecz jasna. To były okropne dwa lata, a ja i tak miałam dużo szczęścia, bo przychodziłam tam tylko na zajęcia taneczne. Pełnoetatowe nauczycielki wyglądały okropnie - i pewnie tak się też czuły... Ale do czego dążę - znalazłam się kiedyś w bardzo niefajnej sytuacji: dzieci siedziały w kole, ja majstrowałam przy radiu. I nagle - poważnie! - jeden czterolatek wstał, przebiegł koło do innego chłopca, zdzielił go pięścią w nos i szybko wrócił na miejsce. Zmroziło mnie!!! Szczęka mi opadła...! Patrzę na nauczycielkę, a ona wzrusza ramionami i mówi "oni tak uzewnętrzniają swoje emocje"... I nic!!! Wielkie ZERO reakcji. To wtedy postanowiłam, że kończę z interesami w tym przedszkolu - bo naprawdę nie chciałabym być mamą tego drugiego chłopca...

I nie zrozumcie mnie źle - nie porównuję średnio mądrej zabawy do bicia z premedytacją... tylko że... dziecko bez konkretnych zasad chyba w końcu traci granicę?? Więc moja wyobraźnia zawsze mi podpowiada w takich sytuacjach "co będzie dalej? co będzie następnym razem?" No co? Kamień? Cegła? Pięść? 

Oby nic... Oby to tylko moja wyobraźnia...


niedziela, 10 stycznia 2016

Totalne szaleństwo!

Iji-ha! Przeżyliśmy :D Choć było ... ostro!

Nasz pierwszy bal w przedszkolu. A w sumie eL. pierwszy bal - wariactwo na całego. 

Powiem Wam tak - jedno przebranie karnawałowe to już wyczyn.
Przebrać całą rodzinę - tematycznie! - wyzwanie.
Przebrać całą rodzinę - tematycznie i DWUKROTNIE - zamieszanie.
Przebrać całą rodzinę - tematycznie i dwukrotnie; i siebie - tematycznie i TRZYKROTNIE 
- to już masakra...!

Impreza zaczynała się o 14:30. I to nie taka impreza tradycyjna-przedszkolna. W naszej placówce to bal dla wszystkich - dzieci z wszystkich grup, ich rodzeństwa i rodziców (opiekunów). Z nami była jeszcze moja Siostra, żeby pomóc przy Em. Rzecz jasna nie wszyscy przyszli wczoraj - tak jak my. Część zapisała się na następny dzień, a część olała w ogóle sprawę. 

Ale ci co przyszli - takiego balu przebierańców jeszcze nie widziałam!! Olać dzieci - je zdecydowanie łatwiej przebrać. Gdybyście jednak zobaczyli tych rodziców!!! NIESAMOWITE czego ludzie nie wymyślą!!!

Oto kilka przykładów niestandardowych (bez Elsy, strażaka i kotka) przebrań rodzinnych:

1. Bajka czerwony kapturek (wygrali konkurs przebrań!)
Przedszkolak - czerwony kapturek
Siostrzyczka - drugi czerwony kapturek
Tata - leśniczy
Mama - wilk, który połknął... trzeciego czerwonego kapturka...! :D :D

2. Władcy z poddanymi
Dzieci - królowie
Rodzice - biedni poddani (za czasów średniowiecza - rewelacja!)

3. Żeglarze
Tata - bosman
Mama z dziećmi - i jego majtki ;)

4. Król z damami
Przedszkolak - król
Mama z siostrą - damy dworu

5. Piekarze
Mama - piekarz
Tata - piekarz
Dzieci - piekarze :)

I bardzo proszę - nasze pierwsze (podstawowe) przebranie:
Orszak ślubny
eL. - panna młoda (z moim osobistym welonem i mini bukietem ślubnym, i w kiecce z Wójcika, którą kiedyś kumpela kupiła dla swej córci, by w niej niosła obrączki do prawdziwego ślubu - kompetny czad!))
Ka. - pan młody (w stroju z osobistego weselicha)
Ja, Siostra i Em. - świadkowe w czerwonych kieckach, czarnych bolerkach i innymi gadżetami.

