W ostatnią sobotę wyprawialiśmy urodziny mojej (już) pięcioletniej Królewny 👸😍.Zabawa, jak zwykle zresztą, była przednia. Wszyscy goście dotarli, świeczki zostały zdmuchnięte, prezenty rozpakowane i... rozpoczęliśmy degustację 😁. Kaszek #Smakija, rzecz jasna 😉. Każdy zainteresowany wybrał smak dla siebie i rozpoczęliśmy grupowe łasuchowanie mlecznych deserów. Mistrzem okazał się mój tato, który zjadł dwie i strzelił focha, że mu nie dałam trzeciej 😉😅😁😁 (zgadnijcie, kto mi wyjadał w dzieciństwie kaszkę ze śniadania... hm hm hm...). Było śmiesznie, zabawnie a przede wszystkim - smacznie! 😋 No a na koniec wszyscy ambitnie wypełnili ankiety. Taką mam grzeczną rodzinę! 👴👵👧👦👨👩👪👍
Zbiór myśli, przemyśleń i domysłów, które siedzą w głowie standardowej kobiety, tudzież żony, matki, córki, przyjaciółki...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ankieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ankieta. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 marca 2017
sobota, 23 kwietnia 2016
(Nie takie proste) PYTANIE
Pytanie (ogólne):
Co powinnam zrobić?
Opis sytuacji:
Alergolog zapisała mi lek w aerozolu do nosa, na te paskudne alergie. Lek (na receptę) jest mi znany, już go stosowałam podczas poprzedniego pylącego sezonu. Dlatego też zdziwiłam się srogo, gdy pani farmaceutka podała mi zimne opakowanie! Kupowałam również inne leki, a tylko pudełko z aerozolem było zimne. Pani farmaceutka - spytana dwukrotnie! - wyraźnie podkreślała, że lek MUSZĘ trzymać w lodówce, nawet przed otwarciem. Zaufałam pani mgr i zdziwiona (bo nigdy go nie trzymałam w zimnie), wróciłam do domu.
wtorek, 22 marca 2016
Pielęgniarka Samo Zło...
Em. miała na dziś skierowanie do szpitala w celu diagnostyki po ostatniej chorobie przeleżanej w szpitalu (pisałam o tym TU). Skierowanie musiałam zostawić na oddziale, ale na wypisie czarno na białym mi wydrukowali: w celu diagnostyki proszę się stawić na tutejszym oddziale w dniu 22.03.2016, godzina 8:00.
Drodzy mądrzy i inteligentni dorośli - zagadka na dziś - jak rozumiecie te zalecenia? Bo ja zrozumiałam je dosłownie - spakowałam Em. do małej torby, zostawiłyśmy eL. w przedszkolu, potem kurtki w szatni i za pięć ósma byłyśmy na oddziale "przed ladą".
I co? I zostałam tak zjebana przez pielęgniarkę, że gdyby nie a) dzieci, b) kamery, to normalnie doszłoby do rękoczynów (i słowo daję, nie wiem kto komu by przyłożył!). Wytłumaczyłam otóż pani "za ladą", że tak zrozumiałam z wypisu (wypisem jej machnęłam przed nosem), a ona na to, że wszyscy wiedzą, że tu chodzi o Izbę Przyjęć. I że ona nie zna mojej historii choroby (jakbym to ja miała być leczona) (poza tym historię mają w komputerze czy innych kartotekach....) i że inni rodzice zrozumieli tylko ja jestem taka a owaka.
