niedziela, 8 listopada 2015

A miało być tak pięknie...!

Sprzedaliśmy dziś nasze starsze dziecię dziadkom na noc. Myśleliśmy sobie: "Em. pójdzie spać, my sobie obejrzymy Mam Talent, potem jakiś film, ja w między czasie popracuję nad blogiem/albumem, Ka. odpocznie jak bądź przed nadchodzącymi dwunastkami..."

Na-iw-ność!!!

Bo Em. poszła spać, ale zaraz potem wstała. Nie specjalnie, biedulka, ale choroba nie odpuszcza i męczy ją okrutny kaszel. Więc kaszle, przebudza się, marudzi, jest niespokojna i - no cóż, taka rola rodzica - trzeba jej pomóc. Więc nosimy ją na zmianę, pocieszamy, utulamy, uspokajamy, śpiewamy, kołyszemy itd. W sumie to obejrzała z nami film, bo jakoś nie chciała się z tym jęczeniem wpasować w reklamy... A film był fajny i się wciągnęliśmy. Ona zresztą też - na lepszych akcjach z wrażenia zapominała jęczeć!

I tak sobie myślę, że eL. to miała nosa! Poszła sobie z wielką radochą spać do dziadków, ma swój pokój, swoje łóżeczko i święty spokój... Wyśpi się za wszystkie czas. Szczęściara...!!!



Ps. W między czasie udało mi się założyć stronkę, na którą czaiłam się od jakiegoś czasu. Serdecznie na nią zapraszam: Kobieca Myślodsiewnia czyta... Enjoy!! :D

piątek, 6 listopada 2015

Ale dlaczego Chiny?

He - wiele osób zadało mi to pytanie. Łącznie z panią dentystką, wczoraj. W związku z tym - specjalnie dla Was - uchylam rąbek tajemnicy. Mam nadzieję, że nie pomylę się w zeznaniach! I z tego miejsca proszę moją siostrę (daję Ci kryptonim "Siostra", co by wątpliwości nie było) o sprawdzenie chronologii i komentarz :-)

Bo wszystko zaczęło się od mej Siostry.


Dlaczego jadę akurat do Chin 
- historia prawdziwa.

Jakiś czas temu moja Siostra opuściła nasz dom rodzinny i wyprowadziła się na swoje. A na tym swoim wymyśliła sobie, że w sypialni na ścianie zawiśnie specjalna mapa świata. Taka do kolorowania - tam gdzie się pojedzie, ten kraj się zamalowuje (no albo część kraju, bo jednak nie wszędzie w USA była - przykładowo). Mapę tą montował nasz ojciec jedyny no i ... uszkodził Chiny. Żeby głupio nie wyglądało, Chiny zostały oznaczone - a nie zwiedzone.

I wtedy właśnie ma Siostra postanowiła, że kolejnym jej przystankiem w podróżach po świecie będzie kraj gdzie (być może) jedzą koty (Alcia - bardzo ciepło myślę o Tobie!!!). Zaczęła więc przeszukiwać oferty i w końcu, na początku tegorocznego okresu wakacyjnego - znalazła. 

Nie znalazła jednak (pech-pech) żadnego towarzysza podróży wśród swoich znajomych. Zaproponowała więc wycieczkę moim rodzicom. Mama zgodziła się prawie od razu, ojciec popukał się w czoło (on chce do Wietnamu... jak mi wykupi wycieczkę z przelotem to się poświęcę i mu potowarzyszę... :D).

Jedyny, maleńki, ociupeńki szczegół im jeszcze został na sam koniec - JA. W sensie nie "ja", że chciały bym pojechała, ale "ja" i pierwsze urodziny mego dziecięcia nr 2. Które - jak już wiecie - przypadają w samym środku wyjazdu (lecimy w lutym). Więc trzymały wszystko szczelnie za zębami aż wydała je sąsiadka z działki...! (chyba jej przywiozę jakąś pamiątkę, tak myślę...)