No i impreza się zaczęła. Grali tak, że pewnie połowa osiedla słyszała. Wiecie - prawdziwy didżej, prawdziwy wodzirej i gość specjalny, co to i śpiewał i grał. A pomiędzy tym wszystkim i kamerzysta i fotograf. Taaak - szybko zrobiło się gorąco, upalnie i duszno. Bo okna pozasłaniane, żeby były efekty świetlne widoczne. I żeby obcych nie kusić owym widokiem, tak myślę.

Minęło pól godziny, a ja już musiałam lecieć przebrać wdzianko - prawie całkowicie. Co tu kryć, ostała mi się tylko bielizna i rajstopy. A, i buty! W następnym przebraniu i buty miałam inne ;)

Tak więc - przebranie nr 2 - chórek do zespołu Blues Brothers. Czyli wiecie - czarne spodnie (moje), biała koszula (moja), czarna marynara (buchnęłam komuś z naszej pseudo garderoby, bo nie miałam swojej, he...), czarny krawat (Ka.), czarne okulary (koleżanki z "chórku"), czarny kapelusz (Siostry). I sru - z powrotem na scenę, jako gość specjalny. Daliśmy czadu! 

Skończyły się owacje i co? I pędem do szatni z całą rodziną, żeby wszystkich przebrać za cowboyów. Wyrobiliśmy się dosłownie na styk. Wyglądaliśmy - no jak cowboye. Dżiny, koszule, szelki (Ka.), buciory (ja i Siostra) i rzecz jasna - magiczne kapelusze! A, no i rekwizyty - instrumenty. Weszliśmy na salę, przedstawiliśmy się, trochę pouczyłam ludność kroków i już - zaczęliśmy!
eL. grała na skrzypkach (naprawdę),
Em. z Siostrą grały na bębnach (naprawdę!!),
Ka. śpiewał, grał na harmonijce i trochę tańczył (eee... zupełnie nie naprawdę, no oprócz tańca)
Ja. śpiewałam, tańczyłam i dbałam o to żeby wszyscy wiedzieli co robić (naprawdę, no oprócz śpiewania)
Skończyliśmy, kapelusze poleciały w powietrze, a my dostaliśmy brawa i torcik - niespodziankę. 

Potem to już mogliśmy zasiąść w sali bankietowej i wcinać przysmaki. I przede wszystkim uzupełnić płyny. Oddelegowałam Siostrę z Em. do domu (bo mała nie jest jeszcze zdrowa, nic a nic - ale mieliśmy ją traktować jak zdrowe dziecko, więc chociaż na część imprezy poszła), trochę potańczyliśmy i co niektórzy brali udział w konkurencjach rodzinnych. Efekt - dwa hula hopy i kolorowa gra domino. 

Wytrzymaliśmy do samiutkiego końca, pożegnaliśmy się z uśmiechami na twarzach i wesoło wróciliśmy do domu. A tam zdjęłam buty - o rany.... dobrze, że Was z nami nie było. W sensie w momencie zdejmowania tychże butów... Bo nie bycia na balu to żałujcie na całego...! :D

He - to nie był koniec naszego dnia, bo na wieczór jechaliśmy do znajomych na parapetówkę. Ale o tym już w kolejnym wpisie, bo nadal odsypiam ;)

Kocham bale przebierańców! Nawet takie mordercze... ;)

piątek, 8 stycznia 2016

Wysyp kapeluszy

Dziś jestem mega podbudowana! Naprawdę. A serce mi pika jak szalone - z radochy! :D

Jutro mamy występ ekstra na balu karnawałowym w przedszkolu eL. - udajemy zespół Rednex. Słowo udajemy jest tu kluczowe, bo generalnie dużo się wygłupiamy przy prostym układzie tanecznym, "śpiewamy" z playbacku i mamy kilka kluczowych instrumentów (pseudo-skrzypki, harmonijka...). A my znaczy naszą rodzinkę + Siostrę mą ulubioną (wcale nie dlatego, że jedyną ;)).