Ale nie to mnie najbardziej zdenerwowało. Bo wiecie, jak mi za pierwszym razem chamsko (naprawdę chamsko!) zwróciła uwagę, że muszę iść najpierw na Izbę Przyjęć, to ja na spokojnie i z uśmiechem przyznałam się do błędu, że źle zrozumiałam i zwyczajnie poprosiłam o informację co w takim razie mam zrobić, by było dobrze. A baba demonstracyjnie odwróciła się do mnie plecami robiąc "ankietę" wśród innych rodziców z "poczekalni" czy oni zrozumieli jak tu trafić zgodnie z drogą urzędową, że tak to ujmę... Ale mi gula podskoczyła...!! Ja może i nie wyglądam jak wielce zamożna, profesjonalna mamuśka z wyższych sfer, ale to nie powód, żeby mną wycierać podłogę. Tym bardziej, że ja do baby z kulturą (i stresem - przecież o moje dziecko chodzi i nie jestem w stanie przewidzieć, co wyjdzie z wyników!) a ona na wstępie do mnie wrednie:
- Dzień dobry, miałam się dziś stawić na oddziale...
- No i?!
...
I tylko mi nie mówcie, że może miała okres. Bo tak się składa, że ja też mam a jednak nie strzeliłam jej od razu w pysk. Choć kusiło...
Na szczęście znam to babsko okropne jeszcze z pierwszego pobytu Em. w szpitalu. Pani zdecydowanie pominęła się z powołaniem - powinna pracować w skarbówce, ewentualnie w ZUSie... Ale nie "przy okienku", tylko gdzieś tam w środku, zamknięta z papierologią.
Niech no tylko kiedyś trafi do mnie na jakiekolwiek moje zajęcia. Bo ja wierzę w karmę...
Co do Em. to wyczekaliśmy swoje w Izbie Przyjęć, doktórka obadała nas na lewo i prawo i odesłała do domu. Bo żeby przyjść do szpitala Em. musi być ZDROWA, a jeszcze nie jest. Gratis dostaliśmy antybiotyk i komfort psychiczny, że nie muszę się z tym babsztylem-pseudo-pielęgniarką męczyć cały dzień...
KONIEC
ps. Drogie pielęgniarki - nie zrozumcie mojego wpisu źle. Ja Was podziwiam i spotkałam wiele pielęgniarek naprawdę oddanych pacjentowi! Niestety - jak w każdym zawodzie, zawsze znajdzie się wyjątek...
ps.2 Teraz choćby się paliło i waliło to i tak nie zapłacę za ten spędzony czas w szpitalu. Wgrrrr....
czwartek, 17 marca 2016
Remont na stronie...
Na pewno zauważyliście, że zmieniła się szata graficzna bloga. Nie na tyle, żeby się w nim nie połapać (prawie wszystko jest na starym miejscu), no ale poszalałam z kolorami :P A co tam - wiosna idzie! Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie elegancko działać, bo inaczej będziemy musieli porządnie się rozmówić z Panem Google... (co wcale nie jest takie proste w wykonaniu - próbowaliście kiedyś skorzystać z pomocy Google? Dla mnie to istny koszmar, gdy nie mogę pogadać z kimś żywym o rozwiązywaniu problemów...Wgr...!!!!).
Przy okazji tych wiosennych porządków opowiem Wam jak to się zdarzyło, że w ogóle piszę bloga. Opisałam to zupełnie na początku na fb, ale że zaraz potem zmieniłam nazwę (he, ja to naprawdę zmienna jestem), to wpis zniknął.
A to było tak:
Jak wielu z Was mam prywatne konto na facebooku. I to właśnie tam pisałam sobie od czasu do czasu (raz częściej, raz wcale) co mi w duszy gra (czyli o tym, kto aktualnie jest u nas chory albo co głupowatego zrobiło/powiedziało moje dziecko). Ot, takie tam wpisy na kilka linijek. Aż tu nagle szok! Dostałam - pod jednym z takich wpisów "o niczym" - komentarz w stylu "czy ja z facebooka zrobiłam sobie bloga". Od osoby, z którą mam aktualnie żaden kontakt, a i wcześniej spotkałyśmy się zaledwie kilka razy. Po czym osoba ta (demonstracyjnie??) usunęła mnie ze znajomych. Nie ukrywam - trochę mnie wcięło, no bo... eee... mało to ludzi pisze sobie na fb jak na blogu? No właśnie...