No a reszta już jest znana - dowiedziałam się, przegadałam sprawę z mym lubym, obgadaliśmy sprawę finansową (nie oszukujmy się, tanie to TO nie jest... niestety) i urodzinową (sfałszuję datę przy zdjęciach w albumie... ale cicho sza!!) i ta dam... lecę :D :D

I jak? Spodziewaliście się takiej historii?? Nic dziwnego, że mam potrzebę pisania bloga... :D

P.s. Siostro ma - doczekałaś się! Cały wpis prawie tylko o Tobie!! Bój się - rozkręcam się :D
P.s.2. Do moich wyjazdowych dylematów powinnam dopisać jeszcze sprawę podkładania bomb w samolotach... Mam jednak cichutką nadzieję, że a) nikt nie weźmie Chin na celownik i b) uporają się z tym problemem do lutego... Pliiiiiiiiis!!!

Bezstresowe wychowanie... no prawie ;)

Kolejna nieprzespana nocka:
- najpierw eL. nie mogła zasnąć
- potem (po nerwowym dniu) ja nie mogłam zasnąć
- potem Em. się obudziła i nie mogła zasnąć
- a na końcu Ka. zaczął chrapać jak głupi i zasnął jak kamień...

Więc gdy rano - 6:30 - zwlokłam się z łóżka, postanowiłam: zaczynamy bezstresowe wychowanie!
Rzecz jasna nie takie tradycyjne, żeby dziecku pozwalać na WSZYSTKO - niech kopie, gryzie, pluje, klnie i maluje ściany. O nie!!
W tym wychowaniu to JA będę bezstresowa :D :D

Czyli na przykład:
- dziecię me nie chce się ubrać do przedszkola? nie szkodzi - pójdzie w piżamie... (przestraszona ubrała się w niecałe dwie minuty - łącznie z rajstopami!!)
- dziecię me ryczy zasmarkane na dywanie bo poszłam siku? nie szkodzi - przynajmniej przeczyści jej się nos i w końcu porządnie wyssiemy babole...
- dziecię me nie wie czym się bawić i jęczy i marudzi? nie szkodzi - trochę się ponudzi i poćwiczy wyobraźnie (i może zostanie aktorką...?)
- dziecię me wrzeszczy, że chce jeść a jeszcze nie wystygło? nie szkodzi - pouczy się cierpliwości, a przy okazji bardziej zgłodnieje i może zje wszystko...
- dziecię me nie chce w nocy spać i gaworzy do smoczka? nie szkodzi - mam spory zapas korków do uszu...
- dziecię me nie chce zjeść obiadka? nie szkodzi - mała dieta każdemu się czasem przydaje...
- dziecię me drze się, że ją uziemiłam by zmienić pieluchę? - nie szkodzi, trzeba ćwiczyć płuca... (może będzie śpiewać w chórze? mi się podobało...)

Nie kocham moich dzieci? No co Wy?! Pewnie, że kocham!! I to bardzo!! Ale wolę je bez pakietu pisków, wrzasków i smarków, jęków, stęków, wymuszań i ogólnego marudzenia. Czasem mamy piękny dzień - sama radość!! A czasem krew mnie zalewa... Więc tak sobie myślę, że zamiast wystawiać dzieci za okno, aby ochłonęły (a może będę je wkładać do lodówki? przy okazji zjedzą obiadek...) wprowadzę sobie bezstresowe wychowanie. W końcu jestem już po 30stce - trzeba uważać na zmarszczki... ;)



* nie wystawiam dzieci za okno
** mamy balkon :-P

wtorek, 3 listopada 2015

Kod promocyjny na wagę złota!

Dwa posty w ciągu jednego dnia? Szaleję! Ale rzecz jest warta opisania, zapisania i powracania w momencie zwątpienia w drugiego człowieka...