Wszystko było ok i nagle ciach - poginęły kapelusze. Kiedyś organizowałyśmy z Siostrą Sylwestra w stylu country (z morderczą zagadką w tle) więc akcesoriów u nas pod dostatkiem, ale kapelusz ostał się jeden... 

I słuchajcie - po krótkim, rozpaczliwym info na fb, że potrzebna BIG HELP, nagle z różnych stron świata zaczęli wyskakiwać cowboye z kapeluszami w rękach!! 

BA!! Ci wszyscy cowboye bez mrugnięcia oka dostarczyli mi owe nakrycia głowy bezpośrednio pod drzwi mieszkania - po prostu z dobroci serca!! 

Jeszcze większe BA!! Niektórym osobom musiałam podziękować i odmówić, bo jeszcze kilka godzin i bym mogła połowę przedszkolaków zmienić w cowboyów...!

A tylko część osób była z mojego miasta - reszta z okolicy. Co raduje mą duszę jeszcze bardziej.

Bo wiecie - zimno jest, sypie śnieg, kierowcy głupieją, każdy wolałby mieć szybciej wolny weekend czy po prostu siedzieć w cieplutkim domku...

Ja jakiś czas temu bardzo zwątpiłam w ludzi... w niektórych moich "przyjaciół"... oj przepłakałam kilka ciężkich nocy. Smutnych nocy...

I taka sytuacja jak dziś - ogromna dawka nadziei!! 
Ogromna dawka zwyczajnej ludzkiej sympatii!!
Ech... :D :D :D




czwartek, 7 stycznia 2016

Ulepimy dziś bałwana?

Oł jeah!!!!!!! W końcu spadł śnieg!! Ja nie lubię zimna i nie lubię zamarzniętego samochodu i odśnieżania (mi pod oknem sypialnianym) o 6 rano, ale no zima na +13 to już przesada...

Tak więc spadł śnieg i od samego rana eL. zaczęła nas (a w sumie Ka., bo ja jeszcze smacznie spałam) męczyć pytaniem nr 1 w zimie: "Ulepimy dziś bałwana?". Krainę Lodu oglądaliście? Kto oglądał ten wie, kto nie oglądał nie zrozumie ;)

Rano, przed przedszkolem, rzecz jasna nie ulepili. Bo zaspali...

W przedszkolu nie ulepili, podejrzewam że z powodów zapobiegawczych (o matko, jak my te wszystkie stęsknione śniegu dzieciaki wysuszymy przed obiadem?!?!)...

Padło na mnie...

A weźcie tu ulepcie bałwana, gdy
a) ma się dodatkowe 10-miesięczne bobo, które nie chce spać w wózku...
b) śnieg jest konsystencji sypkiego piasku...
c) stęskniona śniegu prawie-czterolatka panikuje po kontakcie z mroźnym śniegiem...
d) chce się człowiekowi siku. 

Taaak....

Ale nic to - trzeba było to się ulepiło. I bardzo proszę - nasz bałwan! 
Nawet po marchewkę do sklepu poszłyśmy, ha! 


A że w 3/4 jest zrobiony z kamienia... oj tam oj tam... 
Jaka zima taki bałwan ;)


środa, 9 grudnia 2015

Równouprawnienie w wychowaniu dzieci

Od czego by tu zacząć, żeby nie wyszło tak od razu na jaw, że znów narzekam...

Na Mikołajki eL. dostała od Mikołaja-seniora domek z piernika do złożenia i udekorowania (duża szansa, że widzieliście takowy, bo pełno ich było w sklepach). Ucieszyła się bardzo i chciała go składać od zaraz. Dałam radę jej wytłumaczyć, że to działka tatusia i poczekamy na lepszy dzień (na przykład weekendowy), kiedy tata będzie w domu i sobie zrobią to arcydzieło wspólnie.