Tak czy owak - posypała się garstka kontr-komentarzy od tych, co to lubią mnie czytać i stało się! Wzięłam się i założyłam sobie bloga. A szło mi jak po gruzie, no bo... ja antytalent techniczny jestem. Pisać mogę bez przerwy (tak jak i gadać zresztą), natomiast to całe organizacyjno-techniczno-www zamieszanie to mnie wprost przerastało! I nadal... wgrrr... daje w kość... Ale nie ze mną te numery - nie poddam się tak łatwo!!!
A dlaczego o tym piszę?!?! A bo może i TY masz ochotę założyć sobie bloga i popisać do świata, ale się boisz, krępujesz czy wstydzisz. Olać to!! Masz ochotę pisać - to pisz. W sprawach technicznych dużo Ci nie pomogę, ale będę naprawdę bardzo mocno wspierać!!! :D :D :D Słowo!!! :D :D :D
I teraz jeszcze dwie nowości ekstra:
- u góry strony znajdziecie zakładki z moimi innymi stronami, które za pewne już znacie (w tym jedna niespodzianka - o niej już wkrótce), ale teraz nie będziecie musieli przeszukiwać całego internetu w celu "wejścia" na nie;
- a na dole, pod każdym wpisem -> mini ankietki "REAKCJE" dotyczące treści bloga. Będzie mi strasznie miło, jeśli będziecie z nich korzystać (wystarczy kliknąć, powinno być bez logowania) - da mi to do myślenia :D :D
środa, 9 marca 2016
Mój drugi raz w PUPie...
Kto nie czytał - proponuję zacząć od:
A kto już czytał, ten wie, że dziś miałam pierwszą rozmowę z pośrednikiem pracy. Mimo że w między czasie znalazłam dorywczą pracę, to żadnej umowy jeszcze nie podpisałam - więc na papierze nadal jestem bezrobotna. I z czystej ciekawości wybrałam się właśnie na tą dzisiejszą rozmowę - lubię kolekcjonować doświadczenia.
Na szczęście nie zaspałyśmy do przedszkola - Em. odpowiednio szybciej wszystkich postawiła na nogi. Także wyszykowałyśmy się, eL. została odstawiona autem do przedszkola (ku wielkiej radości - normalnie zasuwamy nożnie), a z Em. od razu pojechałyśmy do urzędu (co by zdążyć przed jej przedpołudniową drzemką).
Nastawiłam się na wielkie kolejki i miło się rozczarowałam. Bo i owszem - były - ale akurat nie do naszego "boksu". Em. była trochę mniej szczęśliwa, bo nie dałam jej zbyt długo pobiegać po korytarzach między "boksami" i czekającymi bezrobotnymi. Tak czy owak - czekałyśmy może z 5 minut i już siedziałyśmy przed miłą panią urzędniczką.
W tym momencie naprawdę zaczynam mieć problemy z pisaniem, bo śmiać mi się chce ogromnie... Ironicznie...
Nie wiem, czy wiecie, ale bezrobotny na początku swojej kariery z PUPem musi ustalić swój status.
Są trzy:
1. jestem bezrobotnym, chcę ubezpieczenie i ewentualny zasiłek ale pracy poszukam sobie sam
2. jestem bezrobotnym, chcę być aktywizowany (chodzić do doradcy co tydzień, na rozmowy o pracę, mieć szkolenia i staż)
3. jestem bezrobotnym, chcę pracować ale nie mogę (opieka nad dzieckiem, nad chorym, choroba itp).
Żeby określić swój status trzeba wypełnić z panią urzędniczką średniej długości ankietę. I wtedy program komputerowy przydziela status.
No i się zaczęło. Bo ja ni w ząb nie pasuję do żadnego z tych trzech kryteriów. A dlaczego? A bo ja swoje, a komputer swoje...