Po dzisiejszej mojej urzędowej bieganinie wybrałam się odebrać zdjęcia. Bo zapewne nie wszyscy wiecie, ale ja mam mega hopla na punkcie zdjęć i albumów... Oj mega MEGA!! Ku uciesze połowy rodziny - oni hopla nie mają, a lubią mieć fotograficzne pamiątki. Więc okazyjnie (święta, urodziny, rocznice) coś tam dla nich przygotowuję w ramach prezentu. (Druga połowa rodziny się nie cieszy, bo to małpy paskudne i niech się wypchają...!). 

Dziś odbierałam maleńką paczuszkę z 252 zdjęciami za cenę też (stosunkowo) maleńką, bo prawdziwy ze mnie fotograficzny łowca promocji! No a o promocjach ma być mowa...

Oprócz zdjęć i albumów tradycyjnych, lubię także drukowane foto-albumy. Takie, co się elegancko robi na komputerze, przesyła do wydruku internetowo i odbiera album-książkę. Rzecz w tym, że to drogi interes... Tak więc mam na komputerze dwie foto-książki które czekają na lepszy rabatowy czas... 

I ten czas dziś nadszedł!!! Za sprawą przemiłego pana sprzedającego, który "spod lady" wręczył mi milion przecudownych kodów promocyjnych!! A konkretniej dwa, na oba albumy. Zresztą jeden mi odręcznie napisał na poczekaniu (nie - to nie był jego nr telefonu, Wy paskudy!!). W ogóle na nie nie zasłużyłam w oczach firmy, ale widocznie mój błagalny uśmiech wystarczył by złamać (ewentualne) zasady pana sprzedawcy. Albo po prostu to równy facet jest!!

Tak czy owak - jutro zamawiam :D :D  

Paszport vs Becikowe - odsłona druga...

Panie (i ewentualni Panowie - no bo kto wie??) mamy nowy miesiąc i nowe wieści w sprawach urzędowych. Normalnie padniecie z wrażenia!!!

Ale najpierw, dla przypomnienia-poczytania: odsłona pierwsza - paszportowa oraz udręki becikowe. Żeby być w temacie ;)

Już wszyscy gotowi? Zaczynamy!!

Wybrałam się dziś spacerkiem z teczusią (pełną papierów, zaświadczeń i oświadczeń) drogą usianą urzędami, i oto co ustaliłam:

Na początek - PASZPORT
Dotarłam do budynku, wdrapałam się na właściwe piętro, wzięłam numerek, przysiadłam na krzesełku na pół minuty, wyświetlił się mój numerek, wstałam z krzesełka, podeszłam do urzędniczki, ona sprawdziła moje odciski, ja sprawdziłam dane w paszporcie, złożyłam jeden podpis, podziękowałam, wyszłam z paszportem. Koniec historii. Happy End! Paszport odebrałam dwa tygodnie przed oficjalnym terminem...

Na dokładkę - BECIKOWE
Dotarłam do budynku, uff-parter, prawie z marszu podeszłam do urzędniczki (o losie - dziś aż trzy obsługiwały!!), przedstawiłam moją sprawę, pokazałam kilogram dokumentów, wypełniłam z panią to co mnie przerastało, dopisałam to czego nie zawierały papierzyska (za mało mi ich dali do domu widocznie...), wypełniłam zaległości również za mego osobistego męża, złożyłam milion dwieście podpisów (za męża też!!), poczekałam aż pani skseruje całe moje finansowe życie, wyszłam z życzeniami - od urzędniczki - powodzenia. Życzonych z uśmiechem na ustach! Czas na podjęcie decyzji (nie za bardzo wiem przez kogo??) - 30 dni roboczych. Tak więc sprawa w toku... Nadal...

A Na koniec że się udało a) szybko odebrać paszport (potrzebny do wizy - no kto by się spodziewał...?) i b) w końcu złożyć wniosek o becikowe i c) spalić trochę kalorii latając po mieście (wyrobiłam się w godzinkę - piechotką!!) (a ja mieszkam w dużym mieście!!) (i na wzgórzu!!!!!) to na deser kupiłam każdemu po omlecie. I zjedliśmy ze smakiem. I z kaloriami - a co tam ;)


poniedziałek, 2 listopada 2015

Diablęta nie dzieci!!