I się zaczęło!

Oczywiście eL. luzik - to mądre dziecię i rozumie takie sprawy (ze mną klepie kotlety, z tatą robi ciacha).

Ale moja mama - nie będę ukrywać, no podniosła mi ciśnienie...!

Najpierw litowała się niemiłosiernie nad eL. (na głos i otwarcie, i przy niej...), że ona taka biedna bo mama (że ja) jej nie pozwala robić domku (wgrrr...).

- Ale dlaczego ty z nią go nie złożysz?
- Bo chcę, żeby spędziła trochę czasu z Ka.
- A nie spędza??
- Nie, teraz się ciągle mijają. Jak eL. wraca z przedszkola, Ka. już zasuwa do pracy. I zaczynają się nadgodziny powoli...
- No tak, taki okres...
- I w związku z tym chcę, żeby coś porobili sami razem (w sensie beze mnie i Em.) jak już będzie możliwość czasowa, i niech to będzie coś konstruktywnego. A nie, że ja wszystko robię.
- Taka już rola kobiety, że facet pracuje całe dnie, a ona zajmuje się dziećmi i wszystko robi. Na pewno jest zmęczony jak wraca z pracy, ty z nią zrób.

!!!!!

Temat ten przewałkowałam z trzy razy... od czasu Mikołajek! 
Dziś mamy środę...

Rozumiecie, prawda?!?! Od razu mnie nerw łapie...

Dla tych mniej kumatych, bardzo proszę:

1. Taka rola kobiety to może i kiedyś była - ale teraz to ja sobie wypraszam! Jestem za równouprawnieniem, jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Zresztą w innych różnych kwestiach też. 
2. Nie ma nad czym (nad kim) się litować i robić memu dziecku wodę z mózgu! Nie jest żadną królewną, może poczekać kilka dni.
3. Ja też jestem zmęczona i czasem chętnie bym sobie poszła do jakiejś pracy odpocząć... Ale nie mogę - więc jestem w niej 24/7. I mimo migreny, choroby czy zmęczenia wstaję po nocach, tulę, uspokajam, jeżdżę po lekarzach i aptekach, odprowadzam do przedszkola, robię obiad i sprzątam miliony zabawek. Więc darujmy sobie rozgraniczenia, bo prace są różne - czasem osoba pracująca przy komputerze narobi się więcej niż inna przy pracy fizycznej - ważne jest, żeby zacisnąć zęby i wypełniać swoje obowiązki względem rodziny. 

To tak w skrócie. Bo już zdążyłam trochę popisać, ochłonąć i się ocenzurować. 
No popatrzcie, całkiem fajna rzecz ta myślodsiewnia. Polecam! :) 


A wracając do sprawy równouprawnienia - chcę, żebyśmy razem z Ka. uczestniczyli w życiu, wychowaniu i przyjemnościach naszych dzieci. Strasznie irytują mnie komentarze starszego pokolenia, że co to ja wymagam! Nie uważam, że wymagam za dużo, gdy chcę uczciwego podziału przy nocnych wstawaniach, odprowadzaniu do przedszkola, podawaniu lekarstw, karmieniu, spacerkach, kąpaniu, przewijaniu, czytaniu, ubieraniu, zabawianiu itd, itp. No bardzo przepraszam - ale razem skonstruowaliśmy te małe pasożyty (cudowne i kochane, ale jednak!). Znam mnóstwo kobiet, które mimo związku małżeńskiego w dużej mierze same wychowują dzieci (bo tato pracuje długo/daleko/w dziwnych godzinach) - i chodzą do pracy, i ogarniają mieszkanie, i wyglądają atrakcyjnie. One dają radę, z uśmiechem na twarzy - więc czemu nie tatusiowie?! Jest to trudne, ale nie niewykonalne!! Więc podział codziennych obowiązków powinien być ulgą i wielką wzajemną pomocą, tego oczekuję i tego się trzymam. Zdania nie zmienię!!!