Tak więc moje potrzeby - chcę mieć pracę, ale nie na cały etat no bo opiekuję się chorowitym dzieckiem i mam jeszcze jedno przedszkolne. Nie mam zamiaru latać do doradcy co tydzień (no bo po co??) i muszę znać plan mojego tygodnia/miesiąca z dużym wyprzedzeniem (co by móc chodzić na wszystkie nasze lekarskie wizyty), więc wysyłanie mnie na rozmowy o pracę wg ich spontanicznego grafiku mnie nie urządza (tylko choroba zwalnia z nieprzyjścia na rozmowę/spotkanie, z koniecznością zwolnienia lekarskiego). Poza tym jak najbardziej, podjęłabym się jakiegoś kursu czy szkolenia, mogę się nawet przekwalifikować!
Propozycja komputera - nie mogę się opiekować dzieckiem i sobie pracować dorywczo (pół etatu to też praca dorywcza...!). Albo cały etat (bądź staż) albo wcale. Komputer nie ustali mi planu miesięcznego, bo przecież jestem bezrobotna i nie mam innych obowiązków. No bo przecież jak się jest opiekuńczą mamą, to nie powinno się szukać pracy - albo jedno, albo drugie. I oczywiście, szkolenia są - na spawacza, kierowcę ciężarówki, hydraulika bądź operatora wózków widłowych... A już w ogóle poza tym, to z moim doświadczeniem i stażem pracy to komputer nic mi nie jest w stanie zaproponować - za mądra jestem. I nawet jeśli chcę zostać z dzieckiem w domu, to muszę mieć status drugi - no bo hej! Z takimi papierami?!?
Skończyło się więc na tym, że razem z urzędniczką sporo nakłamałyśmy w tej nieszczęsnej ankiecie... Jestem teraz (trochę nielegalnie) w statusie nr 3, a prywatnie mi powiedziano (znowu), że z moimi papierami to w sumie wcale oni mi nie pomogą (na operatora wózków dźwigowych to się mogę przekwalifikować na kursie u mojego taty, he...).
A mi się już marzyło, że sobie pójdę na jakiś kurs kosmetyczny... Ech... No nic, widocznie tak to nie działa.
I jeszcze jeden wniosek po tej wizycie - mimo ogromnej urzędniczo-medialnej nagonki na dostosowanie warunków WSZYSTKIEGO do komfortu przebywania GDZIEKOLWIEK matki z dzieckiem, PUP nie zaoferował mi niczego! Zero kącika dla dziecka, zero przewijaka (chyba że jakiś niecnie ukryty), zero komfortu. Dobrze, że mnie z tym dzieckiem nie wyproszono.... A naprawdę - nie byłam tam jedyną mamą ze swoją pociechą...
Także totalne dno, jeśli chodzi o pomoc młodej mamie. Czy w ogóle mamie. Ani w danej technicznie chwili, ani w poszukiwaniu pracy. Dno dna, rzekłabym nawet... Zawiodłam się mocno - mimo bardzo uprzejmej i pomocnej urzędniczki. Jednak co ona może? Też jest tylko maleńkim pionkiem (naprawdę była drobna) w tym urzędniczym zamieszaniu. Nic dziwnego, że tyle mam decyduje się na własny, choćby skromny, biznes...
środa, 2 marca 2016
Mój pierwszy raz w PUPie :D
Kto mnie śledzi skrupulatnie, ten wie, że w trakcie mojego pobytu w Chinach skończył mi się urlop rodzicielski. I... zostałam oficjalnie bezrobotna. To znaczy bezrobotna już zostałam w zeszłym roku (moje miejsce pracy umarło śmiercią naturalną), ale teraz zostałam i bezrobotna i bez świadczeń...