Tak. Siedzimy sobie w trzy na chorobowym. Diablęta - bo chore, ja - no bo one chore. Jeszcze jeden dzień nie minął a już mam dość!!!

Płaczą na zmianę, krzyczą razem i wystawiają moją cierpliwość na wielką próbę... Em. jeszcze nie tak źle - tylko ręce mi padają od noszenia (znowu) (zupełnie nie rozumiem, czemu jeszcze nie dorobiłam się mięśni?!?). Za to eL. przechodzi samą siebie!! 

Trochę ją rozumiem - w sumie nie jest chora, tylko ma kaszel jak palący gruźlik. Bierze ten nieszczęsny antybiotyk, który ją usypia. A uparta jest i nie chce się zdrzemnąć w dzień. Więc jest marudna (bo unieruchomiona w domu) i płaczliwa (bo senna). 

No ale do sedna:

Ka. wrócił z pracy i po przekazaniu zmiany z przyjemnością poinformowałam rodzinę, że idę do wanny (sobie poczytać) na "Kwadrans dla Mamy". I wara mi przeszkadzać, włazić do łazienki, pytać o cokolwiek i przekazywać telefon. Niech się pali i wali - ja muszę odetchnąć!

Jasne...

Tylko puściłam wodę i poszłam po książkę - już eL. stała na posterunku przy wannie.... Wyciągnęłam diablicę zza drzwi, przekazałam ojcu i oznajmiłam, że - uwaga - po raz pierwszy zamierzam użyć zamka w drzwiach.
Co też uczyniłam i rozsiadłam się w wannie. Książka, ciepła woda, relaks.
I diablątko z piekielnym pomysłem: "zgaśmy mamie światło".

Co też uczyniła....

Jutro podejdę do księdza. Może można ponownie je ochrzcić...?!



niedziela, 1 listopada 2015

Dzień jak nie co dzień...

I znów się zaczęło. Kolejny tydzień pod znakiem choroby - bo nie oszukujmy się, na jednym dniu się nie skończy.

Już w piątek rano Em. zaczęła być marudna i płaczliwa ale pomyślałam sobie, że to przez te cholerne zęby. Zresztą - kto wie, może to faktycznie przez zęby? Wczoraj jeszcze jakoś dało się z nią wytrzymać - a bo była imprezka, dużo się działo i było sporo chętnych do noszenia na rękach. Tylko dziwnej chrypy dostała... Ale kto by nie dostał po dwóch dniach darcia się? No a w nocy 38,5 st. plus podejrzany kaszel i rano zamiast na cmentarze to my rodzinnie do poradni. Z rozpędu wzięliśmy i eL., bo jej kaszel też już wszystkich męczył. W końcu to dodatkowa opinia innego specjalisty. No i obie dostały antybiotyk. A ja rachunek - w aptece - na 140 zł. Czyli masakra po całości... Ot taki psikus z okazji wczorajszego Halloween... He...

Żal mi moich dzieci (i mojego płaściutkiego portfela) ale najgorszy jest ten strach, że znów szpital. Poprzednim razem też tak było... marudzenie, płaczliwość i nagle gorączka, kaszel i pstryk - OIOM. A przy takim Dniu jak dziś... no cóż... daje do myślenia...

Tak więc sorry Babciu, że dziś nie dotarłam, ale sama widzisz (mam nadzieję, bo niebo wyjątkowo przejrzyste było) że trochę nam się pokićkało. Wpadnę w najbliższym czasie. Może z wieczora, co by nastrój był. I żeby jak najmniej uszu słyszało jak sobie poklniemy. Jak za starych dobrych czasów :)

No i jeszcze jedna myśl... Przynajmniej "korki" mnie ominęły. W przychodni nie było nikogo! W aptece - nikogo! Drogi tam i z powrotem - puściutkie!! A na cmentarz pojechali Ka. z eL. i w sumie też bez problemów. Podsumowując - jak już musimy(cie) chorować to polecam "święta"...