I oto nadszedł mój kolejny Pierwszy Raz (nigdy wcześniej nie byłam bezrobotna i bez perspektyw) - udałam się w kolejną podróż życia. Do Powiatowego Urzędu Pracy...
Tak naprawdę, to najpierw podróż ową odbyłam czysto wirtualnie - żeby sprawdzić, co ze sobą wziąć, a czego nie mam. Brakowało mi tylko jednego świstka - zaświadczenia z ZUSu o moim macierzyńskich świadczeniach. Świstek odebrałam na miejscu w bardzo miłej atmosferze. Nawet ckliwie się z panią urzędniczką pożegnałyśmy - bo współpracę miałyśmy... interesującą.
Mając świstek w dłoni, powyciągałam z różnych zakamarków moje papiery - dyplomy, zaświadczenia, certyfikaty, świadectwa, umowy i inne takie. Wszystko, co ładnie podali na stronie www. I przy okazji zarejestrowałam się on-line. Trochę mi zeszło, bo pytali o wiele rzeczy. I może, gdy ktoś nie ma takiego stażu pracy jak ja, albo gdy nie miał swojego czasu pewnej manii robienia sobie kursów, to może wtedy temu komuś wpisywanie w rubryczki poszłoby o wiele szybciej. Mi nie poszło. I wcale nie dlatego, że raz - zupełnie przez przypadek - wszystko usunęłam i musiałam zacząć od początku ;) ;)
Mniejsza o to - efekt był taki, że się zarejestrowałam a w zamian otrzymałam informację o dacie i godzinie spotkania w PUPie (:D :D :D) w celu przedstawienia oryginałów mego dokumentowego dobytku, no i podpisu (nie dorobiłam się ani skanera, ani parafki elektronicznej...) (jeszcze). Na spotkanie czekałam całe półtorej doby (tyle co nic).
Byłam dziś, na 8:00. I szok! Od samego wejścia MEGA kolejka (z 30 osób??) rejestrujących się (o zapachach przeróżnych). Ja tą kolejkę ominęłam i bezpośrednio poszłam do wskazanego pokoju, gdzie już czekała na mnie miła (ma się to szczęście) pani urzędniczka z wydrukiem tego, co wcześniej wklepałam on-line. Zaczęła kserować moje tomy (w międzyczasie musiałam podjechać do domu po kilka o których nie pomyślałam, że też są ważne...) - razem z uzupełnianiem danych zeszło nam... 1,5 godziny!! Ale luz - naprawdę było sympatycznie i profesjonalnie (obgadywałyśmy z jeszcze jedną panią urzędniczką Takiego Jednego - ja tam zawsze znajdę język z innymi jajnikami :D :D).
Tak czy owak pytam się w końcu:
- A ta kolejka na dole to po co jest? Tam dają coś innego?
- Nie, to samo.
- To po co oni tam stoją? Nie mogą wszystkiego załatwić jak ja i przyjść sobie do pani?
- A mogą, ale nie chcą.
- Jak to??? Przecież bez sensu jest tam stać tyle godzin!
- Bez sensu, ale oni uważają, że to my mamy wszystko im wprowadzać w komputer, że od tego jesteśmy. A niektórzy nie lubią mieć narzucanej godziny spotkania, bo im za wcześnie jest wstać na 8 rano...
No i właśnie. Ja tego nie rozumiem. Przecież... to są osoby na bezrobociu, no tak? I oczywiście - co innego osoby w pewnym wieku - nie wyobrażam sobie mojej teściowej (kilka lat temu nawet), jak siedzi przed kompem i wklepuje te rubryczki (choć pewnie my - synowie i synowe - byśmy to za nią zrobili). I jak ktoś jest naprawdę biedny, bez kompa i internetu. To są inne sytuacje!! Ale w tej kolejce było mnóstwo osób młodych (20-40 lat), bardzo (bardzo!!) przyzwoicie wyglądających - o bawieniu się telefonami nie wspomnę... Nie jażę tego. A potem taki ktoś podchodzi do "boksu" i znów czeka - kserowanie i wpisywanie trwa i trwa. No a na końcu chce pracę za min 5 tysiaków. Na rękę. (przez 1,5 godziny można sobie trochę poplotkować z urzędniczkami, ekhm...)
Przepraszam, jeśli teraz kogoś obraziłam. Bo może za świeża jestem w temacie PUPy ( :D :D :D) i nie ogarniam jeszcze innych aspektów tej sytuacji. Bo może siedzenie na fejsie, onecie czy redtubie to jest spoko, ale rejestracja na stronie urzędowej to tylko dla cieniasów? No nie ogarniam...
Oczywiście to nie koniec tej historii - no bo jakby inaczej.
1. Okazało się, że nie zostałam wyrejestrowana w ZUSie z "macierzyńskiego". Jest to o tyle zabawne, że już mi wydano zaświadczenie do PUPy ( :D :D :D), a bez wyrejestrowania nie powinni... He... (zgadnijcie gdzie na wycieczkę idę jutro...?)
2. Okazało się również, że dwa świadectwa pracy mam błędnie wystawione. Masakra straszna, bo z jednym z zakładów pracy jestem na wojennej ścieżce... Brrrr..... Teraz nic mi z tego powodu nie będzie, ale na pewno stanowi problem w przyszłym obliczaniu emerytury... brrrrrr brrrrr brrrrrr....
3. Tak naprawdę to jednak mam perspektywy, bo w między czasie zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną... No i idę w poniedziałek. Jak warunki będą spoko (a mam nadzieję, że się dogadam), to nie będę się zbyt długo zastanawiała, bo i miejsce fajne i praca w zawodzie. Jak się dowiem - dam Wam znać :D :D
4. Znów, na dwa tygodnie, jestem na czerwonej liście w NFZecie... W przeciągu miesiąca trzeci raz zmieniam ubezpieczyciela. Oj, na pewno się ucieszą w rejestracji u alergologa, he...
Nie macie dość urzędowych przygód? To zapraszam:
środa, 25 listopada 2015
Ankieta
Lubię sobie czasem poskakać po różnych blogach w celach poznawczych. No wiecie - mimo wszystko nadal jestem początkująca i tak sobie sprawdzam jak inni prowadzą swoje strony, o czym piszą itp.
I co mnie zaskoczyło - wielu piszących rodziców, którzy podpisują się jakośtam ale nie nazwiskiem, wstawia zdjęcia swoich dzieci...! To znaczy tak mi się wydaje, że to ich dzieci - no bo opisują te swoje pociechy bardzo dokładnie (gdzie były, co robiły i co zbroiły). I buzie na zdjęciach się powtarzają bardzo, bardzo często. I zaczęłam się zastanawiać...
Ostatnio dla próby wstawiłam fotę Em. - a w sumie jej wystające giciory - i znów się zdziwiłam! Wy tego nie widzicie, bo nie macie podglądu na statystyki mojej strony (ani tej na fb), ale zdjęcie namacalnej, żywej osoby ma większą "popularność" niż inne moje wpisy. Domyślam się, że i samo zabawne zdjęcie ma z tym coś wspólnego... no ale jednak...
Jeśli chodzi o wstawianie zdjęć mam mieszane uczucia. Nawet bardzo. Może za dużo naoglądałam się wiadomości i naczytałam kryminałów...? Źle ostatnio się dzieje na świecie... :(
Ale myślę też o odczuciach moich dzieci w przyszłości... Wystarczy, że obsmarowuję im dupska słownie i to nie pełnym imieniem... Skąd mam wiedzieć, czy za kilka lat nie będą miały do mnie pretensji?...
Wstawiłam po prawej stronie bloga ankietę - ANONIMOWĄ! Bądźcie tak mili i kliknijcie, co? Może mi się coś rozjaśni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






